Czas opuścić Chiny…

…ale tylko na 5 dni :) kończy mi się wiza, no i w celu uzyskania nowej trzeba wyjechać za granicę. Zwykle ludzie jeżdżą do Hongkongu, ja stwierdziłam, że po pierwsze, jednodniowy wyjazd tak daleko (=koszty) jest totalnie bez sensu, a jak już jadę na 5 dni to gdzieś, gdzie mam ochotę pojechać. Wybór padł na Tajlandię, a konkretniej Bangkok. Jadę… jutro.

Oczywiście wszystko się pokomplikowało po drodze – byłam pewna, że wiza kończy mi się 6., kończy się 2. Nagle posypały się plany i trzeba było robić wszystko na bardzo szybko. Potem… byłam przekonana, że mogę skorzystać z drugiego wjazdu (miałam takie cudo jak wiza dwuwjazdowa), po czym doczytałam, że owszem, mogę, pod warunkiem, że ten drugi wjazd do Chin będzie… przed 30. Kwietnia. Tak, kompletnie się nie ogarnęłam i zafundowałam sobie sporo stresu z tego powodu. Moje szczęście – ambasada chińska w Bangkoku jest otwarta codziennie i za drobną opłatą dają wizę po jednym dniu. Wczoraj wysłałam smsa do Pana Ogarniającego w mojej szkole i opisałam mu sytuację – dziś dostałam zaproszenie i wszystkie potrzebne dokumenty, choć było to dość problematyczne. Także tutaj wszystko się udało. Nawet znalazłam tani hotel w turystycznej dzielnicy.

Problem? Nic nie wiem o Tajlandii. W akademiku już nam zainstalowano internet (na dwa miesiące przed obiecanym czasem, dbają o nas), dziś po szkole chciałam więc ogarnąć dojazdy, zabytki w okolicy i wszystkie przydatne pierdoły.

Internet oczywiście nie działał.

Dodam do tego kilka szczegółów – w dzień są teraz po 42 stopnie, w nocy 25. Klimatyzacja w moim pokoju to wiatraczek, który dmucha to gorące powietrze, więc kilka razy w nocy budzę się, by polewać piżamę zimną wodą. Chciałam dziś pójść posiedzieć w kawiarni, żeby skorzystać tym razem z klimatyzacji – zamknięta. Na dodatek dziś zamiast zajęć mielićmy obchody Dnia Dziecka i nagle tak strasznie zatęskniłam za Europą, za językami, które w jakimś stopniu rozumiem, za ludźmi z nieskośnymi oczami, za tym, co znam z całego swojego życia.

Wymiękłam, rozkleiłam się jak dzieciak. Wyciągnęłam polski telefon i zadzwoniłam do Michała (mój chłopak. W Polsce), który nie miał pojęcia co powiedzieć… ale mówił. Pomogło.

Poradzę sobie. Rozwiązania są i je znalazłam (niespodzianka, skoro pojawia się ta notka), ale było tego za dużo na raz. Straciłam na chwilę grunt pod nogami. Ale poradzę sobie… chociażby z tego powodu, że nie mam innego wyjścia.

Historia jednego obrazka

Dzieci tańczyły, ja i Gita nie; naszą klasę odwiedził Jackie i pochwalił nasze rysunki na tablicy. Całkiem naturalnie wyszło tworzenie nowych… a w sumie jednego.
Na początku miał to być nosorożec. Miałam jednak wątpliwości, jak narysować róg (wyszedł mi bardziej w stylu jednorożca), więc szybko naprawiłam sytuację… kontynuując rysowanie trójkątów, przerabiając nieszczęśnika w dinozaura.
Oczywiste wydało mi się później dorysowanie owemu dinozaurowi skrzydeł. Logika podpowiedziała mi jednak, że nogi smoków różnią się od nóg nosorożców, więc zaczęłam je przerabiać… i poległam.
Zamiast bawić się z nimi godzinę postanowiłam być mądra i je zasłonić… piłką (gdy się rysuje pieski jest to wspaniały trik, niemal tak, jak ukrywanie rąk za plecami, gdy panicznie boimy się rysowania dłoni).
Gita powiedziała, że piłka wygląda jak wózek inwalidzki. Nie mogłam jej odmówić racji, ale właśnie narysowałam SMOKA NA WÓZKU INWALIDZKIM.
Jakby tego mało, w sali znajdował się jeden dzieciak. Oczywiście ten najśmieszniejszy w grupie. Zaczęłyśmy się śmiać do łez, a w tym czasie Jackie przerobił nieszczęsny wózek na rower.
Sytuacja wydawałoby się opanowana, jednak zdecydowanie brakowało smokowi majestatu, co postanowiłam szybko naprawić. Dorysowałam więc ogień, którym owy potwór na rowerku miał ziać.

Efekt końcowy znajduje się tutaj. I tak, kocham swoją pracę :)

KTV, chińskie karaoke

Ostatnio współlokatorka zaczepiła mnie, czy nie chciałabym z nią i z kilkoma innymi dziewczynami przejść się do KTV, bo właśnie rezerwuje pokój. Tego jeszcze tu nie doświadczyłam, więc cała szczęśliwa stwierdziłam, że tak, oczywiście, idę :)

Zaraz po szkole pojechaliśmy grupką (moja już wspominana grupka najbliższych szkolnych znajomych, 3 współlokatorki oraz później również dziewczyna Fabia) do Guomao – Pekińska wielkomiejska dzielnica, wysokie przeszklone budynki, sklepy Gucci czy Armani, ogólnie – nie mój klimat. Nasze KTV (o nazwie Windsor, jakby przepychu im nie wystarczało) mieściło się w jednym z takich właśnie budynków i na dzień dobry można się było poczuć nieswojo. Miejsce urządzone w stylu… mieszkania rodziny, u której au pairowałam – wszystkiego za dużo, byle pokazać, że są pieniądze.

Ale w końcu poszliśmy do naszego pokoju. Tak, nie było tam jednej wielkiej Sali i kto chce sobie śpiewa – są pokoiki prywatne, więc bawimy się ze znajomymi. Z jednej strony fajnie, jesteśmy w wybranym przez siebie towarzystwie i nie ma wielkich kolejek do mikrofonu (choć i tak zaskakująco duże!), z drugiej niema tego, co jest zawsze na imprezach – poznawania ludzi. W każdym razie, pokoik już „skromniejszy”, skórzane kanapy i dwa stoliki, wielki ekran. Nie do końca ogarnęłam sposób wyszukiwania piosenek – baza olbrzymia, ale chyba sposób katalogowania daleki od perfekcji, gdyż najlepiej się wyszukiwało wpisując tytułu… wyszukiwanie po języku piosenki nie działało zupełnie. Straszyli mnie też, że nie znajdę nic rockowego – nie było problemu, sama zaśpiewałam Pink Floyd, Queen, Offspringa i U2, wyhaczyłam też Nirvanę i Metallicę.

Zabawa przednia, do tego mieliśmy też tam obiad i napoje. Nie lubię pisać o pieniądzach, ale może to brzmieć, jakbym tutaj na nie wiadomo jakie imprezy chodziła i nie wiadomo ile wydawała – koszt takiej imprezy to 1000 juanów (+- 500zł), od pokoju oczywiście, nie od osoby :)

Łzy panny młodej

Koleżanka z pracy wychodziła dziś za mąż i, ku mojemu zdumieniu, zostałam zaproszona. Oczywiście od razu powiedziałam, że idę – po pierwsze, to wesele (choć moje pojęcie o weselach było nieco zbyt polskie), po drugie byłam ciekawa, jak taka impreza wygląda w wersji chińskiej. Spytałam innej nauczycielki, co wypada założyć – usłyszałam, że chińską sukienkę. Cała szczęśliwa założyłam więc mój nabytek sprzed 5 miesięcy i o 7 rano (sic!) wyruszyłyśmy z koleżankami na wesele.

Na samym początku drobny zgrzyt organizacyjny – miał nas ktoś podwieźć spod naszej stacji, po czym ponad godzinę później nas zabrali spod innej. Jak się można domyślić przy godzinnym obsuwie trochę wesela nas ominęło – a konkretnie ta część najbardziej oficjalna. Widziałam tylko zwijane dekoracje… ale płakać nie będę, oficjalne części wesel zawsze mnie nudziły (choć raczej z kościelnych powodów), najlepsza część następuje w końcu później.

Panna młoda była w białej, zdobnej, księżniczkowej sukni, tak jak się można było spodziewać. Tak też wystąpiła do kilku zdjęć, ale dość szybko materiałową bezę zmieniła w czerwoną sukienkę przed kolana. Zatrzymam się na chwilę przy ubraniach – panna młoda oczywiście jak księżniczka, pan młody w garniturze, ale poza tym ludzie ubrani dość codziennie. W sumie czułam się trochę zbyt elegancka, poza mną jeszcze tylko jedna dziewczyna ubrała się tak, że przeszłoby na polskie wesele.

Najpierw miałyśmy drobny poczęstunek w pokoiku z panną młodą, tam strasznie polubiły mnie dwa dzieciaki (od dziewczynki po dwóch minutach dostałam buziaka, chłopiec natomiast namiętnie robił mi zdjęcia). Niedługo później posiłek – samo wesele nie było szczególnie wystawne, ale posiłek składał się z 20 potraw. Chyba taka norma, zwykle nie wypada na stole postawić mniej niż 5 rzeczy, a tutaj taka okazja!

Przy posiłku jednak ktoś pokazał pannie młodej jakąś wiadomość a ta po cichutku zaczęła płakać. Spytałam się koleżanki co też takiego mogło się stać w dniu ślubu… okazało się, że ojciec stwierdził, że wybranek serca jego córki nie jest jej wart, nie dał swojego błogosławieństwa i nie pojawił się na ślubie. Z jednej strony szkoda mi jej, z drugiej podziwiam za bunt w tym społeczeństwie (a taka szara myszka się wydawała!), z trzeciej cieszę się, że znalazła fajnego faceta i wyszła za mąż z miłości, a nie zawarła transakcję. A jednak zdarzają się tu romantyczne historie… szkoda, że za taką cenę.

Historia czterech kontraktów

Pracowałam sobie w przedszkolu, wszystko było ładnie, pięknie, wesoło, ale w końcu przyszedł ten moment, kiedy trzeba było załatwić papierki – podpisać z przedszkolem umowę.

Dostałam wersję pierwszą – już pierwszy rzut oka wystarczył, by stwierdzić, ze coś jest nie tak – z któregoś z paragrafów wynikało, że jeśli mnie zwalniają to ja mam im zapłacić równowartość mojej pensji. Wynikało to oczywiście z kiepskiej gramatyki tekstu, ale jednak nie podpiszę czegoś takiego. Dodatkowo poprosiłam o dopisanie akademika do umowy, co oczywiście nie było problemem.

Wersja druga – tę wzięłam do domu na spokojne czytanie i przespanie się z decyzją – kilka różnic w stosunku do tego, co było omawiane, nieco inne godziny pracy niż to było mówione na początku, oraz obiecana podwyżka po pół roku okazała się maksimum, które mogę dostać po tym, jak ocenią moją pracę. Dodatkowo nie podobały mi się punkty o zakazie pracy poza szkołą oraz niepłatnych nadgodzinach. Już się nauczyłam, że pokora i spokojne przyjmowanie tego, co dają NIE popłaca, więc umówiłam się na renegocjacje. I jeśli chodzi o prace poza przedszkolem – standard i nikogo to nie obchodzi (nie podoba mi się taki zapis, ale faktycznie sporo ludzi sobie dorabia i nie mają problemów). Jeśli chodzi o nadgodziny – podobno to się prawie nie zdarza, ale też nauczona doświadczeniem poprosiłam o zdefiniowanie „occasionally”. Na sam koniec zostawiłam to o innych godzinach pracy i podwyżce, zgrabnie to połączyłam i w efekcie… dostałam to, czego chciałam :) a w sumie na razie tylko obietnicę…

Wersja trzecia kontraktu – wszystko super, tylko zabrakło tego nawiasu, w którym definiują „occasionally” przy nadgodzinach. Nie podpisałam, mała rzecz, kolejny kontrakt już powinien być perfekcyjny…

Wersja czwarta kontraktu – o podwyżce jest, o akademiku jest, o nadgodzinach też, wszystko super, już podpisuje… ale zginęła gdzieś informacja o urlopie wizowym. Ja już przez śmiech, że znowu zabrakło, koniec końców dopisaliśmy to obok, bo już ile można drukować ten sam kontrakt… z coraz to nowymi błędami?

Ale teraz się zgadza, i cała szczęśliwa podpisałam wynegocjowany przez siebie kontrakt na rok :)

O agencji… jeszcze trochę

Spotkałam się ostatnio ze znajomymi agencjowymi – Franzi (Niemka) wraca do domu i robiła spotkanie pożegnalne. Samo w sobie to trochę dziwne, bo wszyscy na pożegnania robili imprezę albo dwie, ale o tym za chwilę. Przez to spotkanie zrozumiałam trochę postawę agencji. Nie usprawiedliwiam – Early Bird niewolniczo wykorzystuje ludzi, problem w tym, że ci ludzie bardzo łatwo dają się wykorzystywać. Znowu się wytłumaczę – niemal wszystkich współmęczenników bardzo polubiłam i uważam, że to świetni ludzie, ale jak czwartkowe spotkanie mi uświadomiło – naiwni i nie umiejący walczyć o swoje.

Najpierw właśnie wspomniana Franzi. Od niej usłyszałam, że z pracy u jej rodziny zrezygnowała niania i pomoc domowa, więc… Franzi robi wszystko, łącznie z szorowaniem podłóg. Na moje pytanie dlaczego (w kontrakcie au pair jest punkt o lekkich pracach domowych, ale również jest zapisane, że brak ciężkich prac fizycznych, a z opisu Franzi tak to właśnie wyglądało), odpowiedziała, że hostojciec ją spytał, czy to zrobi. Mnie trochę już szczęka opadła, no ale cóż. Po czym mówi, że w ogóle nie powinna być na tym spotkaniu, bo jest tyle pracy, że powinna być z rodziną. Tu znowu się wychylam, że przecież ma grafik pracy – ona, że tak właściwie to nie ma. Tu ZNOWU ja, że w kontrakcie ma zapisane, że maksymalny czas pracy w tygodniu to 30 godzin, a dziennie 6. Ktoś inny się wtrącił, że „u różnych rodzin to różnie wygląda”. Ręce mi opadły…

Po czym rozmowa o dniach wolnych, i tym razem Marti (Polka), że dni wolne są straszne, bo jest więcej pracy (tę opinię już słyszałam milion razy). Znowu mój komentarz – ludzie, podobno macie grafik. Tak, ale w święta dzieci są w domu i trzeba się nimi zajmować więcej. Ja wiem, że rodziny chcą, by au pair pracowali więcej, to całkiem logiczne, ale przecież jak samemu się nie zawalczy, to się swojego nie wywalczy… W przypadku Marti jej rodzina naprawdę fajnie ją traktuje (faktycznie jest częścią rodziny, lubi się z nimi, dostaje prezenty), ale u większości tak nie jest (jak ja pracowałam ponad czas to dostawałam przekąski. Bo godzina mojej pracy była warta tyle, co paczka chipsów).

Ciągle żywię całkiem szczerą nienawiść do wszystkich osób pracujących (obecnie i w przeszłości) w agencji, ale z drugiej strony… jak patrzę, jak ci ludzie dają się wykorzystywać to przestaję się dziwić. I tylko cieszę się, że przestałam być częścią uśmiechniętego niewolnictwa.

Szkolna wycieczka

W środę zamiast zajęć mieliśmy szkolną wycieczkę. W trzy autokary jechaliśmy całym przedszkolem wraz z rodzicami dzieci przez jakieś 1.5 godziny do parku… ogrodu? Nie znam nazwy tego miejsca. Miały być tam piękne kwiaty, i muszę przyznać, było tam ładnie (po holendersku – tulipany i wiatraki, ale też chińskie mosty na jeziorku, ogród bambusowy, etc.), ale czy było to warte takiego nakładu czasowego? Jest sporo miejsc równie ładnych zdecydowanie bliżej, ALE… nie będę narzekać i już tłumaczę dlaczego :)

Właściwie od razu jak dojechaliśmy usłyszeliśmy (tłumaczenie, my = ja, Gita, Fabio, Jackie – nauczyciele, z którymi od razu się mocno zakumplowałam, odpowiednio to Łotyszka, Włoch i Chińczyk), że mamy czas wolny do… końca wycieczki. Trudno się w sumie dziwić, skoro każde dziecko było z rodzicem albo dwoma nauczyciele naprawdę nie byli niezbędni (a pewnie byśmy się czuli jak piąte koła u wozów). Efekt: ładniejsze pół dnia łaziliśmy po ładnym miejscu, w piękną pogodę (tak gorąco, że wchodziliśmy pod spryskiwacze, by się schłodzić), gadaliśmy o wszystkim i niczym w fajnym towarzystwie, ogólnie bardzo przyjemnie spędziliśmy czas. Ktoś w pewnym momencie rzucił tekst, że wycieczka bez sensu, przytoczyłam wtedy to podsumowanie oraz dodałam, że… nam za to płacą. Bo to przecież był kolejny dzień pracy, obowiązkowy dla pracowników. Narzekania się skończyły :)

Idziemy na zakupy!

Jeszcze przed wyjazdem tak mi zachwalano chińskie ceny, i tak mi wszyscy mówili, jak to się obkupię i nie będę miała gdzie tych wszystkich ciuchów pakować… Trochę prawdy w tym jest, już nakupowałam tyle rzeczy, że niektórych nie miałam nawet okazji założyć (to akurat częściowo jest wina uniformu w pracy). Szał zakupów ma jednak trochę wad…

O Silk i Pearl Markecie już pisałam – naganiacze, zagadują, naciągają, może bluzeczkę, może majtki, na ciebie nie pasuje, ale może masz koleżankę? Ale to taki wątpliwy urok tych miejsc. Słuchawki na uszy i nie słuchać, olewać i nic nie odpowiadać – stopień nachalności się wtedy nieco zmniejsza, niemal do poziomu, który da się tolerować. Mało kulturalne, ale o pewnych rzeczach należy zapomnieć.

Dalej. Zwykłe sklepiki-butiki. Gdy tylko się do takiego wchodzi, natychmiast podchodzi sprzedawczyni, zagaduje, pyta, etc… absurdem było, gdy weszłam do sklepu, a uśmiechnięta Chinka do mnie PODBIEGŁA. Czułam się jak w grze komputerowej, gdzie wrogowie ile sił w nogach pędzą do naszego bohatera, gdy ten tylko pojawi się w zasięgu ich wzroku… Tak czy inaczej, ja osobiście lubię po prostu pooglądać różne rzeczy, bez nikogo szczebioczącego mi nad uchem, w jednym sklepie została uszanowana moja prośba o zostawienie mnie w spokoju, w innych… bywa różnie. Zwykle jest to chodzenie za mną (mam takie wrażenie, jakby się bali, że coś ukradnę, i dlatego mnie muszą obserwować), czasami to gadanie. I tak dziś, wchodzę do sklepu, słuchawki na uszach, blond włosy – ewidentnie nie jestem Chinką, pani w sklepie o coś pyta. Zdejmuję słuchawki i kiepściutką chińszczyzną mówię, że chcę tylko pooglądać, nic konkretnego nie potrzebuję, i zakładam słuchawki. 5 sekund później pani oczywiście szczebiocze mi coś, czego ani nie słyszę, ani bym nie zrozumiała…

Inny sklep. Oglądam sobie spódniczki i jest miło – nikt do mnie nie gada, zajmują się innym klientem, no sklep perfekcyjny! Przeglądam sobie na jednym stojaku spódniczki, przechodzę do drugiego… po czym sprzedawca zdejmuje z pierwszego spódniczkę i mi ją podtyka niemalże pod nos. Już nawet nie komentowałam, po prostu opuściłam sklep – serio, na kogo coś takiego działa?

Pozytywne są za to stoiska targowe – tam, gdzie mieszkałam poprzednio, po 20, każdego dnia sprzedawcy wystawiali mnóstwo ciuchów na sprzedaż pod gołym niebem. Tanio i bez zbędnego gadania. Te targowiska zdecydowanie lubię najbardziej… choć to nie byłyby Chiny, gdyby i tu nie było absurdów. A konkretnie: jestem w ciemnych jeansach, czarnej bluzce i czarnej skórzanej kurtce, albo czymś innym czarnym, przeglądam bluzki w kolorze – niespodzianka! – czarnym. Pani pokazuje mi różową sukienkę z falbankami. Albo białą, koronkową bluzkę :)