Po dwóch tygodniach w końcu słońce i brak smogu!

Pojechałam dziś do szkoły, w której chcą mnie na staż. Dojazd zajął mi ponad dwie godziny, ale to głównie przez to, że mieszkam daleko od… wszystkiego. Pojechałam z Celią, zamiast iść na piechotkę wzięła taksówkę (choć na moje oko to 10-15 minut spaceru) i po chwili byłyśmy w szkole. Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne – dojazd do centrum tylko z jedną przesiadką, w dodatku blisko stacji, wygodną (dobijają mnie przesiadki z Shunyi, są trzy, z czego jedna zajmuje do 15 minut). Szkółka sympatyczna, właścicielka chciała, bym naśladowała jej sposób prowadzenia lekcji – co było śmieszne, bo o ile przy dzieciach nie mam problemu z robieniem śmiesznych, dziwnych rzeczy to przy pustej sali… nie było to tak proste. Ale spodobałam się, więc poszłyśmy oglądać mieszkanie. Lokum w tym samym budynku, tylko wejście z drugiej strony, niewielkie, trochę zabałaganione (mieszkają tam też inne nauczycielki) – ot, typowe mieszkanko studenckie. Pokoik mniejszy od tego, który mam tutaj, ale wszystko jest – szafka, szafa, stolik, łóżko. W zamian – brak krążenia między dwoma domami. O więcej nie proszę!

Potem sobie usiadłyśmy i rozmawiałyśmy z nauczycielkami – znowu byłam poproszona o śpiewanie (nawet brawa dostałam!), powiedziano mi, żebym pytała właścicielki lub pozostałych nauczycielek, gdy tylko będę miała jakiekolwiek pytania… i oczywiście usłyszałam, że liczą, że przeniosę się do nich jak najszybciej :) uczucie jak najbardziej odwzajemnione!

Żeby jeszcze było śmieszniej… uczę się tego angielskiego całe życie, mam wykształcenie z tym związane, a tutaj, gdy chcę zostać nauczycielką mówią mi… bym mówiła wolniej i używała prostszych słów. Do dzieci to naturalne oczywiście (samo mi to zresztą przychodzi) – ale to chińscy nauczyciele angielskiego mają problem ze zrozumieniem mnie. Aż się ciśnie na usta – znasz angielski i nie wiesz, gdzie się podziać? Jedź do Chin uczyć angielskiego. Jak z agencją – pokryją Ci wszystkie wydatki;  jak sobie ogarniesz szkołę na własną rękę to jeszcze parę juanów przyoszczędzisz. Czemu więcej osób tego nie robi?

Gwoli wyjaśnienia tytułu – należy go traktować zarówno dosłownie, jak i metaforycznie :)

Rozmowa z rodziną i piekielne huoguo

Wczoraj w końcu poinformowałam rodzinę, że będę ich opuszczać – Google Translate oczywiście nie wystarczyło i rozmawiałam przez swoją koordynatorkę. Była na tyle w temacie, że w sumie nie potrzebowałam za wiele jej mówić, i było to całkiem niezręczne – hostmama na telefonie, ja z komputerem obok, zdenerwowana, z trzęsącymi się rękami. Po całej rozmowie napisałam tylko, że bardzo lubię rodzinę i to nie przez nich zmieniam, tylko po prostu zmiana będzie dla mnie lepsza i dlatego muszę to zrobić. Potem Kitty (koordynatorka) zadzwoniła jeszcze do mnie, powiedziała, że hostmama była zasmucona (nie wiem czemu spodziewałam się złości) oraz żebym powiedziała, jak będę miała rozmowę z przedszkolem. Teoretycznie już miałam, ale że w czwartek mam tą w cztery oczy to nie ma problemu. A Emma dziś oczywiście znowu była aniołkiem… murphyism!

Dzisiaj po południu natomiast pojechałam z rodziną do centrum handlowego, spędziłam sporo czasu z Emmą w dziecięcym centrum, gdzie panie dwa razy mnie opieprzyły, żebym nie wchodziła na nic (raz ok, bo nie wiedziałam; za drugim weszłam, żeby łapać spadającą Emmę – wydawałoby się, że rozsądny wyjątek). Później natomiast był obiad, i znowu huoguo (nie narzekam – uwielbiam, nawet nie najlepsze huoguo jest bardzo dobre). Tym razem jednak sama wybierałam sosy, wybrałam ten absolutnie genialny sezamowy oraz, oczywiście, ostry. I jak się okazuje, był to błąd… lubię ostre rzeczy, jadłam sporo ostrych rzeczy, ale to było przegięcie. Popłakałam się przy tym jedzeniu. Bardzo się starałam nie płakać przy Emmie, ostry sos mnie złamał. Do tego miałam duży kubek sprite’a, starałam się pić mało, żeby po całym posiłku móc wypić resztę na raz – nie udało się, na koniec podpiłam wodę od hostmamy. Samo jedzenie bardzo smaczne i chętnie bym się nim rozkoszowała – zamiast tego zjadłam tak szybko, jak się dało, by piekło się skończyło. Chyba w najbliższym czasie będę wybierała potrawy słodko-kwaśne albo te totalnie bez smaku…

Rozpieszczanie, ból głowy i decyzja

Emma przez ostatnie dni to koszmar. Myślę już tylko o stażu, więc mniej mnie to obchodzi… i mniej się staram. Ale pewne sytuacje nie przestaną wyprowadzać mnie z równowagi. Ot, na przykład: na ścianie wiszą takie plansze do nauki języka, naciska się przycisk i kiepską angielszczyzną słyszymy słówko. Fajne, kolorowe. Emma się bawi, podchodzi Ranran, Emma oczywiście jej nie dopuszcza, dziadek oczywiście zabiera Ranran (wkurza mnie już ten człowiek tym, jak strasznie rozpuszcza Emmę). Po chwili Emmie nudzi się zabawa, więc odchodzi, Ranran podchodzi więc i naciska guziczki. Widzę kątem oka Emmę idącą w stronę małej, osłaniam więc ją, a Emma się przepycha, ja jej, żeby przestała, a ona dalej po czym… skarży się na mnie dziadkowi. Skończyło się na tym, że matka ją ostro opieprzyła, zupełnie mi nie było żal. Może dlatego, że niedługo wcześniej, jak przypadkiem mi przytrzasnęła rękę drzwiami (bolało!), to zaczęła się z tego śmiać. Socjopatka… tak, chwilę po feriach była aniołkiem, ale już wróciła do siebie.

To chyba przez nią drugi dzień mnie męczy kosmiczny ból głowy. Chińskie medykamenty nie zadziałały, aspiryna mi się skończyła… ale nie przeszkodziło mi to w pogadaniu z właścicielką szkoły. Bo to dziś miałam skype’owo-telefoniczną rozmowę w sprawie mojego stażu i… chcą mnie! Warunki też fajne – będę mieszkać z innymi nauczycielkami, nie dostaję jedzenia, dostaje za to na nie dodatkowy 1000 juanów (niemal wystarczająco, by się żywić w knajpach, gotując sama lub żywiąc się jedzeniem z ulicy jeszcze zaoszczędzę), grafik z prawdziwego zdarzenia, w sierpniu około 20 dni wolnych (sic!), majówka (pokombinujemy z przyjazdem Michała!), żadnych ograniczeń wolnego czasu – bylebym się stawiła na czas w szkole. Ogólnie nie mogę się już doczekać.

Ach! Byłabym zapomniała. W ramach „rozmowy kwalifikacyjnej” zostałam poproszona o zaśpiewanie piosenki. Opłaciło się śpiewanie CIĄGLE z Ranran i Emmą :)

Dzień po polsku i szczęśliwi ludzie

Wczoraj sobie wzięłam wolne zamiast poniedziałku, by spotkać się z Marysią (au pairka z Qingdao, która również wyjechała dzięki Henhao) i jej chłopakiem. I tak poszliśmy sobie na obiad do mojej ulubionej knajpki, potem rundka po Silk Markecie, krótka wizyta w ich hotelu (warta wspomnienia jest wisząca tam karteczka: „drodzy goście, uważajcie na ładne dziewczyny na placu Tiananmen, zapraszające was na herbatę – chcą was naciągnąć na kasę”. Wyjaśnienie – dziewuszki gadają po angielsku, są bardzo zainteresowane, więc proponują kontynuowanie rozmowy przy herbacie, po czym znikają, a pojawia się rachunek na chorą sumę. I nie dotyczy to tylko mężczyzn, mnie też zapraszały!), później wybraliśmy się na… herbatę. I tak nam mignęło 7 godzin… aż szkoda, że nie są w Pekinie na dłużej – i mówię to nie tylko przez Ptasie Mleczko, które ze sobą mieli :)

Kilka słów o herbaciarni, a w sumie właścicielu. Już na wejściu nas zagadał, po naszej rozmowie zgadywał skąd jesteśmy (pojawiła się Serbia, Chorwacja, Ukraina, Polskę mu w końcu podpowiedzieliśmy), po czym stwierdził, że zdarzyło mu się nasz kraik odwiedzić. Marysia się go spytała o Kraków i Warszawę, o obu powiedział, że bardzo mu się podobało, ja oczywiście sceptyczna spytałam o Milanówek… i niespodzianka, powiedział, że nie zna, po chwili też pokazał mi zrobione przez siebie zdjęcie warszawskiej starówki, wiszące na ścianie. Pogadaliśmy z nim jeszcze więcej przy wyjściu – powiedział, że tym razem chce jechać do Gdańska i zobaczyć Wałęsę, bo to bohater. I tu się oczywiście potoczyło, że w Chinach nie ma bohaterów, a on bohaterem nie będzie, bo jemu jest dobrze – ma swoją kawiarnię, żonę, podróżuje i był w ponad 50 państwach. Trudno odmówić mu racji!

A co do mojego stażu… zapytałam w agencji, znalazło się coś dla mnie i mieli mi przesłać mailem dokładne informacje, a jak wróciłam do domu Emma nie była łaskawa odpowiedzieć mi nawet „cześć”. A oferta i bez tego wygląda świetnie (sympatyczna szkoła, właścicielka wydaje się w porządku, świetne godziny pracy z wolnymi porankami, a jeszcze do tego łatwiejszy dojazd wszędzie), w niedzielę będę rozmawiała z właścicielką i liczę, że wszystko będzie tak super, jak się zapowiada i od razu będzie decyzja :)

Sielanka

Decyzję o przejściu na staż podjęłam, rodzinie jeszcze nie powiedziałam, bo tak mi doradzili w agencji (może i nie najlepsze wyjście, ale z drugiej strony krócej będzie dziwna atmosfera). Emma za to zachowuje się tak, jakby wiedziała o tym i chciała mnie zatrzymać. No dzieciak perfekcyjny. Bawiłyśmy się klockami – podawałam jej klocki, ona po każdym do mnie „thank you” – u dziecka, które tylko wymaga, bo wszystko jest jej i się należy! Ponadto, byłyśmy w sklepie i dostała nową książkę, oczywiście od razu po wyjściu chciała ją przejrzeć, ale książka, w przeciwieństwie do Emmy, duża, i mała nie radziła sobie z trzymaniem książki i przewracaniem kartek. Zaproponowałam więc, że ja będę trzymała książkę, a Emma przewracała kartki – rozwiązanie banalne, ale przypominam: wszystko jest Emmy, a co jest jej, to nikomu innemu nie wolno dotykać. Ale nie tym razem! Bez problemu dała mi książkę do rąk i razem oglądałyśmy. Nie wiem, czy to zaufanie wobec mnie, czy po prostu rozwój… jakby tego jeszcze było mało, przeglądając (już w domu) książkę zaczęłam o niej gadać – że tu ładna sukienka, a mi się ta podoba, bo lubię niebieski, po czym Emma całkiem naturalnie – „I like pink”. Wiem, że to nie jest najtrudniejsze zdanie świata, ale zaczyna sama te zdania tworzyć na podstawie tych, które ja mówię, i już się przed tym nie broni. Uważam to za swój mały sukces :) i niestety, ale będzie mi takich sukcesów brakować. Przestałam jej co prawda dawać „lekcje” jakich chciała mama, ale nie przez mój bunt, a przez to, że nie działały i tylko wywoływały kłótnie. Już przez oglądanie kreskówek nauczyła się więcej, a najwięcej przez moje rysowanie…

Notka do tych, którzy skomentują, że powinnam w takim razie zostać u rodziny i nauczyć się pokory: 1. Zmieniam „pracę”, bo w drugiej są lepsze warunki. Finansowe i urlopowe. Każdy normalny człowiek zrobiłby to samo; 2.Pokora (tak jak i skromność) to moim zdaniem najbardziej przereklamowana cecha i wcale nie uważam jej za pozytywną; 3. Jeśli nie byłeś/aś nigdy na takim wyjeździe to masz małe pojęcie o tym, jak to wygląda od kuchni. Wszyscy, którzy doświadczenie z takimi wyjazdami mają mnie popierają – to o czymś świadczy; 4. Bardzo cenię sobie wszystkie opinie, cieszę się z każdego komentarza, ale to ja tutaj mieszkam i to ja będę ponosiła konsekwencje swoich decyzji.

Dupa blada! A do tego goła.

Wracam sobie dziś z całego dnia poza domem, metrem, z trzema przesiadkami, jak zwykle. Tłum niesamowity, utworzyła się kolejka do schodów, które prowadziły na peron mojego metra. Kolejka do kolejki do kolejki… Tak czy inaczej, gdy wsiadłam już w najbardziej znienawidzoną przeze mnie piętnastkę (zawsze jest kosmicznie zatłoczona), zobaczyłam dziecko. Żaden niezwykły widok, całkiem sporo ich jest w Chinach. Dziecko owo było ubrane jak na zimę przystało – grube, puchowe spodnie, puchowa kurtka i jakaś bluza pod nią – widać rodzice się zatroszczyli, choć mogliby dziecko w metrze rozpiąć… bo chodziło jak puchaty, kolorowy bałwanek. Póki chodziło – później bowiem ojciec wziął owo dziecko na ręce. I ku mojemu zdumieniu zauważyłam, że owe ciepłe, puchowe spodnie mają… dziurę na pupie. Ale nie małą dziurkę typu pęknięty szew, tylko rozcięcie na całej długości, fabrycznie obszyte. Wyraźnie widać było również brak jakiegokolwiek ubrania pod owymi spodniami – tak, dziecko jadące metrem miało gołą pupę na wierzchu. Nie rozumiem, nie chcę chyba rozumieć, nie patrzę w jego stronę, zakładam, że to jakaś pomyłka, że ze spodniami coś jest nie tak, że tak nie powinno być i to po prostu wstydliwa wpadka… tak myślałam, dopóki mama dziecka nie zaczęła go po tej pupie łaskotać. Chłopaczek reagował radosnym śmiechem, więc mama łaskotała go więcej, a gdy przestała, za łaskotanie wziął się też ojciec. Przeurocza scena rodzinna, na nikim dookoła nie robiło to wrażenia, a ja dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak wtedy, gdy otworzyły się drzwi na mojej stacji…

PS. Poinformowałam agencję, że przechodzę na staż, niedługo pewnie coś mi znajdą. A, i odwiedziłam w końcu Świątynię Nieba – opisu nie będzie, zapraszam do fotek.

Decyzje, decyzje… i podejście Chińczyków

Tak właściwie to już jestem zdecydowana na ten staż. W poniedziałek w agencji o tym jeszcze pogadam, ale jednak zalety tutaj przeważają. Więcej pieniędzy (cały czas się głupio czuję, że to jest argument, ale dlaczego niby nie?), lepsze opcje jeśli chodzi o dni wolne, prawdziwy grafik… brak dzikich jazd Emmy (tak, teraz na złość jest najfajniejsza, choć i tak miewa momenty, w których mam jej dość), brak rozpuszczania przez dziadków (regularne robienie czegoś wbrew mnie – ja zabieram zabawkę Emmie w ramach kary, dziadek oddaje; ja każę Emmie wyrzucić papierek samej, babcia robi to za nią; ja Emmie nie pozwalam spychać Ranran z krzesełka, dziadkowie ją przesadzają, żeby księżniczka, tfu, Emma mogła usiąść gdzie tylko zapragnie). Czego będzie mi brakować? Hostmamy – polubiłam się z nią i nawiązujemy kontakt mimo bariery językowej, może dlatego, że mówi bardzo wyraźnie; Emmy mimo wszystko – ma słodkie momenty, jak na przykład przytula się przy oglądaniu kreskówek; Ranran – wczoraj z rana, jak jeszcze było cicho w domu usłyszałam ją tylko krzyczącą „Anna!” – no jak tu jej nie lubić? Zwłaszcza, że i poza tym jest najsłodszą istotką na świecie.

No i muszę się przygotować na batalię. Agencja jest zawsze po stronie płacących – czyli NIE stażystów i au pairek – plus to Chińczycy. Przy lekcjach z Ploy byłam wobec niej wręcz chamska – potem milutko, niemal przyjaciółeczki. Jak chciałam o swoje rzeczy dopytać w agencji też nie było łatwo – wytoczone wszystkie argumenty oczywiście, ale oprócz tego podniesiony głos, przekleństwa… za takie wystąpienie w Polsce raczej wszędzie by mnie wywalili, tutaj – dostałam to, czego chciałam, a potem dziękuję, do widzenia, miłego dnia. Wcześniej byłam pewna siebie – po tym wyjeździe już nikt nigdy mi na głowę nie wejdzie…

To samo podejście zresztą zauważyłam na Silk Markecie. Targowanie do poziomu chamskości – raz aż uciekłam ze sklepu, bo miałam dość, mimo że wytargowałam wtedy mniej niż 1/5 ceny. I zaczęłam już ich obśmiewać („te majtki są świetnej jakości! Ręcznie robione!”), już do pasji mnie doprowadza „nie masz pieniędzy, spoko, możesz zapłacić kartą kredytową” – oczywiście, bo marzę o zadłużaniu się na metalową figurkę smoka; już też źle mi było na „it’s style! IT’S STYLE!!!” – cóż, moim zdaniem spodnie były za krótkie, ale nie przetłumaczysz, że skoro to taki „stajl”, to mnie się on nie podoba, bo to przecież „stajl”.

Taki psychopatyczny stajl – zaciśnij zęby, nie przejmuj się innymi w najmniejszym stopniu i walcz o swoje.

Powrót do Polski? Może jeszcze nie teraz…

Rodzina wróciła wczoraj – mówili, że wracają 10. A dziś byłam w agencji i wyjechałam ze wszystkimi moimi uwagami.

  1. Do Hong Kongu pojechali ze swojego rodzinnego miasta, bo było im tam po prostu nudno. Z tego co zrozumiałam (to może być też wyobraźnia Celii z agencji albo błąd w tłumaczeniu, także nie przesadzam z entuzjazmem), nawet pomyśleli wtedy o mnie, ale byłby kłopot z transportem, bo z różnych stron, etc. Wyjaśnione, tu nie mam uwag.
  2. Powrót dwa dni później – chcieli wracać 10., ale nie było samolotu. Czemu mnie nie uprzedzili – „bo ich angielski jest kiepski”. Tia, kiepska wymówka, zrozumiałabym chyba, albo przetłumaczyła, jakby chociaż wysłali notkę an wechacie. Ale to stosunkowo niewielka wpadka, wybaczalne.
  3. Czy faktycznie dajecie native’om więcej kasy? Tak. Jak nie jest to dyskryminacja? Na to pytanie już brak odpowiedzi. Bo oni lepiej znają język. A ja skończyłam studia i uczyłam się o uczeniu się – jestem mniej wykwalifikowana? Odwalam gorszą robotę?

Niestety, wczoraj po powrocie miałam taką myśl, że nie chcę tego kontynuować (mimo że samo powitanie z Emmą było przesłodkie – później miałam myśl, że wiem, co mnie czeka). Powiedziałam to więc w agencji, że chcę wracać do Polski. Bo traktują mnie tu jak obywatela drugiej kategorii (ta sama praca, mniejsza płaca, równi i równiejsi). Celia zaproponowała inną rodzinę, ja, że to jest to samo i chyba po prostu nie jestem materiałem na au pairkę. Na co ona, że może w takim razie staż. I tu się zastanawiam! Mieszkanie jest albo z rodziną ze szkoły albo w akademiku, pensja 2 razy wyższa (i bez dyskryminacji), wyżywienie lub dodatkowy tysiąc na jedzenie, praca w szkole w takim samym wymiarze godzinowym (tylko że w rodzinie tak jest tylko teoretycznie – praktycznie pochłania to więcej czasu), dodatkowo mam dni wolne – nie tylko według grafika, ale również święta.

Jakby tego było mało, po mojej walce w poniedziałek Ploy dziś prowadziła sensowną lekcję. I tym razem sympatycznie! I jak ją poprawiałam to też było jakieś pozytywne nastawienie – ja uczę ciebie, ty mnie (powinna lepiej ten angielski znać, ale cóż, realia!). Spytałyśmy też z Marine o egzaminy HSK (egzaminy językowe z chińskiego). Poziomów jest 6, 1 i 2 nie wymagają znaczków; 3 i 4 wymagają ich czytania, 5 i 6 również pisania. Ploy stwierdziła, że po roku na upartego (a jeśli nie jestem uparta to nie wiem jaka jestem) powinnam dać radę z poziomem 4. Takim, jaki jest wymagany do pracy w Chinach lub na studia na uczelniach chińskich.

Muszę się z tym wszystkim jeszcze przespać. Ale wygląda na to, że mogę nie chcieć jeszcze wracać (chociaż już ogarniałam loty…)

Bez różowych okularów

Wczoraj poszłam na lekcje do agencji i ku mojemu rozczarowaniu zobaczyłam nauczycielkę, którą mieli zmienić (uczyła fatalnie, przy czym „uczyła” to tu zbyt duże słowo). Oprócz niej była Marine, jak się okazało tego dnia nie zrobiły nic, mimo mojego 40-minutowego spóźnienia. Siadam, wyciągam zeszyt, a nauczycielka z tekstem, że ponieważ to pierwsze zajęcia po przerwie to możemy sobie pogadać i odpocząć. A we mnie się krew zagotowała, czego nie ukryłam, powiedziałam więc, że odpoczywałam ostatnie 10 dni i chciałabym mieć lekcje. Ona zaskoczona i pyta, czy w takim razie mamy jakieś pytania (ja wkurzona, że nawet nie przygotowała się do lekcji); Marine miała ich sporo, także przez jakiś czas je przerabiałyśmy. W przerwie Marine zresztą stwierdziła, że Ploy (nauczycielka) to jakaś tragedia, przeprosiłam ją za moje chamstwo, ale zrozumiała, a wręcz mnie poparła. Po pytaniach Marine Ploy (nauczycielka) nic nie mówi. No to ja znowu, żebyśmy może kontynuowały lekcje, no to ona, żebyśmy w takim razie pogadały i potłumaczyły. I zaległa cisza, czemu się trudno dziwić, bo atmosfera napięta. Nie poszłam tam siedzieć w ciszy więc mówię, by może tak rzuciła jakiś temat, bo to w końcu ona jest nauczycielką. Powiedziała, byśmy chwilę poczekały i wyszła, trzaskając drzwiami – tak samo też wróciła, ale, o dziwo, z książkami, i zaczęła prowadzić lekcje. Zwycięstwo! A nawet podwójne – później spytałyśmy o jedno zagadnienie gramatyczne, ona, że to skomplikowane i będzie to powoli wprowadzać (aha, już to widzę), więc bardzo bystrze spytałam, czy może to przygotować na czwartek. A ona, że chyba nawet ma w agencji książkę, zniknęła na minutę i wyjaśniła zagadnienie. Najlepsza lekcja do tej pory – i nauczyłam się na niej więcej niż na jakiejkolwiek innej. Tak jakby ten język nie był wystarczająco trudny – trzeba walczyć, by nauczycielka uczyła…

A czemu aż tak cięta byłam? Ano jest kilka powodów. Rodzina, zanim jeszcze przyjechała, mówiła o wyjeździe do Hong Kongu; potem w agencji przekazano mi, że z powodu jakiejś choroby tam zmieniają plany i jadą w swoje rodzinne strony. Trochę byłam rozczarowana, ale też rozumiałam. Ale niespodzianka – patrzę na wechat (ma funkcję w rodzaju ściany na facebooku) – a tam udostępnione zdjęcia rodziny z… Hong Kongu. Oczywiście najpierw spytałam w agencji o co chodzi – byli zaskoczeni tak samo jak ja. Muszę o tym z samą rodziną pogadać, bo wygląda to tak, jakby mnie okłamali. Miałam to zrobić wczoraj, ale… nie wrócili, choć mówili, że wracają 10. Żeby było jasne – leję na Hong Kong, nie mają obowiązku brać mnie nigdzie, ale niech mi to powiedzą w twarz, bo jeśli mnie okłamali to mamy problem.

I jeszcze jedna rzecz. Dowiedziałam się, że zarówno Kelly, jak i Danny, dostają wyższe kieszonkowe niż au pair z krajów nieanglojęzycznych. I o ile wiem, że wysokość kieszonkowego może zależeć od rodziny, to usłyszałam (jeszcze nie potwierdziłam), że to właśnie przez natywność. I tu znowu się we mnie gotuje – skończyłam studia w tym kierunku, uczyłam się o nauce języka i mi nie przysługuje więcej pieniędzy? Znowu chcę tu zastrzec – nie uważam, że tamci zasługują na mniej, ja to wszystkim życzę jak najwięcej, ale jeśli agencja wymusza więcej pieniędzy dla nativów, to chyba studia też powinny kwalifikować do wyższego wynagrodzenia? Pomijam już całkiem fakt, że zdarzają im się błędy (głównie w pisowni), których ja nigdy nie robię i zgrzytam, jak je widzę…

Jakby tego było mało, spotkałam się wczoraj z Marit, ona cała w skowronkach, bo… stwierdziła, że pie… olewa Chiny i wraca do Holandii. I po piwie i rozmowie z nią stało się – rozkleiłam się jak dzieciak.

Gong Wang Fu z Lidią

Wczoraj byłam umówiona z Lidią – była to druga osoba, jaką poznałam w Chinach, jest asystentką ojca Emmy, choć w sumie traktuję ją jak swoją koleżankę. Umówiłyśmy się na stacji metra, niestety nie ustaliłyśmy przy którym wyjściu – problematyczne o tyle, że… skończyły mi się pieniądze na telefonie. No i co zrobić?!

Spytałam jakichś dziewczyn, gdzie jest znajduje się Gong Wang Fu (miejsce, do którego miałyśmy iść – pałac księcia Kung), odpowiedział mi jakiś koleś, którego wcześniej nie zauważyłam – po angielsku! Pokazał mi, gdzie mam iść, dał od siebie zadzwonić, powiedział, bym się kontaktowała, jak tylko będę miała jakieś chińskie problemy i poczekał ze mną na Lidię. Ta przyszła z mężem i w końcu udaliśmy się do pałacu, po drodze odłączył się nowy znajomy, pożegnałam go oczywiście dziękując po raz pięćsetny :)

Pałac księcia Kung (Lidia nie pozwoliła mi zapłacić za wejściówkę) to rezydencja w typowo chińskim stylu – nie znajduje się na żadnej liście najważniejszych atrakcji Pekinu, co mnie trochę dziwi… ale też cieszy. Dzięki temu było stosunkowo mało ludzi, a samo miejsce jest prześlicznie – szczególnie zachwycił mnie ogród. Dodatkowo był pod cienką warstwą śniegu, więc wyglądał przeuroczo. Czyli same pozytywy – miejsce zaskakująco ciekawe, towarzystwo fajne (mąż Lidii też okazał się bardzo sympatyczny, choć tylko trochę mówił po angielsku), robiliśmy sobie mnóstwo zdjęć (galeria!), a po wizycie w sklepie z pamiątkami dostałam ładne pałeczki (nic ekskluzywnego, ale niesamowicie sympatyczny gest).

Po zwiedzaniu wzięli mnie na jedzenie z Yunanu – ostre potrawy, słone zupy, zdecydowanie mi to pasowało – pogadaliśmy jeszcze więcej, tym razem Lidia więcej tłumaczyła, bo opowiadałam o polskich potrawach i zwyczajach. Niby nic takiego, a jednak było przesympatycznie. Nie wiem, czy to ta słynna gościnność Chińczyków (wobec obcokrajowców i ludzi, którzy są dla nich ważni, oczywiście), czy po prostu trafiłam na fajnych ludzi, czy i to i to – ale dzień był super!