No Hongkong, no cry

Jak się okazało w Hongkongu jest teraz jakaś choroba i z tego powodu rodzina zrezygnowała z tego wyjazdu. Nie ukrywam, że jestem troszkę zawiedziona, ale trudno mi ich nie zrozumieć. Jest jednak pozytyw sytuacji – mam ponad tydzień wolnego z okazji Nowego Roku (tego chińskiego, na początku lutego) i… mogę wtedy zrobić co tylko zechcę. Chęć wyjazdu jest tutaj oczywista, lepszym pytaniem jest – gdzie jechać? Na razie mam trzy pomysły, jeszcze nie wiem, który będę realizować, w dodatku fajnie by było znaleźć jakiegoś towarzysza podróży… ale o pomysłach!

  • Harbin – miasto na północ od Pekinu, główną atrakcją jest tam festiwal lodu – rzeźby z lodu, śniegu, tona innych atrakcji, wygląda to naprawdę fajnie, minusy – chłodno i na pewno będą tłumy!
  • Xi’an – miasto na południe (cieplej!), piękne stare miasto, dużo do zwiedzania, no i najważniejsze – armia terakotowa! Minus – jak wyżej, dużo ludzi…
  • Góra Tai – opcja, ku której skłaniam się najbardziej, blisko Pekinu, piękne widoki, przewiduję, że będzie tam mniej osób na Nowy Rok. Mało opisu, za to polecam wygooglować „Tai mountain” – szczęka opada.

Mam też pomysł, by jechać na górę Tai a potem do Xi’an, albo odwrotnie, możliwości jest multum, faktycznie zależy mi tylko, by nie było to zbyt daleko od Pekinu (długość/koszt podróży). Jeśli ktoś ma jakieś pomysły, propozycje, sugestie, komentarze, uwagi – chętnie przyjmę!

Wielki Mur Chiński i Grobowce Ming

6.20 wyjście z domu, by zdążyć na zbiórkę. Tak, jeszcze było ciemno… Wszyscy zaspani, ale szczęśliwi – jedziemy na Mur! (niektórzy, tak jak ja, nawet pierwszy raz). Po drodze ładne widoki – wyjechaliśmy z miasta, zaczęły się góry, wspaniale, tylko ostrzegają nas, że na Murze jest zimno i wieje. Mało się przejmuję, bo zawsze mówią, że jest zimno, a tymczasem chodzę sobie w ramonesce, na wycieczkę w dodatku założyłam 3 sweterki. Nic mi nie straszne! No dobra, zmieniam zdanie po wyjściu z autokaru. Wieje, jest nieprzyjemnie, owijam się chińskim szaliczkiem i w duchu sobie dziękuję, że nie urwałam od niego guzików. Wchodzimy na Mur – widok wspaniały, po szczytach i zboczach wije się ta nitka obwarowań, pełna ludzi, niesamowita. Po czym wieje wiatr i mnie zwiewa metr dalej. Idziemy po Murze i, jak się okazuje, wiatr czasem pomaga, zdecydowanie się z nim idzie łatwiej pod górkę. Idzie się ciężko, co jakiś czas przystaję i się pochylam, bo nie mogę złapać oddechu. Po kilku takich razach stwierdzam, że kręci mi się w głowie i jak dwie dziewczyny chcą się wracać na dół z radością do nich dołączam. Zobaczyłam najładniejsze widoki, a że jestem tu na rok to jeszcze się na Mur wybiorę. Schodzimy i nagle ten sam wiatr, który pomagał w podejściu wieje prosto w twarz. Ciężko! Ale zeszłyśmy jakoś, znalazłyśmy miejsce, gdzie można było usiąść i napić się herbaty (pierwsza moja herbata w Chinach – Lipton…). Podsumowanie: pięknie. Fantastyczne miejsce. I chcę jeszcze raz. Niestety z tej wycieczki zapamiętam głównie pogodę zupełnie nie dla ludzi.
Jakby Wielki Mur Chiński był małą atrakcją, program wycieczki przewidywał również zwiedzanie grobowców Ming. I tutaj… rozczarowanie. Głęboko pod ziemią, ot tak sobie dwie komnaty z kamiennym tronem, jedną wazą (ok, ta robiła wrażenie) oraz trumnami. Park dookoła ładny, ale same grobowce mało interesujące. W dodatku multum przewodnikowego mówienia o historii, której, delikatnie mówiąc, nie jestem fanką.
Zdjęć tym razem niewiele, ale są :)

Marine

Pisałam już, że pozostałe au pairki mi przypadły do gustu. Po wycieczce na Tian’anmen spotkałam się z tą, z która prawie nie miałam okazji pogadać. Marine jest Francuzką, która, tak samo jak ja, przyjechała tu przede wszystkim z zamiarem nauczenia się chińskiego (dla pozostałych to głównie przerwa miedzy innymi rzeczami, przerywnik, a nie krok do jakiegoś celu). Szybko znalazłyśmy wspólny język, właściwie od razu zeszłyśmy na temat nauki, poporównywałyśmy różne nasze sposoby (ja od przodu zeszytu notuję na zajęciach, od tyłu piszę znaczki; Marine na lewej stronie robi notatki, na prawej na czysto przepisuje rzeczy do obkucia) – tak, spotkały się dwa nerdy… w dodatku spotkały się na drinki, skończyło się na szejkach…
W pewnym momencie Marine zaproponowała również wspólną naukę przez skype’a – na co ja z radością przystałam, w końcu moim głównym problemem z chińskim jest brak odwagi i praktyki w mówieniu. Zaproponowałam też jak to zrobić – proste dyskusje na temat bajek z książki, którą sobie nabyłam (zwykła książka z krótkimi opowiadaniami dla dzieci – jej wielką zaletą jest to, że poza znaczkami zawiera transkrypcję pinyin, czyli mogę tłumaczyć przez Google Translate, a nie bawić się w wyszukiwanie po znaczkach (co naprawdę jest pracochłonne, zwłaszcza, jak się nie ma wprawy!). Samego skype’a jeszcze nie było – jest żmudne siedzenie z bajką i tłumaczenie słówek (ach, jakże bym była szczęśliwa, jakby jedno słowo chińskie miało jedno znaczenie, albo chociaż kilka zbliżonych, a nie 20 kompletnie różnych, w dodatku będących różnymi częściami mowy…), wstępnie mamy gadać w niedzielę. Pogadałybyśmy jutro, ale… jutro Mur!

Tian’anmen, Zakazane Miasto, Park Jingshan

W poniedziałek z okazji dnia wolnego zrobiłam sobie drobną wycieczkę. Raniutko metrem pojechałam sobie na Tian’anmen. Pod portretem Mao jakaś Chinka do mnie podchodzi i mówi mi… „Ale ty jesteś śliczna, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?” – i jak tu się nie zgodzić? ;) Dalej. Idę sobie w kierunku Zakazanego Miasta, powala mnie wielkość tego wszystkiego. I ilość tych budynków – takich tradycyjnych, z tymi typowymi dachami i bardzo kolorowych – takich, jak każdy kojarzy z Chinami. Już jest ślicznie (jeszcze słoneczko świeciło i powietrze było przejrzyste), po czym natrafiam na wejście do Zakazanego Miasta. Bilet za kosmiczną sumę 40 juanów (~20 zł) i wchodzę do środka, oczywiście po kontroli bagażu jak na lotnisku. Zakazane Miasto powala na kolana – dużo tradycyjnych budynków, ale też bardzo się między sobą różniące, te ogrodzenia, które wydawały mi się drewniane, gdy oglądałam filmy są marmurowe. Poza tym – multum rzeźb, waz, jakichś urządzeń chyba na parę. W dalszej części Zakazanego Miasta – cesarskie ogrody. Co tu opisywać? Pięknie! Nie żałuję wcale, że poszłam tam zimą (chociaż śniegu nie ma), ale koniecznie będę musiała wrócić latem. Gdy trafiłam na wyjście z Pałacu miałam dwie myśli – pierwsza, na pewno nie zobaczyłam wszystkiego, co było do zobaczenia; druga, dlaczego to już, ja chcę więcej! Ale nie ma tego złego, patrzę na drugą stronę ulicy od wyjścia, a tam kolejny mur i bramki. Więc przechodzę na drugą stronę (najpierw idąc do najbliższego skrzyżowania, bo przejście zaraz przy pałacowym wyjściu byłoby zbyt prostym rozwiązaniem). Park Jingshan (góra Jing) – wejście za kosmiczną sumę 2 juanów (sic! Też się zastanawiam, jak im się kalkuluje w ogóle stawiać tam bramkę) i jestem w enklawie zieleni. Góra nie jest wysoka, ale jest cała zarośnięta – w tym bambusem, który o tej porze roku ciągle jest zielony. Wchodzę po schodach na górę, cierpię, gdyż moja nóżka w rozmiarze 40 zdecydowanie nie jest przystosowana do chińskich schodów. Ale wchodzę na górze – a tam świątynia Buddy. Oglądam sobie wszystko, po czym patrzę w stronę Zakazanego Miasta… i dech zapiera, ze szczytu góry bowiem rozpościera się widok na cały pałac. Wyglądało to niesamowicie! Pochodziłam sobie jeszcze po parku dookoła góry, zobaczyłam ludzi z szarfami, chińskich muzyków (niestety ze śpiewem), w herbaciarni pogadałam skutecznie po chińsku.
Fantastyczne miejsca, zrobiłam tam też tonę zdjęć – na tyle dużo, że zasłużyły na nową galerię (z prawej strony bloga).

Kilka ciekawostek, które mnie zaskoczyły

  1. Żelazko? Co to za słowo, bo nie rozumiem? (pytanie o żelazko zadane przez Google Translate) Nie, nie mamy (ale mamy elektroniczną toaletę).
  2. Nie pijemy wody przy posiłku. Pijemy zupkę fasolową, ryżową albo z kaszą. Wodę pijemy po posiłku (nie wiem, czy to kwestia kultury czy poglądów zdrowotnych, ale jak coś jest pikantne to sobie nie odmówię wody, nawet kosztem popełnienia faux pas)
  3. Chcesz wodę ciepłą czy zimną? Ejj, wiedzieliście, że Anna pije zimną wodę?
  4. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Czyli siorbanie, mlaskanie (co nie jest takie złe, z pałeczek jedzenie lubi spadać i unikanie dźwięków byłoby pracochłonne), bekanie, pierdzenie są na porządku dziennym i nikt nie powie złego słowa.
  5. Wydawało mi się, że krem Nivea jest zbyt tłusty, by go używać na co dzień. Nie jest. Tutaj jest tak sucho, że używam go dwa razy dziennie. Czasem częściej.
  6. Przechodzenie przez ulicę. Tak, to jest zaskakujące – czerwone światło, ludzie idą, rowerzyści jadą, zatrzymują się na środku, by puścić kilka samochodów, inne trąbią, by je tłum przepuścił.
  7. Śniadanie wielkości dużego obiadu, obiad wielkości małego śniadania (jeśli w ogóle nie pominięty.
  8. Pudełka na chusteczki higieniczne – zamiast brzydkich kartonów, ładne, zamykane magnetycznie, tylko wymienia się wkłady. Największe zaskoczenie – gdy na takim ładnym pudełku jest pluszowa nakładka z różową krówką.
  9. Paznokcie. Nie wiem czemu, już u kilku osób zauważyłam długi paznokieć małego palca. Czasami nie tylko jego. Nie razi to o ile jest to u zadbanej kobiecej dłoni, gorzej, gdy są to zawijające się pazury u faceta…
  10. Plucie. Odcharkiwanie i plucie. To w sumie podpisuje się pod punkt 4, ale to był osobny szok od dźwięków przy stole.

Targowisko

Podczas spaceru trafiłam z rodziną nie do ładnego marketu, a na zadaszone targowisko. Fajnie było, jak były ciuchy (w końcu mam rękawiczki!), w dalszej części były owoce, warzywa i przyprawy, wszystko tam ładnie pachniało. Następnie było mięso. Po pierwsze – zapach. Nie wiem, czy było tam tak dużo mięsa zepsutego, nadpsutego, nieświeżego czy jakiego, ale zapach był straszny, tak, że aż mi się zakręciło w głowie. Idę dalej z Emmą. I na ladach nie widzę już małych, kilkukilogramowych kawałków mięsa w kolorze, w jakim moim zdaniem nie powinny być, tylko olbrzymi kawał, wyglądający jak obdarte ze skóry zwierzątko. Chyba był to pies, wydaje mi się, że nawet rozpoznałam głowę. Emma mnie prowadzi dalej – absolutnie niewzruszona widokami. Przystanęła na chwilę przy rybach – żywych, albo chwilę temu jeszcze żywych, bo pływających do góry brzuchami w otoczeniu innych żywych ryb… Tam zapach był jeszcze gorszy. Ona patrzy i gada sobie ze sprzedawcami, ja staram się nie zwymiotować. Po czym prowadzi mnie dalej, między kolejnymi, wielkimi kawałami mięsa, nie całego zwierzaka, ale i tak było to kilkadziesiąt kilo, z wyraźnie zarysowanymi żebrami. Po czym… o dziwo! Stanęłyśmy przy jakimś stoisku, gdzie mięso było pokrojone na mniejsze kawałki (tak, że nie dało się poznać jakie zwierzę oddało życie) oraz było chyba wyjątkowo świeże, bo zapach był tam przyjemniejszy, słowem – było tam całkiem normalnie. Emmę speszył sprzedawca i ruszyła dalej… na szczęście z powrotem w warzywa, które pachniały jeszcze lepiej niż wcześniej.
Na obiad zjadłam banana. I słodką bułeczkę…

Egoizm małych cesarzy

O polityce jednego dziecka w Chinach wie każdy. Co zamożniejsi mogą sobie pozwolić na więcej dzieci (wiąże się to z wysokimi grzywnami), ale ciągle dzieci są stawiane na piedestale. I to widać wszędzie – istnieją całe centra rodzinne, w centrach handlowych są sektory przeznaczone dla dzieci (z miejscami, gdzie można rysować, z placami zabaw – coś jak warszawskie Kolorado). Widać to też po zachowaniu dzieci.
Wczoraj właśnie byłam z rodziną w takim dziecięcym sektorze centrum handlowego. Bardzo się cieszyłam, że muszę się Emmą zajmować, bo sama miałam z tego frajdę! W pewnym momencie usiadłyśmy sobie na takim… kołowrotku, takiej miękkiej od środka rurze, która się cały czas obracała. Wszystko fajnie, miło, sympatycznie, aż tu nagle podchodzi do mnie chłopczyk. A raczej Młody Pomiot Szatana. Z początku myślałam, że to zainteresowanie moją innością, ale nie – on mnie chciał z kołowrotka zepchnąć! Popatrzyłam na niego jak na idiotę i się nie dałam – powiedziałby przepraszam to bym przeszła, ale nie dam Młodemu Pomiotowi Szatana sobą pomiatać. No to on przechodzi z drugiej strony i… przepycha Emmę w moją stronę! Więc go – wcale nie delikatnie, bo się stawiał – od niej odsuwam, Emma się do mnie przytula… a on do niej z pięściami. Znowu, odsunęłam go, ale Emmie się chyba znudziło i chciała przejść na huśtawki. Ten za nami i chyba chciał ją z huśtawek zrzucić – ale po kołowrotku opieprzyłam go po polsku i chyba się przestraszył (to ten moment, kiedy po raz pierwszy w życiu pożałowałam, że nie znam niemieckiego). Za to jak spadł z huśtawki to jakoś tak obu nam się pojawił uśmiech na twarzy…
Ale nawet Emma, choć nie jedynaczka, nie jest idealna. Zdążyłam już znienawidzić jej „wo de!” (moje!) używane, gdy ktokolwiek bierze jej zabawkę (którą Emma się nie bawi, żeby było jasne), gdy chcę zobaczyć jej książkę (ile razy powtarzałam, że nie chcę jej zabrać, tylko obejrzeć…). Mój sposób? Zabieram flamastry i zgodnie z prawdą mówię, że są moje. Później jakoś łatwiej idzie robić coś razem – byłam niesamowicie dumna, jak po kilku minutach „wo de” w końcu dała mi do ręki jakieś swoje koraliki i razem je oglądałyśmy i się nimi bawiłyśmy :)
Skąd cesarze w tytule? Sesje zdjęciowe dzieci są na porządku dziennym (ba, sama mam w pokoju zdjęcia z takiej!), niektórzy rodzice zaś wybierają przebieranie swoich latorośli w stroje cesarza. Tak, mówię tu o trzy-czterolatkach… i jak tu się potem dziwić, że zachowują się jak władcy wszechświata?

Huoguo, czyli znowu o jedzeniu

Tak jak pisałam ostatnio, z nowymi koleżankami poszłam na obiad. I tam właśnie zobaczyłam tytułowe huoguo – tam w pierwszej wersji. Wygląda to tak: stół pośrodku ma dziurę, z którą wstawia się metalowe naczynie – jest to trochę jak duża miska, tylko na środku ma piecyk, tak, żeby woda cały czas się gotowała. Dodatkowo nasza miska była podzielona na pół, by były dwa smaki. W te części miski wrzucono przyprawy, następnie na talerzykach dostałyśmy to co sobie wybrałyśmy – mięso, bambusa, grzyby, etc. – możliwości oczywiście było więcej. Następnie te rzeczy wrzuca się do tej miski, one się tam gotują, bezpośrednio potem nabiera się to na pałeczki i macza w sosie (akurat miałyśmy sezamowy – jedna z lepszych rzeczy, jakie w życiu jadłam).
Wczoraj poszłam na huoguo z rodziną. Wyglądało to troszeczkę inaczej (lepsza knajpa niż przyuliczny bar) – w stołach były palniki, na których postawiono porcelanowe garnki z zupą (rosołowo-jarzynową), każdy dostał miskę sosu, który doprawiano w zależności od upodobań (ja oczywiście na ostro). Wybrane rzeczy wrzucano do tej zupy, po ugotowaniu jednak wyciągano najpierw cedzakiem, dopiero potem nakładało się na talerzyki, by potem maczać w sosie. A co było: jagnięcina, wołowina, grzyby (które wyglądały jak jakieś morskie egzotyczne zwierzątko), bambus, jakiś rodzaj rośliny/wodorostu w kształcie szerokich, dziurawych rurek, ryba, zielony makaron. Do tego jeszcze, chyba w ramach przystawek, zupa ryżowa (wcale nie bez smaku!) i …coś (moja precyzja opisywania tego CO smakowało fantastycznie jest niesamowita), na zimno, w sosie syczuańskim, przypominało to trochę bardzo gęstą, białą galaretkę.
Może jedzenie wodorostów czy rzeczy niezidentyfikowanych nie dla wszystkich brzmi zachęcająco, ale naprawdę nie wiem, kiedy ostatnio jadłam coś tak dobrego!

Zajęcia z chińskiego i pozostałe au pairki

W poniedziałek przez większą część dnia mam zajęcia – w ten były moje pierwsze. Bardzo się ucieszono, że trochę się już uczyłam, trafiłam do pierwszej grupy – to co tam było przerabiane już znałam, jednak kilka słówek było nowych, także się nie nudziłam. W drugiej grupie jednak wszystko okazało się… zbyt proste! Poszłam więc o tym powiedzieć w sekretariacie – bez sensu przecież, żebym siedziała na lekcjach, które mi nic nie dają, w dodatku pozostałe dziewczyny w grupie też nie były zachwycone, że one zmagają się z zadaniami, które ja robię w pamięci. Dostałam więc nauczycielkę prywatnie :) na początek, jak mnie odpytała, stwierdziła, że nie dość, że dobrze umiem ten materiał, to jeszcze mam świetną wymowę (podziękowania dla warszawskiej Akademii Henhao :) ). Stwierdziła też, że ponieważ szybko łapię, to będziemy mogły robić materiał szybciej niż to zwykle bywa – a ja jestem wniebowzięta, dajcie mi jeszcze więcej do obkucia!
W przerwie pomiędzy zajęciami pierwszej grupy a drugiej poszłam z nowymi koleżankami na obiad – do takiego miejsca, gdzie w środek stołu wstawiają gotującą się wodę z przyprawami i tam się gotuje to, co się sobie zamówi – my miałyśmy grzyby, pierogi, wołowinę, makaron i bambusa, a do tego wszystkiego sos sezamowy – pychota! Pozostałe au pairki okazały się bardzo fajne – no i miło jednak pogadać z kimś, kto wie, jak to faktycznie jest być tym laowaiem w chińskiej rodzinie i zajmować się jej rozpieszczonymi dziećmi. Aż się cieszę na wspólne wycieczki z nimi!
A z cyklu „dziewczynki są fantastyczne”: idę już do siebie po skończonym dniu „pracy”, więc żegnam się z Emmą, na co ona podchodzi do moich drzwi, otwiera je i zamaszystym gestem wskazuje, bym wchodziła :)

Pekińskie metro

Wczoraj w końcu miałam okazję przejechać się metrem! Wejście wygląda całkiem normalnie, w środku… troszeczkę to większe niż nasza warszawska nitka. I zanim weszłam na stację musiałam skontrolować torebkę (tak, całkiem jak na lotnisku!). Karta miejska też się różni – mam na niej naładowaną pewną sumę i po wyjściu z metra (po wszystkich przejazdach – przy przesiadkach nie wychodzę ze strefy biletowej) przykładam kartę jeszcze raz i zjada mi odpowiednią kwotę  – zresztą zaskakująco niewielką! – jechałam bowiem najpierw jedną linią 12 stacji, kolejną 3 i jeszcze jedną 1 i system policzył mi 2 juany (~1zł), przejazd zaś trwał około godziny. Obawiałam się, ze się w tym całym systemie pogubię, jednak wszystko jest jasno oznaczone, i chociaż przejścia między liniami są dość długie, to wszechobecne strzałki pomagają…  tak jak i tłum ludzi, za którym po prostu można podążać. Bałam się też, że wsiądę do pociągu w złą stronę – skąd, nad drzwiami jest narysowany schemat, nie ma możliwości się pomylić. Jakby tego było mało – podwójne drzwi, który to pomysł kocham. Czyli pociąg zatrzymuje się zawsze tak samo, otwierają się drzwi pociągu i drzwi odgrodzenia pomiędzy torami a peronem (przy okazji nie ma ryzyka, że ktoś wpadnie pod pociąg, przypadkiem czy też nie). W dodatku na ziemi są strzałki i wsiadający ustawiają się z boków drzwi, aby wysiadający mogli spokojnie wysiąść (to niespodzianka – słyszałam, że to Chińczycy mają tendencje do pchania się bez ładu ani składu, a tu proszę, grzecznie czekają na swoją kolej!). Upychacze na stacjach też są, ale nie widziałam ich w akcji – albo dobre godziny trafiłam, albo dobre linie.
Jakby mi jeszcze mało szczęścia było – moja stacja jest drugą od początku linii i rano znalazłam nawet miejsce siedzące :)