Zupa po chińsku

Chińskie zupki w Polsce kojarzą nam się bardzo pozytywnie – są tanie, zajmują mało miejsca, są proste i szybkie do przygotowania, a jak się je przygotuje to są ładne i aromatyczne (ok, w niektórych przypadkach potrzebujemy w tym celu podwójnej porcji, ale jednak!). Są wygodne, smaczne, zdrowe – zawierają tyle witamin E, że aż je ponumerowano dla wygody użytkownika. Po takiej rozkoszy dla podniebienia aż chce się jechać do Chin, aby posmakować potraw, których te zupki są rzekomo nędzną imitacją.

Dzisiejsza zupa w szkole prezentowała się zaiste wspaniale – gruby makaron, jakaś zielenina, brak dziwnych rzeczy, których już mam dość bądź których nie lubię (pomidory, roztrzepane jajko, krewetki, dziwne nieidentyfikowalne mięsiwa). Słowem – prezentowała się perfekcyjnie. Wzięłam więc miseczkę do ręki, uniosłam do ust oczekując smakowego orgazmu, aż tu nagle…

Nie, nie napiszę, że była obrzydliwa. Byłby to swojego rodzaju komplement dla tej natki zalanej wodą. Pysznie wyglądający makaron był rozgotowany i kompletnie obojętny dla moich kubków smakowych, zielenina była chyba tylko dla ozdoby, dodatkowo, jako bonus, owa „zupa” była przesolona. Przynajmniej jak na mój gust (a ci, którzy mnie znają wiedzą, że sól i słone uwielbiam).

Zupy zazwyczaj serwuje się jako coś do popicia zamiast wody czy soku jak u nas (chociaż słoność dzisiejszej zupy neguje celowość takiego działania). Zrozumiałe jest więc to, że jako picie, a nie jedno z dań, nie powinno mieć tak wyrazistego smaku… ale może jakikolwiek?

Najpopularniejsza zupka to taka z pomidorem i roztrzepanym jajkiem (nie lubię pomidorów, w zupie mi nie przeszkadzają – zaleta braku smaku?) oraz różnego rodzaju zupy na ryżu. Nie zapamiętuję, zazwyczaj oddaje komuś innemu przy stole. Raz się trafiła jakaś ze smakiem i była przepyszna – ale to było raz, a jem w tej szkole od dwóch miesięcy. Warto też dodać, że jedzenie serwują pyszne – całkiem różne od stołówek, do których przyzwyczaiły mnie obozy i kolonie.

Plastikowe pieniądze

Koleżanka poprosiła mnie ostatnio o pomoc przy kupieniu biletu lotniczego – oczywiście powiedziałam, że nie ma żadnego problemu, bo przecież mam kartę, mam konto w banku i wystarczającą ilość środków na koncie. Siadamy więc do komputera, patrzę na swoją kartę, ale coś nie gra – dlaczego nie ma z tyłu tego numerka, który się podaje poza numerem karty?

Cóż się okazuje… taki numerek mają tylko karty kredytowe. Karty debetowe takiego nie mają, więc wszelkie płatności kartą muszę się odbywać przez kartę kredytową (co oczywiście ma wielki sens, co z tego, że z tej debetowej będę opłacała kredytową).

Są jednak inne możliwości – na loty krajowe można kupić bilety za pośrednictwem Taobao (takie chińskie Allegro, tylko bardziej rozwinięte), wtedy używamy numeru karty oraz numeru z takiego małego urządzenia, które wydaje bank specjalnie do płatności internetowych. Powiedzmy, że to daje radę…

Pozostaje pytanie: to co robimy, jak chcemy kupić bilet lotniczy poza Chiny? Odpowiedź, którą usłyszałam, kompletnie mnie powaliła – „możesz sprawdzić, gdzie przewoźnik ma siedzibę i do nich pojechać”. SERIO? Czy żyjemy w średniowieczu? A co jeśli chcę kupić bilet o trzeciej w nocy? A co jeśli jest święto? „to różnica kulturowa, to należy zaakceptować”. Cóż, jak na mój gust to jest głupota i powstrzymywanie się przed wejściem w dwudziesty pierwszy wiek, ale co ja wiem? Ja tu tylko pół roku jestem…

Chiny są wkurzające.

Albo to mnie dopadła depresja powakacyjna. Gdy wysiadłam sobie z samolotu z Bangkoku nagle byłam zła na cały świat. Oto wróciłam, na dzień dobry musiałam jechać pociągiem po odbiór bagażu, bo nawet lotnisko jest tak olbrzymie, że porusza się po nim pociągiem. Potem wszędzie ludzie kompletnie nie mówiący po angielsku (w Tajlandii wszyscy posługiwali się angielskim – może nie dobrym, ale dało się dogadać z każdym), niekulturalnie, przepychający się i wjeżdżający walizkami na nogi. Do tego jeszcze to powietrze – niby ładny dzień jak na Pekin, a i tak nie do końca przejrzyste… jeszcze do tego wróciłam do akademika a tam ciągle brak klimatyzacji. Tyle dobrze, że chwilę potem była ulewa. I tak samo dwa kolejne dni…

Ale wróciłam do szkoły, czekała na mnie paczka z Polski (książki i buty!), dzieciaki słodziaki (w małej ilości w dodatku, bo jakaś mini epidemia panuje) i kadra, która od razu pochwaliła moją opaleniznę. Tang Guo Guo jak mnie tego dnia zobaczył to się jeszcze bardziej niż zwykle nie mógł oderwać :)

Miałam też drobny stres związany z pracą – w poniedziałek mam gościa (w końcu odwiedza mnie chłopak!), więc chciałam sobie wziąć dzień wolny, żeby go zabrać z lotniska. O tyle mi było niezręcznie, że wakacje mi się przedłużyły i informowałam o tym smsowo, i nieszczególnie chciałam tak szybko prosić o kolejne wolne, nawet jednodniowe. Nie ubyło mi nerwów, jak cały dzień szefowa była zajęta i złapałam ją dopiero po pracy… wtedy natomiast, spodziewanie, powiedziała, że absolutnie nie ma problemu, dopytała, czy na pewno jeden dzień mi wystarczy, po czym powiedziała, że może w takim razie bym go któregoś dnia przyprowadziła, pokazała mu jak wygląda szkoła, w której pracuje. O tyle śmieszne, że też o to chciałam pytać, tylko może w innym momencie. Podsumowanie po rozmowie z szefową jest znowu takie samo – praca idealna :)

Jak wracałam do domu po drodze spotkałam współlokatorkę, która powiedziała, że zostawiła u mnie w pokoju jakieś części klimatyzacji, bo na dniach mają nam montować. Chiny przestały być wkurzające…

Chińska biurokracja po tajsku

Pojechałam dziś do chińskiej ambasady, by wyrobić sobie nową wizę. W Internecie się naczytałam, że to różnie bywa, spis wymaganych dokumentów jest inny na każdej stronie, jeszcze inny na drzwiach ambasady. Oczekujący pytają się nawzajem i nikt nic nie wie… Ustawiłam się w kolejce i liczyłam na jak najlepsze, obawiając się, że będą wymagali powrotnego biletu lotniczego…

Nie wymagali, pani w okienku jednak powiedziała, że tryb przyspieszony nie obejmuje osób mojej narodowości (wtf?!), czyli wizę mogę odebrać w piątek rano. Co z tego, że w czwartek nad ranem mam samolot… dodatkowo powiedziała mi, że maksymalnie mogę dostać wizę na 30 dni, nie 90 (nawet nie ma takiej opcji w formularzu, a na zaproszeniu widnieje jak byk – 3 miesiące…).

Czyli ogólnie kupa problemów. Znowu załamka i tylko starałam się nie popłakać, że taka sytuacja wyniknęła. Wróciłam sobie taksówką, która wyrzuciła mnie… przy biurze podróży. Dwie wycieczki od razu mi się rzuciły w oczy i tak jak sobie teraz myślę, to nie stracę na tym opóźnieniu (tyko finansowo).

Denerwowałam się też tym, co szefostwo powie, więc jak najszybciej na WeChacie dodałam szefową, przeprosiłam za formę kontaktu i zamieszanie, wyjaśniłam sytuację. Szefowa napisała, że wszystko w porządku, żebym się nie przejmowała i podziękowała, że dałam znać. Praca idealna?

A sam Bangkok – słyszałam, że niebezpiecznie, słyszałam, że brzydko i dlaczego tam w ogóle jadę. Ciekawych miejsc jest na kilka dni oglądania, dodatkowo te wycieczki, jest czyściej niż w Pekinie, dużo zieleni, niższa zabudowa, wszyscy mówią po angielsku, nie wiem, co tu się może nie podobać (wiem, że to nijak nie związane z Chinami, ale dla zainteresowanych pojawiła się galeria). Dodatkowo… jakby mi wcześniej ktoś powiedział, jakie tu można kupić rewelacyjne ciuchy, to wzięłabym dużą walizkę, bo w tej chwili nie wiem, czy moja się domknie, już planuję, co z przywiezionych rzeczy wyrzucę i ile warstw założę na lot :)