Moja wielka chińska miłość

Stało się. Tak jak wiele osób podejrzewało, poznałam kogoś. Poznałam wspaniałego Chińczyka – przeuroczy, wygadany, nie może się oderwać ode mnie, a gdy tylko mnie widzi, ma w oczach iskierki. Nazywa się Tang Guo Guo i myślę, że to może być to – mężczyzna perfekcyjny! Aczkolwiek…  związki z dużą różnicą wieku nie są w Chinach mile widziane gdy to kobieta jest starsza, i myślę, że te 22 lata różnicy to może być zbyt wiele :)

Tak, Tang Guo Guo to jeden z dzieciaków w mojej grupie. Niemalże od razu mnie pokochał, cały szkolny czas chce spędzać ze mną (co czasem jest problematyczne – ja coś tam muszę robić, a tu mam małego przyczepionego do nogi), a gdy budzi się z drzemki i mnie dostrzeże… cóż, nie mogę wtedy już pomagać w ubieraniu się innym dzieciakom, bo Tang Guo Guo zaplata ręce na mojej szyi, przytula się mocno i za nic nie puszcza. Najbardziej uroczy dzieciak pod słońcem!

A jednak reszta dzieciaków mu niewiele ustępuje (chyba, że w ekspresyjności). Są fajne, kontaktowe i to, co mnie rozbraja po moich doświadczeniach jako au pair – samodzielne i grzeczne. Samo przedszkole do tanich nie należy, więc dzieci tez są z zamożnych rodzin, ale w przedszkolu panują pewne zasady, które mają być przestrzegane. I jak nauczyciele są pomocni jeśli chodzi o wiele rzeczy, to bardzo wiele dzieci mają robić samodzielnie – jak sprzątać po jedzeniu i zabawie. Czasami zapominają, pobiegną do innej atrakcji, ale po przypomnieniu robią, co do nich należy. A gdy się buntują (tylko jednemu się zdarza) i płaczą tylko dlatego, że czegoś się od nich wymaga, to… mogą sobie płakać. Zrobią jak przestaną.

Przedszkole jest fantastyczne. I nie mówię tu tylko o dzieciach (chociaż gdyby te były koszmarkiem, to całe przedszkole też, jako że to z nimi spędzam większość czasu). Świetna jest tez atmosfera, inni nauczyciele i traktowanie pracowników. Wiem, że to dopiero początek, ale po rozmowach z innymi myślę, że to się raczej nie zmieni.

Jeden minus – w moim mieszkanku nie mam Internetu, i chwilowo mieć nie będę (stacjonarny kosztowałby majątek, jako że to budynek komercyjny, oferty mobilne są kiepskie). Kontakt ze mną jest jak najbardziej możliwy, ale mogą być opóźnienia ze względu na to, że korzystać będę w szkole/kawiarniach.

Dzień przeprowadzki

Dyrektorka szkółki, w której byłam na „stażu” nie miała żadnego problemu z moim odejściem – tak, spoko, bylebyś tylko była w weekend. A że była wobec mnie zawsze bardzo fair to nie miałam powodu jej odmawiać (zwłaszcza, że teoretycznie mogła mnie chcieć jeszcze tydzień dłużej). Ten weekend oczywiście okazał się najgorszy – z okazji soboty pobudka o 5.30, by dojechać do filii szkółki gdzieś na zadupiu, dziś niby bez głupich godzin, ale do ok. 12 nie wiedziałam, czy popołudnie mam wolne, czy pracuję… Naprawdę cieszę się na ustalone godziny pracy i stałe miejsce – na początek 500 m od mieszkania, potem… 10!

Znowu muszę spakować WSZYSTKO co mam, co nie jest takie proste, gdyż ciągle mam tylko dwie walizki, a przybyło mi ubrań. Co ciekawe, reklamowane miejsca na zakupy, takie jak Silk Market, nie umywają się do moich znalezisk – po pierwsze, lumpeks w okolicach Silk Marketu – niewyobrażalnie tanio, a ciuchy fantastyczne (niektóre ciągle z metkami!) oraz wieczorny targ przy Liyuan (moja stacja metra), gdzie około 20 przyjeżdża wielu sprzedawców i na ulicy wystawiają swój towar. Również tutaj dorwałam kilka fantastycznych rzeczy w śmiesznych cenach.

Kolejnym problemem jest to, że do akademiko-mieszkanka musiałam nabyć sobie… pościel. Finansowo mały ból, ale nagle mam kolejną torbę, wszystko wypchane po brzegi… Pomysł kupowania pamiątek na bieżąco, żeby się nie martwić zaraz przed powrotem był uroczy, ale teraz pluję sobie w brodę. Teraz tylko… oby jak najdłużej bez przeprowadzek!

Żegnaj agencjo!

Dziś pojechałam do agencji, w przerwie miedzy zajęciami (złośliwość i ironia – jak rezygnuję z agencji, to zmieniają nauczyciela na rewelacyjną babkę. Ale cóż zrobić!) poszłam do sekretariatu z wielkim uśmiechem na twarzy i poinformowałam, że rezygnuję. Prawie nikogo nie było, więc nikt nie próbował mnie przekonywać do zostania, miałam jednak pogadać z główną szefową w sprawie… pieniędzy. Tak, znowu.

W skrócie: zwrot na przelot mi nie przysługuje, bo nie skończyłam programu (bo musiałam się na 12 miesięcy zapisać, głupia ja), około 5 razy tłumaczyłam o co chodziło z kasą, którą mi była dłużna rodzina (i około 10 razy poprawiałam, że to 1050 juanów, nie 1500, które pojawiło się przy powodzie zostawienia rodziny). Pokłóciłam się, laska zaczęła na mnie podnosić głos, ale przestawała po moich upomnieniach, za to gdy stwierdziła, że to ja powinnam IM zapłacić za zerwanie kontraktu… wybuchnęłam śmiechem. Pokojowe propozycje (tak, pani używała liczby mnogiej) to… moje skończenie kontraktu i wtedy dostanę cały zwrot za przelot ORAZ to, co mi wisiała rodzina. Co z tego, że zarobię tę kwotę w ciągu niecałych dwóch miesięcy… na moją prośbę o rozwiązania dobre DLA MNIE zaczęła się ciskać, że interesuje mnie rozwiązanie dobre tylko dla mnie (hmm… tak? Niespodzianka?). Zaproponowała też, bym znalazła sobie prawnika (tu też mój śmiech – jako biała nie mam szans w starciu). Już byłam zrezygnowana, już wychodziłam, coś rzuciłam o opinii w internecie (nie jestem z tego dumna – gimnazjalne tupnięcie nóżką), i powiedziałam, że zadaniem agencji jest pomoc, a oni najwyraźniej nie mają zamiaru pomagać.

Stała się najdziwniejsza rzecz na świecie. Dostałam swoje pieniądze. Nie te za przelot, tylko te, które mi się należały od rodziny. Uzasadnienie – bo to chyba błąd ze strony pracowników. Tutaj czułam się zobowiązana sprostować, że to była wina rodziny, a pracownicy akurat byli w porządku. Zaskakująco – finał tej jakże nieprzyjemnej rozmowo-kłótni był… pozytywny. Wręcz powiedziałabym, że przyjazny. Na koniec napisałam tylko jakiś świstek, że z dniem 20.04.14 opuszczam agencję – nie wiem w sumie na cholerę ten świstek, teraz tak naprawdę nie mam umowy, bo ktoś nie dopilnował, więc mogłabym po prostu zniknąć – ale dyrektorka szkoły mi w niczym nie zawiniła, więc nie mam powodu wywijać jej żadnego świństwa.

Tym sposobem zakończyłam swoją przygodę z agencją Early Bird. Nie podoba mi się sposób, w jaki tutaj walczyłam o swoje. Chciałabym po prostu porozmawiać jak człowiek z człowiekiem i dostać co mi się należy, a tutaj jest walka, krzyczenie, warczenie i pole bitwy. Tyle dobrze, że wygrałam, chociaż częściowo.

PS. Popełniłam drobny tekścik na temat bycia au pair w Chinach. Wyszło ponuro, niestety właśnie tak wspominam ten epizod. Mam wrażenie, że na blogu, opisywane na bieżąco, nie wyglądało to tak źle – stawiam na syndrom sztokholmski! ;)

Agencjowo – pracowniczo

Jak wiadomo, nie jestem zadowolona z agencji (dla przypomnienia – chcesz jechać do Chin, OMIJAJ Early Bird). I to mało powiedziane. Rodzina, u której byłam jest mi winna ponad 1000 juanów, poszłam znowu się pytać co z tym zrobią, tym razem już nie usłyszałam, żebym to ja z nimi porozmawiała, tym razem znowu usłyszałam, że to nie ich praca, ZNOWU poinformowałam, że ich pracą jest pomaganie w konfliktach na linii au pair – rodzina, a to właśnie jest taki konflikt, po czym usłyszałam, że oni chyba nic nie mogą zrobić, na co ja, że w takim razie chyba nie mogę kontynuować współpracy z nimi i „wracam do domu” (o powodzie cudzysłowu za chwilę). Oczywiście nagle się otworzyły możliwość, pogadaj z szefową, blabla… miałam do niej nawet pisać i się umawiać na rozmowę. Cóż, maila to nawet napiszę. Ale…

Wczoraj byłam na rozmowie o pracę. Takiej prawdziwej, o taką prawdziwą. Przedszkole, praca z dziećmi, 8h w szkole dziennie (z czego 3 to przerwa – drzemka dzieciaków, a dla mnie czas, kiedy nie będę miała wymówek, żeby się nie uczyć), przyzwoita pensja, posiłki i mieszkanie. A, o tym wszystkim mi powiedzieli jak już pogadałam (kilka dosłownie pytań, w tym „jakim cudem tak świetnie mówisz po angielsku jak nie jesteś nativką?”), zwiedziłam szkołę oraz pośpiewałam, potańczyłam z dzieciakami… i po tym jak poinformowali mnie jak bardzo mnie tam chcą. Na początek trochę mi ciśnienie podnieśli, bo koleś, który się ze mną spotykał stwierdził, że szefowej może się nie spodobać ilość moich kolczyków – na co oczywiście byłam gotowa, z dobrym uzasadnieniem – dzieci są zainteresowane, pytają, oglądają i zaczynają rozmowy (a przy okazji można nauczyć liczyć do… 25). Jak się okazało nie było w ogóle tematu – za bardzo spodobało się moje podejście do maluchów. Mam się przespać z decyzją, ale to chyba oczywiste, jaka ona będzie?

I to oczywiście nie powód brania roboty, ale naprawdę będę szczęśliwa w poniedziałek, gdy pójdę do agencji i powiem, że mogą się ciągnąć!

Pekin artystycznie

Wybrałam się niedawno z koleżanką do Dystryktu 798 – niesamowitego miejsca w Pekinie, zupełnie niechińskiego! Skojarzenie miałam w sumie z Berlinem, ale po kolei.

Rury i fabryka – nie wiem, co fabryka produkowała, teraz jest zamknięta, a na ogrodzeniu widać zakazy – a ja, jako ta grzeczna, słuchałam, choć bardzo to korciło. Nie wszyscy są w takich klimatach, ale dla mnie taki właśnie industrialny klimat, z dużą ilością pordzewiałego metalu i trybów to jest to. Zresztą nie tylko dla mnie – po drodze widziałyśmy dwie pary na zdjęciach ślubnych.

Dalej: różnego rodzaju rzeźby. To nas akurat najmniej kręciło, ale kilka rzeczy było przedziwnych, trochę strasznych, trochę obrzydliwych. Mnie do gustu przypadł metalowy fotel – w kształcie pawia.

Kolejny punkt programu: graffiti w dużych ilościach. Może stąd to skojarzenie z Berlinem? W każdym razie tak zupełnie nie pasujące mi do Pekinu i tej całej chińskości, czułam się trochę jak w Europie. Zwłaszcza robiąc sobie fotkę przy graffiti z motywem Angry Birds czy Grumpy Catem (Kelly co prawda stwierdziła, że to nie kot, tylko panda – ja się upieram przy swoim). Sporo mało ciekawych bazgrołów na ścianach, ale naprawdę wiele dzieł sztuki.

Atrakcją również okazały się sklepy – nie jak wszędzie z pałeczkami, smokami i wachlarzami, tylko z rzeczami różnymi i przedziwnymi, w tym z alternatywną biżuterią i figurkami robionymi ze śrubek. Moje nabytki: nowy pierścionek i lenonki w stylistyce Steampunk. Zapraszam do obejrzenia zdjęć!

Miłość i nienawiść w Pekinie

Kocham Pekin. Uwielbiam teraz wychodzić wieczorami choćby tylko do sklepu – jest ciepło, przyjemnie, lekko wilgotno od podlewanych trawników. Uwielbiam mięsny zapach taniego jedzenia ulicznego, gdy wychodzę ze sklepu. Czuję się jak w jakimś filmie, gdy jak gdyby nigdy nic idę ulicą i słyszę chińską muzykę z tradycyjną melodią graną na flecie. Uwielbiam chińskie dzieci, zawsze mną zainteresowane, oglądające się na ulicy i zaczepiające, zagadujące nawet wtedy, gdy nie mówią po angielsku. Nieustannie cieszy mnie taniość jedzenia i komunikacji miejskiej. Jestem absolutnie zachwycona faktem, że w ciągu 4 miesięcy jak tu jestem deszcz padał raz. W tej chwili kocham Pekin, bo w końcu robi się wiosennie, ciepło, wiosennie, zielono. Żyć nie umierać! I absolutnie KOCHAM latawce, puszczane zwłaszcza na mostach/kładkach. Mała rzecz, a zachwyca!

Nienawidzę Pekinu. Za każdym razem wkurza mnie, gdy rano budzi mnie hałas zza okna. Nienawidzę, gdy wyglądam za okno i widzę słynny smog, brudnożółto-brązową mgłę, przy której boję się oddychać. Nienawidzę tego, jak wiele ludzi jest w metrze, że na trzeciej stacji od końca nie da się usiąść, nienawidzę przesiadek, które zajmują zdecydowanie za dużo czasu – a zwłaszcza przesiadki z Batong Line, która jest po prostu przedłużeniem innej linii i nie rozumiem, czemu nie są połączone. Nienawidzę brudu, obecnego w niektórych miejscach, i charakterystycznego smrodu w tych miejscach występującego. Nienawidzę, gdy ludzie, gdy widzą, że nie rozumiem, machają ręką, zamiast powiedzieć wolniej i wyraźniej. Nienawidzę faktu, że nie mogę tu kupić butów (chyba że męskie…). Nienawidzę tego, że ludzie plują na ulicy i że nawet jak mam zielone, to skręcający samochód ma pierwszeństwo. Wreszcie nienawidzę tego, że jak nie włączę VPNa to nie mogę zajrzeć na Facebooka czy youtube’a. Mała rzecz, a… irytuje.