W szkole świetnie, w agencji jak zwykle…

Jest perfekcyjnie. Tak bardzo, że aż zapominam o blogu. Bo nikt nie ma głupich wymagań, mój czas i praca są szanowane, jest po prostu… perfekcyjnie. Poza agencją oczywiście, do której poszłam pogadać o pieniądzach – po pierwsze, nie zapłacono mi za ostatnie dni u rodziny, komentarz w agencji „myślę, że ci nie zapłacą”, „może z nimi porozmawiaj” – ja się pytam JAK? Rodzina nie mówi po angielsku, nie kontaktuje się z nią (i nie mam zamiaru po wspaniałym pożegnaniu), poza tym chyba właśnie od rozwiązywania takich sytuacji jest agencja?

Niemal a propos rodziny – w niedzielę miałam zajęcia z jedynie dwójką dzieciaków – na oko czteroletnich, czyli w wieku Emmy. I o ile chłopiec był super, chętnie robił o co prosiłam (nauka słówek z kart połączona z rzucaniem piłki – nic wymyślnego, ale dobra zabawa), o tyle dziewczynka była strasznie humorzasta. Nie chciała powtarzać, nie śpiewała, nie robiła gestów przy śpiewaniu, a piłkę jak na złość rzuca łanie w moją stronę… w pewnym momencie w ogóle mnie olała, przytulała się do mamy i nic nie mówiła.

Brzmi znajomo – jak humorki Emmy. ALE! Było to tylko 1.5 godziny. Poza tym nie musiało mnie to obchodzić – nie zmuszę jej do zrobienia czegoś, to rodzice powinni powiedzieć o posłuszeństwie względem nauczyciela. Dodatkowo mam wrażenie, że nie fair byłoby skupiać się na niej, gdy w klasie był dzieciak, który chciał się uczyć. Więc skupiłam się na chłopcu, któremu bardzo się podobały moje gry i aż przyjemnie było patrzeć, jak wykrzykuje kolejne słówka :)

Laowai, cudzoziemka, Europejka, Westerner

Szkółka, w której pracuje, ma kilka filii, i miewam lekcje w naprawdę dziwnych miejscach… i pisząc „dziwnych” mam na myśli kompletne obrzeża Pekinu. I to są już te miejsca, gdzie białych się nie widuje. Ciągle nie jestem przyzwyczajona do reakcji ludzi…

Na początek – dzieciaki. Chcą wiedzieć o mnie wszystko, skąd jestem, kim jest mój ojciec, czy lubię pierożki i czy lubię kurczaka. I nie chodzi tylko o zabranie czasu na lekcji – zaczepiają mnie na przerwie i o tego typu rzeczy pytają. Mało tego – zagadują mnie dzieci, z którymi nawet nie mam lekcji. Ciekawe, otwarte, FAJNE!

Szkoła otwierała nową filię, więc w ramach drobnej reklamy poszłyśmy z resztą dziewczyn rozdać ulotki. Pomijam fakt, że nie wszystkie dzieci ograniczały się do „dziękuję” bądź po prostu wzięcia kartki, całkiem sporo zagadywało :) moje ulotki kończyły się w błyskawicznym tempie i od wszystkich dziewczyn podbierałam więcej. I ustawiał się dookoła mnie wianuszek dzieciaków, nawet zdarzało się, ze nie ogarniałam tempa bo wszystkie dzieciaki chciały karteczki ode mnie JUŻ, tu i teraz.

I jeszcze jedna rzecz, tym razem niezwiązana z dziećmi – pozostałe nauczycielki pisały test, ja miałam przerwę, więc wyszłam sobie na słońce i usiadłam na kurtce na ziemi. Miło, przyjemnie (pogoda jest ostatnio przepiękna – lato pełną gębą, wiosnę tu pominięto), a po to się ma ramoneskę, by siadać gdziekolwiek. Po chwili jednak wyszła właścicielka pobliskiego sklepu z krzesełkiem dla mnie (sic!). Jakby tego było mało (ok, ZNOWU o dzieciach), po paru minutach wyszedł jej na oko 3-letni synek i zaczął ze mną nawijać. Nieważne, że ani ja go nie rozumiałam, ani on mnie – pogadaliśmy, mam tam kumpla!

I krótkie wyjaśnienie tytułu – „laowai” to chiński termin na obcokrajowca, chyba najbardziej popularny. Europejka – cóż, nie zaprzeczę, ale używam tego głównie dlatego, że sporo osób nie wie, gdzie jest Polska (spotkałam się nawet z pytaniem o stolicę… Europy). A Westerner – cóż, wcześniej nigdy tego terminu nie słyszałam. Ale dobre określenie, ładnie łapie USA (choć oni są nieco mniej lubiani), Europę i… Australię. Tak, za cholerę nie jest to zachód. Ale kultura zachodnia, a to o to chodzi.

Miłość made in China

Już w rodzinie byłam zaskoczona oschłością relacji między rodzicami goszczącymi. Matka na WeChacie umieszczała zdjęcia prezentów i pisała, jak to się strasznie kochają, po czym po kilku dniach rozłąki nawet nie dała mężowi buziaka. Czy tylko mnie to dziwi?

Potem dowiedziałam się o swatach w świątyniach – tak, autentycznie ludzie zostawiają karteczki i potem profesjonalni swaci zajmują się dobieraniem partnerów. Internetowe randkowanie w wersji średniowiecznej… nie widziałam tego, podobno ciągle istnieje. Zaskakujące!

Shadow z kolei swojego chłopaka poznała właśnie dzięki portalowi randkowemu. Nawet mało mnie to dziwi, mamy w końcu 21. wiek, dlaczego nie korzystać z dobrodziejstw technologii… co mnie zaskoczyło to to, jak opowiadała o ich związku. „No tak, poznaliśmy się trzy lata temu. Ale ponieważ przez Internet to niebezpieczne, to najpierw spotykaliśmy się w publicznych miejscach. Nie jesteśmy małżeństwem, może w przyszłym roku się pobierzemy”. Nie wiem, czy to bariera językowa czy kulturowa, ale odniosłam wrażenie, że było to mówione kompletnie bez emocji.

Oczywiście spytała też mnie o chłopaka, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że mam :) naturalne kolejne pytanie „gdzie on jest?”, na co ja, że w Polsce, studia kończy, jest młodszy… i tu widzę zaskoczenie na jej twarzy. I już spodziewam się typowego dla sytuacji „i dogadujecie się?”, „nie przeszkadza wam to?” czy czegoś w tym stylu, po czym słyszę… „ale jak to, twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, byś była z kimś młodszym?”. I tutaj powstrzymałam pierwszą myśl „a co mają do gadania?” i trochę na okrętkę zaczęłam mówić, że ogólnie rodzice w Europie mało się w takie rzeczy wtrącają, póki osoba jest w porządku… ale zaskoczyło mnie, że opinia rodziny, zwłaszcza z takiego powodu, może decydować o bycie lub niebycie związku.

Ania doceniana

Okazało się, że moje 9 godzin pracy dziś to tak naprawdę 8, z czego dwie to przerwa. W dodatku, ponieważ zajęcia prowadziłam nie w szkole, nad którą mieszkam, to na miejsce pracy zostałam podwieziona. A na przerwę odstawiona do domu. Luksus!

W przerwach między lekcjami dostałam soczek i wodę, zostałam też pochwalona za solidną robotę. Ale najbardziej chyba rozbroił mnie lunch…

Przy okazji przeprowadzki Shadow (właścicielka szkoły) wzięła mnie na lunch, tam pogadałyśmy o tym co lubimy jeść, przyznałam się do moich dwóch wielkich chińskich miłości – pierogów i kurczaka kung pao. Dziś w szkole dostaję lunch jak inni nauczyciele, a po chwili okazuje się, że specjalnie dla mnie przywieźli jeszcze jeden – właśnie wyżej wspomnianego kurczaka. Dodatkowy szczegół – nie musieli mi nic zapewniać, w umowie nie mam wyżywienia :)

Irytuje mnie tylko to, że… nie wiem, co powinnam programowo z dziećmi robić. Mają książki, ale nikt mnie nie uświadamia, gdzie skończyli, w najlepszym wypadku jest to „spytasz i one ci pokażą” – co tam, że chciałabym się do zajęć przygotować. Inna sprawa, że dzieciaki mają do mnie tyle pytań, że z jakikolwiek programem bym się nie wyrobiła – wprowadziłam za to kilka wzorów pytań i nawet mimochodem zahaczyłam o gramatykę. Same dzieciaki to zresztą rewelacja – ciekawe, gadatliwe (choć zdarzają się wyjątki), chętne do nauki, a żeby jeszcze było śmieszniej, niektóre grupy po zajęciach prosiły o zdjęcia ze mną – serio, czy może być lepszy komplement dla świeżo upieczonej nauczycielki?

Nigdy więcej au pairowania!

Wczoraj dostałam swój grafik i nie wiem jak to zrobili, ale mam wrażenie, że mam głównie czas wolny – może dlatego, że w weekendy mam sporo roboty? Bo koniec końców teoretycznie to tylko 3h mniej pracy niż u rodziny… no właśnie, teoretycznie – bo grafik tam przecież nie istniał, codziennie musiałam się przypominać, że już swoje odpracowałam… Psioczę, wiem, ale mieszkanie z rodziną to jednak nie był najszczęśliwszy pomysł. Nie tylko ze względu na grafik zresztą…

Wczoraj i dziś miałam zajęcia – w maleńkich grupkach, dwuosobowych – a jedne nawet jeden na jeden! Ale dzieciaki chętne do nauki, słuchały, powtarzały za mną, a jakie były szczęśliwe jak wymyśliłam grę polegającą na skakaniu i robieniu dziwnie wyglądających rzeczy (nauka o zwierzątkach). I nagle praca stała się przyjemnością, a patrzenie na zegarek wywoływało myśl „wow, to już zaraz koniec?” (a nie, jak przy Emmie „rany, dopiero 5 minut od ostatniego spojrzenia?”). Naprawdę nie wiem, z czego wynika różnica – czy u rodziny Emma była tak kosmicznie rozpieszczona, czy po prostu dzieci bardziej szanują nauczycieli? Z wypowiedzi pozostałych przyjezdnych wnoszę, że jednak to drugie…

Mieszka mi się tu też cudownie. Do metra mam około 15 minut, a po drodze tony sklepików, restauracji, knajpek – a nie długie kilometry przez pustkę… Ogólnie nie widzę wad zmiany! Czasem trochę denerwują mnie problemy komunikacyjne – dziewczyny, z którymi mieszkam, są przesympatyczne i bardzo pomocne, i ogólnie udaje mi się z nimi rozmawiać, ale w Polsce z taką znajomością angielskiego nie można nawet myśleć o nauczaniu chińskiego. Chociaż na pewno lepiej, by uczyły one, niż żeby nie uczył nikt. I znowu mam taką myśl – narzekam sobie, a u rodziny bez Google’a się nie dało. Także same pozytywy!

Pożegnanie i wielka zmiana

W końcu się przeprowadziłam. I koniec końców bardzo zawiodłam się na au pairowaniu… Rodzina, u której pracowałam wydawała się taka fajna, ostatnie tygodnie było trochę dziwnie, ale trochę to rozumiałam – miałam być rok, olewam ich po 3 miesiącach. Ostatnie dni – te, kiedy wykorzystałam swój rzekomo płatny urlop – czułam się tam jak intruz, w poniedziałek hostmatka była wielce zdziwiona, że jadę na zajęcia – co z tego, że poniedziałek to mój dzień wolny i zawsze wtedy jadę do szkoły… Dziś natomiast grzecznie wstałam o dzikiej porze, by się spakować (udało mi się w te same dwie walizki, mimo nabycia kilku rzeczy, ha!), zjadłam śniadanie z rodziną, potem tylko zostałam spytana, czy dziś wyjeżdżam, potwierdziłam, a gdy przyjechała Shadow (właścicielka szkoły) pobiegłam na górę powiedzieć, że lecę. Hostmatka zeszła ze mną, pomogła mi wystawić walizki za drzwi (ale już nie przenieść), chciałam pobiec pożegnać się z Emmą, usłyszałam tylko „nie trzeba” (sic!), po czym, gdy otwierałam telefon, by wyjąć kartę sim i jej go oddać usłyszałam, żebym go oddała, bo jest jej. Pieniędzy za ostatnie 5 dni oczywiście nie zobaczyłam. Śmieszne. Miło było, po czym w ciągu 5 minut popsuła całe dobre wrażenie. Z drugiej strony to dobrze – utwierdziła mnie w przekonaniu, że ta zmiana to trafna decyzja.

Shadow za to po drodze ze mną nawijała, potem wzięła mnie na lunch, później w szkole przedstawiła reszcie nauczycielek. Jedna z nich potem pomogła mi wnieść torby na górę, poszłam do swojego pokoiku – niewielkiego, skromnego, ale jest łóżko, biurko i szafa. Bez marmurów i z lepszą atmosferą… po czym do szkółki, by pokazali mi, jak się u nich prowadzi lekcje i bym sama zaprezentowała – spodobałam się (może dlatego, że rozwinęłam to, co zobaczyłam) i stwierdziły, że jestem najlepszą stażystką, którą do tej pory mieli. Zobaczymy jak dzieciaki (chociaż słyszałam entuzjastyczne okrzyki z klasy), ale póki co jestem zachwycona.

Na zakończenie dnia poszłam z nowymi koleżankami na jedzenie. Chciałam w sumie przyoszczędzić i jeść po domowemu, dopóki nie zobaczyłam, że porcja +- 20 pierogów to koszt całych 12 juanów (tak, to nasze 6 zł)!

Chiński fryzjer i imprezowanie

W piątek wybrałam się do fryzjera! I to nawet nie na farbowanie jak to zwykle ze mną bywa, tylko postanowiłam, że będę miała grzywkę! Pojechałyśmy z Marine, wyjaśnienie tego, czego chcemy oczywiście nie jest banalne (ja to jeszcze – Marine nieźle się gimnastykowała, by objaśnić końcówki i pasemka). Co ciekawe: każdą z nas zajmowało się dwóch fryzjerów, rozczesywali włosy delikatnie i po raz pierwszy w życiu nie zostałam poproszona o zdjęcie kolczyków (przy ilości 26 to całkiem spore udogodnienie). Fryzjer główny, który mi grzywkę ciął wydawał się zachwycony blond włosami, zresztą efekt był perfekcyjny. Co ciekawe sam z siebie też podciął mi końcówki (i faktycznie tylko końcówki, nie 10 cm gdy prosisz o 2!) oraz je lekko podkręcił. Po wszystkim jeszcze porobił zdjęcia – ja się wcale nie dziwię, efekt był tak fantastyczny, że jak czekałam na koleżankę to co i raz się wgapiałam w swoje odbicie!

A wczoraj z moją ekipą wybraliśmy się na podbój Pekinu nocą. Najpierw bar, żeby sobie posiedzieć i pogadać – sympatycznie, niespodzianką był barman mówiący po angielsku. Po północy ludzie zaczęli się powoli wykruszać, więc trzeba było zrealizować kolejną część planu – iść potańczyć :) klub w okolicy okazał się płatny dla wszystkich, więc przenieśliśmy się do Sanlitun (bardzo zeuropeizowana okolica), gdzie, chińskim zwyczajem, panie nie płaciły za wejście. Takie zwyczaje to ja rozumiem!

Klub w sumie jak to klub… muzyka totalnie nie moja, ale nadająca się do tańca, w klubie duża część osób (jeśli nie większość) to obcokrajowcy, ale grupa pięciu blondynek i tak zwróciła na siebie uwagę. Miejsce nieszczególnie różniące się od europejskich, może tym, że można tam wszędzie palić. Ale poza tym (oraz jednym Chińczykiem, który mimo mojego kręcenia głową ciągle mnie zaczepiał) wyjście zdecydowanie na plus.

Poranek od około 5.30 spędziłam z koleżankami na typowo chińskich frytkach i kawie w KFC, potem do domu tylko po to, by tam poczekać na przejazd do drugiego domu (te coweekendowe przeprowadzki też mnie już do szału doprowadzają), by w końcu koło 12 zacząć odsypiać…

Znowu zakupy, tym razem perłowe

Wczoraj… najpierw zajęcia, potem koreańskie barbecue – dostajemy talerz różnych mięs, na środku stołu jest dziura, w którą wkładają pojemnik z rozżarzonymi węglami, nad którym kładą dziurawą płytę do smażenia/grillowania. Smaczne, aczkolwiek trochę za tłuste i niektóre mięsiwa w zbyt wielkich kawałach i w środku zostawało surowe. Zaskakujące też, że ryż dostaliśmy na koniec – może dlatego byłam trochę zawiedziona, cały posiłek miałam wrażenie, że się nie najem…

Później natomiast z Franzi (o niej jeszcze nie było – nowa au pairka z Niemiec) pojechałyśmy na Pearl Market. I o ile Silk Market jest wymieniany jako jedna z atrakcji Pekinu, to Perłowy już nie, co paradoksalnie czyni go atrakcyjniejszym. Warto jeszcze wspomnieć, że perły są w Chinach cudownie tanie – dla przykładu, srebrny pierścionek z naprawdę dużą, białą, nieregularną co prawda, perłą (ok. 1 cm sama perła, dodatkowy 1 cm na nieregularne obramowanie) – krzyczą 280 juanów, czyli na nasze 140 złotych. A jest to biała cena, z której można ładnie zejść! W efekcie kupiłam perełki. Na szyję. 5 sznurków :) i jak sprawdzałam to wygląda na to, że prawdziwe.

Ale perły tam to nie wszystko. Nie mogę nie wspomnieć o kanciarzach – Franzi wybierała kolczyki, sprzedawczyni zachwala, że srebrne, patrzę – absolutnie nie jest to srebro. Pani pokazuje próbę na zapięciu – no jak byk 925. Przyglądam się bliżej… zapięcie składało się z dwóch części, ta, na której była próba to faktycznie srebro, reszta kolczyka już nie :) inny sklep – futra. Obie z Franzi jesteśmy przeciwne, ale dotykamy, bo milutkie, przyglądamy się – i ku naszej uldze futro jest sztuczne. Sprzedawczyni oczywiście podchodzi i zachwala jakie to prawdziwe i rzuca kosmiczną cenę – po moim komentarzu, że prawdziwe to ono nie jest i mogę to pokazać pani, zamiast zejść z ceny… wygoniła nas ze sklepu.

Na zakończenie poszłyśmy obejrzeć turystyczne koszulki… każdy pewnie kojarzy nowojorskie koszulki z napisem „I ♥ NY” – w Pekinie też takie chcieli mieć. A że Pekin po angielsku i po chińsku to Beijing (dwie sylaby, Bei i Jing po chińsku) to… wyszło im „I ♥BJ”… naturalnie więc ludzie robią zdjęcia tym koszulkom, a sprzedawcy, węsząc okazję, rzucają ceny typu 400 juanów („bo to czysta bawełna!”, ja „czysta bawełna kosztuje 10 juanów”, po czym następuje najlepsze w moim życiu przebicie… „no ok, to 20”).

Wiza i wizja przeprowadzki

Mój 90. dzień w Chinach! I z tej okazji pojechałam wczoraj przedłużyć swoją wizę. Nie miałam oczywiście zdjęć (bo po co agencja miała mi mówić, że powinnam je mieć, lepiej podysponować moimi pieniędzmi, prawda? Na szczęście tanie były), okazuje się, że w chińskich urzędach jest możliwość zrobienia zdjęcia – w dodatku w jednym miejscu się zdjęcie robi, w innym (później, co śmieszne!) za nie płaci i w kolejnym je odbiera. Niby niewygodne, a z drugiej strony całkiem możliwe, że przy takim przerobie tak jest szybciej. Potem jedno okienko, nie wiem co tam się działo, bo to na szczęście było załatwiane przez agencję, próbowałam podejrzeć jakie dokumenty były potrzebne, by być może kiedyś móc załatwić coś takiego na własną rękę, ale niestety – papierkologii było multum, oczywiście kompletnie nieczytelnej. Ale poszło szybko – ze mną, kolega, który za późno się zarejestrował (obcokrajowiec przyjeżdżający do Chin musi w ciągu 24 godzin się zarejestrować na policji) oraz miał już nieważną wizę (2 dni, ale zawsze) miał zdecydowanie więcej problemów i trochę to potrwało. Ale skończyło się pozytywnie, bez deportacji!

I chwilowo nie jestem zarejestrowana bo nie mam paszportu, co jest w sumie niezłym wyjściem, bo we wtorek-środę się przeprowadzam. Perfekcyjnie, jutro mam pół dnia wolnego, potem sobie biorę trzy wolne dni („urlop” przysługujący mi po 3 miesiącach) a potem przedszkole. Żeby było śmieszniej – największym moim stresem nie jest to, jak sobie poradzę z nauczaniem – to nic nowego, będzie dobrze lub nawet świetnie; nie jest nim to, jak się będę dogadywać z współpracownikami – jestem kontaktowa, będzie dobrze lub świetnie. Moim największym stresem jest to, że stwierdzą, że zużywam za dużo… wody. Tak, pisałam już, że Chińczycy się mało myją. Dziewczyna, którą zamieniam powiedziała, że dwa razy w tygodniu to standard. Trochę się cieszę, bo mniejsza kolejka do łazienki, całkiem serio obawiam się wylania przez codzienne prysznice!

Agencja, Wenezuela i tequila

Znowu mnie naszły myśli o powrocie do Polski, tym razem przez moją agencje.

Najpierw przez ich „pomyłkę” tracę 450 zł („tak, bukuj przelot skoro potrzebujesz tego do wizy”, a trzy tygodnie później „bukuj na <trzy tygodnie od daty na bilecie”, „zabukowałaś na wcześniej? Cóż, życie, zmieniaj lot, nie obchodzi nas, że to kosztuje”), potem mi mówią, że przedłużają mi wizę, owszem, jak w umowie, ale zdjęcie do tego mam kupić sobie sama (nieważne, że małe pieniądze – mam prawo nie mieć pieniędzy, a oni mieli mi o tym powiedzieć i nie wrobią mnie na ani juana więcej).

Potem proszę w agencji o pomoc w kupnie telefonu – z oczywistych względów nie ogarniam ichniego allegro. Po chwili laska w agencji mi mówi, bym przyszła później, ja, że później nie mam czasu – a ona, że teraz ma dużo pracy. Ja jej, że pomoc nam to chyba jej praca, ona na to, że nie we wszystkim, że pomaga mi, bo jest miła (cóż, najwyraźniej nie jest, skoro NIE pomaga). Jak stereotypowe panie z dziekanatu – mają pracę dzięki nam, po czym nie chcą nam zrobić głupiej przysługi… i nie, nie wymagam zbyt wiele. Zakup czegoś przez Internet to kwestia 5 minut. Dużo więcej trwa ich plotkowanie na temat tego, co właśnie powiedziałam, jak weszłam w bluzce na ramiączka do sekretariatu, ale z ploteczek nie zrezygnują, z pomocy mnie – owszem.

Potem poszłam ze znajomymi na zdjęcie SOS dla Wenezueli – za mało nas było i skończyło się na zdjęciu z flagą, ale nie zabrakło stresu związanego z wtrącaniem się policji, bo wszelkie protesty i demonstracje są w Chinach zabronione, i naprawdę ciśnienie mi skoczyło, jak z Marine trzymałyśmy flagę – śmiałyśmy się potem, że powinnyśmy mieć flagę Early Bird (naszej agencji) jak wszystkie trafimy za to do więzienia (niemożliwe, zabierają tylko lidera jak coś, a Marine powiedziała – później do prawda – że w najgorszym wypadku by się do tego przyznała). A później pójście na drinki ze znajomymi. Tequila Sunrise za odpowiednik 10 zł dobrze mi zrobiła!