Przeprowadzka i moje ferie

Jutro, z okazji nowego roku, rodzina wyjeżdża na 10 dni do rodzinnego miasta i nie jadę z nimi. Z jednej strony ciekawa jestem tego miasta, z drugiej wszyscy, którzy wyjeżdżali ze swoimi rodzinami skarżyli się, że to wioski, w których nie ma co robić, jest zimno i ludzie pokazują białych palcami (w Pekinie też się zdarza, ale nie tak często – tutaj ludzie są jednak przyzwyczajeni do widoku obcokrajowców). Także nawet nie narzekam na to nadprogramowe wolne ;)

Ale muszę gdzieś mieszkać, z tej okazji więc przeprowadzam się (już mnie skakanie z miejsca na miejsce przestało ruszać – trzeba tylko pamiętać, do którego metra wsiąść), tym razem do babci od strony ojca. Chwilkę o niej – jest to zdecydowanie chińska dama, zawsze wyprostowana, zawsze elegancka (nawet na spacer chodząca w butach na obcasie), odniosłam wrażenie, że bardzo wyniosła (dysonans – naprawdę jest to specyficzny widok, jak taka wyniosła, elegancka dama na spacerze odcharkuje i spluwa jak swojski polski menel!). Przez tę jej wyniosłość i niemożliwość dogadania się na początku się do niej uprzedziłam, teraz powoli odkrywam, że pierwsze wrażenie mnie zmyliło – gdy ostatnio u niej byłam była bardzo sympatyczna, nawet dała mi wybór pokoju, w którym mam spać.

Jest to mieszkanie w bloku, żeby dotrzeć gdziekolwiek będę musiała zacząć korzystać z autobusów, co jednak jest niewielkim problemem, bo będę miała sporo wolnego czasu. Wada tego mieszkania to… brak Internetu! Na początek mnie to przeraziło i zaczęłam dopytywać o darmowe wifi (nie jestem uzależnioną wariatką, ale też nie jestem tu na wakacjach – potrzebuję Internetu, by się kontaktować z ludźmi oraz do nauki). Na moje szczęście okazało się, że Internet jednak będzie, wytrzymać będę musiała tylko pierwsze 2 dni. Nie bardzo wiem, czy od razu będzie działał dobrze albo czy gdzieś mnie nie wyniesie, także uprzedzam – wszystko ze mną jest w porządku, ale mogę nie pisać punktualnie.

Pozytywna nuta na koniec: pojawił się artykuł o blogowaniu zza granicy i część jest poświęcona moim przeżyciom, ma się również pojawić na Onecie, zapraszam do lektury całości :)

Praca przed wolnym

W niedzielę przyszła do mnie hostmama i tłumaczem przeprosiła, że niestety kierowca nie może mnie w poniedziałek zawieźć do szkoły (tak jakby mieli obowiązek zapewniać mi transport…). Powiedziałam, że to oczywiście nie problem, i że i tak nie mam zajęć z okazji Nowego Roku, ale pójdę sobie do stacji, bo chcę pozwiedzać. Dopiero późnym wieczorem mnie oświeciło, że za chwilę rodzina wyjeżdża, a ja dostaję nadprogramowe wolne… pospałam niby chwilę dłużej (jak cholernie mi brakuje badziania w łóżku z rana!), ale potem powiedziałam mamie, że pozwiedzam sobie jak ich nie będzie, a dzień spędzę z dziewczynkami. Co miało tę dodatkową zaletę, że moje obie minichinki były tego dnia wspaniałe! Spędziłam z nimi wyjątkowo dużo czasu (teoretycznie pracuje dziennie max. 6 h, wczoraj było to 8 – częściowo dlatego, że Emma wprosiła się na oglądanie kreskówki, której sama wcześniej nie oglądałam).

Odkryłam przy tym ostatnio ulubioną piosenkę Emmy (dla zainteresowanych:
http://v.youku.com/v_show/id_XMjA0MjkzNTE2.html
), wpadłam przy tym na genialny pomysł – skoro i tak słyszę to 50 razy dziennie to przetłumaczę sobie tekst i coś z tego będę miała. Klimat muzyki jest co prawda zupełnie nie mój, ale… i tak mam wrażenie, że chiński tandetny pop jest dużo lepszy, niż tandetny pop u nas. A może to dlatego, że wszędzie są te tradycyjnie chińskie wstawki, które mi się jeszcze nie osłuchały…

Sukces wychowawczy!

W niedzielę zazwyczaj mam kryzys – w weekendy Emma jest najgorsza i wtedy też spędzam z nią najwięcej czasu. Mówienie „I don’t care” – przychodzi mi wtedy jeszcze łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej (jednak możliwe!).

I tak było dziś. Nic wielkiego, drobne jazdy, nauczyłam ją jednak niewyrywania długopisu, a proszenia (nie ma walk! Ładnie prosi, czasem z tego nawet robi zabawę). Jest jednak jeden minus – absolutnie nie działa to w drugą stronę. Chyba że chce się bawić, ale tak to sobie mogę prosić i prosić.

I tak było dziś – poprosiła o długopis, ja akurat coś dla niej rysowałam (żeby powtórzyć słówka, których się uczyłyśmy, na książkę zaczęła reagować… negatywnie), spytałam się więc, czy jak jej dam to odda mi drugi – oczywiście potwierdziła i, oczywiście, jak się można domyślić, nie dała. Ja oczywiście zła, bo żadnej karty przetargowej nie mam, ale… odkryłam słabość Emmy i jest to ignorowanie jej. Poszłam więc po swój długopis i zaczęłam rysować jakieś pierdoły dla siebie. Po chwili Emma podsuwa mi długopis, ja jej, że trzeba było wcześniej i teraz to sobie może. Podsuwa mi drugi, ja jej, że teraz już nie chce. Podsuwa mi oba, ja, że powinna była tak wcześniej. Na co Emma powiedziała… „I’m sorry”. Sama z siebie. Szczęka mi opadła, niania zaczęła klaskać, a ja małą uściskałam i cmoknęłam. Miałam wątpliwości, czy to moje czepialstwo, wymaganie proszenia, przepraszania, dziękowania daje efekty, a tu proszę – taka niespodzianka! Jeszcze będą z niej ludzie:)

Chińskie urodziny

Wczoraj – dziewczynki przebrane w wyjściowe ciuszki, więc pytam, czy gdzieś idziemy – tak, wychodzimy na obiad. Zakładam więc ramoneskę na szarą bluzę i idziemy. Już w windzie orientuję się, że coś jest nie tak – po mega eleganckim płaszczyku mamy. Nic nie mówię, głównie dlatego, że nie wiem jak spytać „co to za okazja”. Po czym jedziemy do jakiegoś bardzo eleganckiego miejsca, robi mi się głupio. Ale jako że jestem dzieckiem szczęścia… akurat tego dnia pod bluzę założyłam ładną, fioletową, satynową bluzkę. Jedyną, która nie odsłania tatuażu! Sytuacja uratowana, choć cały wieczór pytali się mnie, czy nie jest mi zimno. Lepsze to niż wyglądać jakbym się urwała z Woodstocku :)

Ale o samych urodzinach. Obchodziła je matka ojca ojca Emmy (w Chinach nie jest to po prostu prababcia – jest inne słowo na babcię od strony ojca i matki, inne na prababcie od strony jednego dziadka i drugiego, tak samo z kuzynami, tam jeszcze jest rozróżnienie czy są starsi czy młodsi – nie ogarniam tego i nawet nie próbuję), nikt natomiast nie wiedział… które to urodziny, podobno 86. lub 87., ona sama nie pamięta. Duża, elegancka sala z olbrzymim, okrągłym stołem (na około 20 osób), ze szklanym kręcącym się kołem na środku, na którym znajdowały się różniste potrawy. Tradycyjnie, każdy miał swój talerzyk i brał sobie co chciał. Trwało to długo, do tego były soczki i chińska wódka (powiedziano mi, że to wino, i że absolutnie muszę spróbować, a że ja grzeczna i nie chcę faux pas strzelić… to wszystkich zaskoczyłam pijąc cały kieliszek na raz). Po tej części była chwila przerwy, zabawy z dziećmi oczywiście (rozpieszczanie, ach rozpieszczanie!), następnie podano zupę z makaronem i, zanim zjadłam połowę, już podawano każdemu owoce (chyba nikt nie dojadł, zaskoczyła mnie tak mała ilość czasu w porównaniu do tego wcześniej). W trakcie jedzenia owoców przyjechał tort, było śpiewanie „sto lat”, zdmuchnięcie świeczek (o dziwo, nie przez jubilatkę, a jej syna), następnie podano tort. Ja jeszcze dojadałam swoje owoce (wolno mi szło głównie przez Emmę na kolanach i to, że niejako wymusiła na mnie jedzenie lewą ręka), wzięłam się za tort i nagle… wszyscy szykują się do wyjścia. Popatrzyłam po stole, chyba nikt nie dojadł – trochę nie rozumiem. Nie smakowało? Zamarudzili za długo przy pierwszej części a sala była na godziny? Zdecydowanie nie ogarnęłam tego, co się działo, zwłaszcza, że potem jeszcze kilkanaście minut czekaliśmy w holu na samochód.

Najbardziej chyba jednak zaskoczyła mnie wystawność przyjęcia – wynajęta sala, wszyscy wystrojeni, do tego zdjęcia – pozowane, eleganckie, kompletnie bez jaj. A może i lepiej, że skończyło się tak nagle – przynajmniej nikt nie zauważył, że wydłubałam rodzynki…

Emma, Ranran i psychopata

Przed południem teraz zajmuję się Ranran, najsłodszym dzieciakiem świata i uwielbiam to. Mała trochę próbuje gadać, jak zawsze przeurocza, choć, jak się okazuje, też bywa uparta (choć oczywiście nie jak Emma). Ale np. dziś w centrum dziecięcym strasznie upierała się, by wejść na samą  górę takiego zameczku, problem w tym, że łatwo tam było spaść – moje „nie” oczywiście nie na wiele się zdało, więc po prostu ją stamtąd zdjęłam.

Emma natomiast… cóż, ostatnio w weekend mi dopiekła, pokłóciłyśmy się… o długopis (zwykle powody są banalne, chodzi o nauczenie proszenia zamiast używania siły), tym razem mama na nią nakrzyczała (a nie jak zwykle jedynie podniosła głos), aż mi się głupio zrobiło. I trochę mnie to zdołowało, bo była to kolejna akcja Emmy w ciągu trzech dni, no i dałam to po sobie poznać. I niespodzianka – najpierw niania mi powiedziała, żebym się nie przejmowała, bo wszystko jest ok, potem mama to samo. Mamie powiedziałam, że po prostu nie znoszę tego, że o każde głupie słówko jest z Emmą bitwa. Mama na to, że wie, że Emma jest uparta, ale zaczynamy razem nad tym pracować. Z jednej strony byłam w dołku przez Emmę, a z drugiej cieszyło mnie, że mamę mam po swojej stronie.

Moje poranki z Ranran jednak odbijają się na Emmie, i to pozytywnie. Emma próbuje mi zaglądać do łazienki rano, cieszy się jak wraca ze szkoły, a i później jest przyjemniejsza. I tak wczoraj w centrum handlowym w centrum dziecięcym mam jakiegoś tam przebywającego dziecka do mnie zagadała, pytała też Emmy kim jestem. I podczas tej rozmowy Emma zaczęła mi coś niby szeptać na ucho, po czym dała buziaka. A potem sobie robiłyśmy zdjęcia i sama z siebie się do mnie serdecznie przytuliła. I muszę przyznać, że większość momentów z nią jest jednak pozytywna, mimo że zdarza mi się dokładnie opisywać jej diabelstwo.

Poznałam też ostatnio historyjkę o dzieciaku innej au pairki, Patricii. Otóż dziewczyna została z chłopcem sama w mieszkaniu (nic wielkiego – dzieciak starszy niż moja prawie czteroletnia Emma), gdy ten nagle wyciągnął z szuflady wielki NÓŻ i zaczął ją ganiać (brzmi to jak scenariusz bardzo kiepskiego filmu). Patricia koniec końców zamknęła się w łazience (ktoś się dziwi?) i tam czekała na matkę chłopca. Gdy ta wróciła, okazało się, że chłopiec z noża jednak skorzystał – na swoim króliczku (bynajmniej nie pluszowym). Ja się tylko zdziwiłam, czemu ona nie uciekła od tej rodziny?! Ja bym nawet nie zgłaszała agencji (nie w pierwszym momencie), tylko spakowała się i uciekła…

Wspomniałam, że uwielbiam swoje dziewczynki?

Koszmarki au pairek

Tym razem nie o mnie. W przerwach między zajęciami, na wycieczkach, wechacie (chińska aplikacja umożliwiająca wysyłanie wiadomości tekstowych i głosowych z której korzystają WSZYSCY) sporo ze sobą gadamy – bo to jednak jest nowe doświadczenie, dość specyficzne warunki, inne osoby nie rozumieją tak dobrze jak ta praca wygląda. I tak właśnie ostatnio na przerwach… i częściowo zajęciach (i dobrze, bo nauka o pisaniu znaczków nie jest porywająca!) Mariann, jedna z au pairek, opowiadała nam o swojej rodzinie, którą zresztą bardzo lubi. Ale przyszła pora na koszmarek.

Niepracująca mama, mająca nianię, gosposię i au pair wybiera się na jakąś drobną operację nosa. Powiedziała Mariann, że w związku z jej rekonwalescencja (bo przecież 3 tygodnie to ona się praktycznie nie będzie mogła ruszać) będzie chciała, by Mariann popracowała troszkę więcej. Mariann dobra dziewczyna, lubi swoją rodzinę, wdzięczna, że już kupili jej bilet do USA (rodzinna wyprawa) i powrotny do Budapesztu, oczywiście się zgodziła. Po czym na przerwie telefon – mama dzwoni, że Mariann ma odebrać dzieciaka ze szkoły. Za pięć minut. Mariann oczywiście, że nie da rady, może wyjść wcześniej, ale do szkoły nie zdąży. Teksty „wykorzystałaś już swój wolny czas”, „masz odebrać” – jakby nie docierało, że nie ma takiej opcji. Wszystkich nas rozbroił sms o 15.08 „pamiętaj o 3 odbierz dzieciaka”. Mariann już zezłoszczona, po czym wtrąciły się dziewczyny z agencji – żeby barierę językową znieść. I co się okazuje – Mariann, od przyszłego tygodnia przez 3 tygodnie nie masz żadnego poranka wolnego (kiedy chodziła na zajęcia), żadnego dnia wolnego, pracujesz dłużej. Mariann wściekła, wszyscy wstawiliśmy się za nią, ale wiadomo, że to praktycznie nie oznaczało… nic.

Nie wiem jak historia się zakończy. Pewnie wykorzystają ją ponad godziny, ale może nie aż tak niewolniczo. Mam naiwną nadzieję… daj palec, całą rękę chwycą…

PS. Dodałam kilka fotek do ogólnej galerii, trochę spóźnionych :)

Przestrzeń osobista w wersji chińskiej

Jestem z Europy, mieszkałam w małym miasteczku, potrzebuję swojej przestrzeni, inaczej czuję się źle. Nie jestem fanką tłumów, zdecydowanie nie znoszę komunikacji miejskiej, gdzie wszyscy się dotykają jak sardynki w puszkach.

W Chinach jednak czas przedefiniować przestrzeń osobistą. Nie mówię tutaj nawet o tym, że metro jest zatłoczone, choć jest to z tym związane. Mianowicie jechałam sobie ostatnio rano metrem, o trochę innej godzinie i pociąg był bardziej zatłoczony. W ręku miałam swoje notatki w przezroczystej teczce i powtarzałam materiał przed zajęciami. Zauważyłam, że dziewczyna obok patrzy mi się w notatki – nie przejęłam się, przyzwyczaiłam się, że ludzie zerkają w to, co czytam (choć mam wrażenie, że w Polsce to uchodzi za nieco niekulturalne), poza tym ciasno, przecież nie każę jej odwracać głowy. Po chwili jednak laska wyciąga rękę i dotyka moich notatek, by lepiej widzieć znaczki! Wiem, że nie jest to zbrodnia, ale kto by wpadł, żeby w pociągu dotykać czyjejś książki?

To nie wszystko. Kolega z grupy ma szczęście mieć siłownię w budynku, w którym mieszka, więc korzysta. Jak Chińczycy reagują na białego ćwiczącego wśród nich? Podchodzą, gadają, macają po bicepsach (sic!) stają nad nim jak ćwiczy na ławeczce i się wgapiają. Pomijając oczywiste chamstwo takiego zachowania – przy ćwiczeniach na ławeczce raczej nie zwraca się uwagi na otoczenie i można kogoś przypadkiem uderzyć – ja chyba bym tak zrobiła, „przypadkiem” oczywiście…

Kolejna rzecz miała miejsce pewnego wieczora. Miałam na sobie sweterek z dekoltem w łódkę (taki, który odsłania dość sporo ramion i pleców) i gdy pochylona rysowałam sobie z Emmą, niania dostrzegła wystającą górną część mojego tatuażu. Jej reakcja – oczywiście zajrzeć pod sweterek. Tak, faktycznie złapała za mój sweter, żeby zajrzeć pod niego. Koniec końców nic wielkiego – to tylko plecy – ale jednak dla mnie niewyobrażalne.

Myślałam, że całkiem nieźle zaaklimatyzowałam się w tym obcym mieście – ciągle jednak pewne rzeczy mnie zaskakują!

Cud, miód, orzeszki i baloniki

Plan dnia zmieniony, więc wczoraj pospałam chwilę dłużej, z rana z Emmą się nie widziałam (chyba, żeby liczyć jej zaglądanie przez szybę do łazienki, jak się myłam i przebierałam), następnie „nauka” Ranran – a tak naprawdę nauka całej rodziny podczas zabawy z Ranran, szczerze mówiąc bardzo przyjemny poranek z najsłodszym dzieciakiem pod słońcem :) Gdy natomiast szofer (rozgryzłam! Jest młodszym bratem ojca!) i mama pojechali po Emmę, ja zostałam z Ranran i nianią, gdy ta druga musiała iść po coś, spytała zresztą, czy to ok, oczywiście przytaknęłam, po czym zorientowałam się, że rodzina mi ufa na tyle, by zostawić mnie z małą samą. Zdecydowanie pozytywne uczucie!

Popołudniem miałam zajmować się Emmą. Najpierw było uczenie się z książek, które szło nieco opornie (w międzyczasie zresztą rodzina pojechała na zakupy – znowu okazując zaufanie, zostawiając mnie samą w domu z Emmą. Odpowiedzialność oczywiście, ale przede wszystkim cieszę się, że mnie traktują jak swoją), po obiedzie… Emma dzieliła się chipsami. Nie tylko tym jednym, o którego zawsze proszę (by przyzwyczaić do dzielenia się z innymi), ale sama proponowała tez później. Słodycz natomiast mnie przerosła, gdy chipsa dała Ranran, a ta go oddała mnie.

Później – wspólne rysowanie, gadanie, zabawy. Co zaskakujące – kilkukrotnie Emma z Ranran się… przytulały! Bez popychania, wyrywania sobie rzeczy czy podnoszenia – po prostu sympatyczne przytulanie się. Następne były balony. Ot, nic wielkiego – dmuchaliśmy baloniki, a ja wpadłam na pomysł pokazania Emmie, jak po potarciu o włosy można takiego balonika przykleić do ściany. Ciekawostka: jej włosy nie działają. Więc korzystała z moich. Więc mi je targała. Dostrzegła to zresztą, przygładziła mi wtedy włosy rączkami, po czym dała buziaka. I tak po każdym przyklejanym baloniku, których było kilkanaście. Nie mogłam przestać się śmiać, a z drugiej strony – było to niesamowicie sympatyczne!

A sam koniec… wujek włożył sobie kilka baloników pod koszulkę, że niby gruby jest, dziewczynki oczywiście podłapały, Emma włożyła sobie pod koszulkę dwa baloniki. Już była prześmieszna – szczuplutka z tymi balonikami na brzuchu – jednak gdy baloniki przesunęła do góry i zaczęła pokazywać mamie, jaki to ma biust (domysł – nie rozumiałam słów), to miarka się przebrała – wszyscy się uśmialiśmy, do tego stopnia, że mamie, uzależnionej od telefonu, nie udało się cyknąć fotek :)

Nowy plan dnia!

Mama Emmy dziś do mnie zagadała, że chciałaby zmienić mój plan dnia – zamiast odwożenia Emmy do szkoły i przebywania z nią po szkole i przed obiadem 2 h spędzałabym z Ranran – bo stwierdziła, że wydaje jej się, że to dobry moment, by zacząć z jej angielskim (zdecydowanie przyznaję jej rację). Ja przeszczęśliwa, bo wszystkie złe fazy Emma ma rano, popołudniami jest cudowna, a Ranran to najsłodsze dziecko na świecie o każdej porze. Ale nie mogłam nie spytać o więcej udogodnień dla mnie – mianowicie o wolny czwartkowy poranek (w szkole są inne zajęcia niż poniedziałkowe, na które też chciałabym chodzić). Na początek ciężko mi było wyjaśnić o co mi chodzi – chyba myślała, że chcę sobie urwać trochę pracy, koniec końców zaproponowałam więc, że po prostu napiszę jak ja bym chciała najbardziej a ona powie, czy jej się to podoba. Poranne dwie godzinki rozdysponowałam na popołudnie w czwartek (pół godziny) i na niedzielę rano (półtorej). Dodałam do tego jeszcze, że jeśli z jakiegoś powodu nie wyrobię w tygodniu jakichś godzin to mogę je nadgonić w niedzielne popołudnie. I co jeszcze fajne – nie rozpisałam tego od-do, tylko ile godzin kiedy pracuje – bo plan godzinowy bardzo zawodził wcześniej. Pokazałam jej karteczkę z podliczonymi godzinami, zgodziła się, a ja mam plan dla mnie perfekcyjny :) I po wszystkich złych historiach (bo o dobrych momentach nikt nigdy przecież nie mówi) stwierdzam, że moja rodzina jest fantastyczna i po prostu ich kocham!

Silk market, zakupy niekoniecznie jedwabne

Udało się! W końcu odwiedziłam słynny i zachwalany wszędzie Silk Market!

Na sam początek… zaskoczenie. Wychodzimy z metra (pojechałam tam ze znajomymi z zajęć, z Marit i Dannym) i… jesteśmy w przejściu wyglądającym jak loch/sceneria horroru (spodziewałam się, że będzie to wyglądało lepiej – w końcu to jedna z głównych atrakcji Pekinu), po czym wchodzimy po schodach do zupełnie innego świata – ładnie, czysto, jasno, nie ma straganów, których się spodziewałam, są schludnie wyglądające butiki. W naprawdę dużych ilościach – na początek zobaczyliśmy długą alejkę sklepów pełnych jedynie skórzanych toreb. Wszyscy nas wołają, o dziwo głównie po angielsku, kolega, który dopiero co przyjechał zdziera gardło mówiąc ciągle „nie, dziękuję”, ja spokojnie ignoruję zawołania, rozglądając się tylko co tam dają. Chwilę nam zajęło zanim się tam ogarnęliśmy, wyroby skórzane ominęliśmy, przy ciuchach spędziliśmy trochę więcej czasu (jestem wprost zachwycona jedwabnymi sukienkami o tradycyjnym kroju – nie dziś, bo zbyt obładowana byłam, zresztą było to raczej zwiedzanie, ale jeszcze sobie taką sprawię!), po czym poszliśmy na piętro, na którym miały być przybory biurowe i biżuteria. O ile biżuteria się znalazła (zielona, podobno jadeitowa bransoletka jest moja – wytargowana za 1/5 ceny i myślę, że dałabym radę lepiej, gdybym targowała się po chińsku), o tyle z przyborami biurowymi było ciężko – pędzelki, długopisy i pióra były wszędzie, ale tak prozaicznej rzeczy jak zeszyt już nie znaleźliśmy. Ostatnie piętro – restauracje i supermarket (choć super to w tym przypadku zdecydowana przesada) i restauracje. Jedna restauracja, a konkretnie pizzeria, znalazła się też na parterze, i tam poszliśmy po niezbyt ciekawym spacerku po okolicy. Tak, wiem, jestem w Chinach, chińskie jedzenie jest wspaniałe, próbować jak najwięcej… ale chociaż większość rzeczy mi smakuje, to jednak brakuje mi tego, co znane i lubiane w Polsce. Następnym razem pójdę do Subwaya – z tęsknoty za chlebem (brzmię jak niedokarmiona, a Chińczycy po prostu nie jedzą za bardzo pieczywa).

Podsumowanie? Multum rzeczy w niskich cenach, ale to nie niespodzianka. Przy tym brak dzikich tłumów i kieszonkowców (nie mam pojęcia czemu ich się spodziewałam!), przynajmniej w poniedziałkowe popołudnie. Na pewno wrócę tu niejeden raz – ciuchy, pamiątki, kaligrafia, biżuteria. Niby to tylko dom handlowy – ale jednak bardzo chiński. Czy warto? Nie jako pierwszą rzecz w Pekinie, ale zdecydowanie tak!