Działo się aż za dużo… tylko powoli.

W temacie powód, dla którego długo nie pisałam… cóż, było trochę zamieszania. Ale od samego początku.

Miałam swojego rodzaju konflikt z jedną nauczycielką… pech chciał, że z nauczycielką, która od przyszłego tygodnia będzie główną nauczycielką mojej klasy, czyli fajnie by było mieć z nią dobre stosunki. Konflikt w pewnym momencie zaostrzył się do tego stopnia, że przeglądałam sobie Beijingera (strona internetowa, w sumie poza ofertami pracy mnie nie interesowała). Danny (Ghańczyk, również nauczyciel w naszej szkółce) podpytał o co chodziło, bo też mu się zachowanie tej nauczycielki nie podobało i chciał pogadać z szefową. I nie wiem, czy to rozmowa z szefową, czy też inne czynniki na to wpłynęły, ale… owa główna nauczycielka stała się przesympatyczna, i przy okazji urządzania naszej klasy się zakumulowałyśmy. Nie przykry obowiązek, a przyjemnie spędzony czas. Niespodzianka.

Ale ale, nie mogło być różowo. Wyszło niestety, że pan, z którym obgadywałam warunki pracy troszeczkę mi nakłamał. Problem w godzinach i z wizą pracowniczą. Poszłam pogadać z szefową, ona mnie odesłała do niego, umówienie się z nim też gimnastyka, ale w końcu się udało. Pytam o wizę – kiedy – odpowiedź, że za miesiąc-dwa. Przypadkiem jest to identyczna odpowiedź, jaką słyszałam trzy miesiące temu. Pytanie o godziny – musi być jakaś zmiana, nie na to się pisałam, albo zmiana godzin albo płacy – jego odpowiedź, że zmiany nie będzie i albo akceptuję, albo do widzenia. Jakoś nie było mi trudno powiedzieć „do widzenia”.

Ale ale, to znowu nie wszystko. Wspomniany wcześniej Danny zaczął ze mną gadać, stwierdził, że koleś jest zupełnie niekompetentny (zauważyłam), poradził, żebym opisała sytuację szefowej i z nią pogadała. Szefowa pogadać chciała, i tak gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy…  jej punkt widzenia był sensowny, ona też zrozumiała moją sytuację. I o ile nie dostałam żadnej korekty na teraz, to dostałam dużo przyjemniejsze warunki podwyżki, która będzie już za chwilę i wizę teraz-zaraz. Jeszcze do tego wygląda na to, że podczas tych rozmów się polubiłyśmy.
Czyli świetna praca, najlepsza szefowa na świecie, czego chcieć więcej? Cóż, po ostatniej rozmowie wracam do akademika, przygotowana na noc przy dość skutecznym, acz ciut przywłośnym wiatraku… a tu niespodzianka, klimatyzacja zaczęła działać :)

Jak kupić spódniczkę

Pearl Market. Znane miejsce, tak samo jak jego jedwabny odpowiednik, służy do robienia turystów w konia. Wiemy, akceptujemy, znamy ceny, nie jesteśmy łosiami.

Najpierw szpilki do włosów – w sklepikach kosztują po 10 juanów, na Perłowym oczywiście mówią, że 35. Ja oczywiście, że powyżej 10 nie zapłacę – bo czemu bym miała? – i chociaż słyszałam, jakie to są inne i lepszej jakości, nie zdarzyło się, bym nie kupiła tej, którą chciałam.
Potem były szachy, które kupowaliśmy dla brata Michała. Trudniejsze, bo nie znam faktycznej wartości, z ceny i tak zeszłam solidnie, do niższej, niż Michał był gotów zapłacić, warte uwagi są jednak teksty sprzedawczyni… „look! So many pieces!” ja się patrzę na nią jak na wariatkę i stwierdzam, że figur jest dokładnie tyle, ile tradycyjnie w szachach. Targujemy się dalej. „Look, so many! One, two, three, four, five, six, seven, eight!”. Tak proszę pani, w każdych szachach mamy po osiem pionków :)

No i deser. Moja spódniczka. Drobny szczególik: wcześniej, w markecie w Xidan (gdzie raczej się nie targuje, a jeśli już, to o minimalne kwoty) kupiłam niemal identyczną, różniącą się jedynie kolorem, za juanów 80. Na perłowym jednak dostrzegłam taką w innym kolorze, który mnie zauroczył, dlaczego więc miałabym sobie takiej nie sprawić? Pytam o cenę. Oczywiście cena jest bardzo dobra i specjalna dla mnie… 560 juanów. Nawet nie komentuję, macham ręką i odchodzę. Pani, że dobra jakość, że ile w takim razie zapłacę. 80 :) nie no, ja przecież muszę żartować, taka spódnica? 300!, na co ja spokojnie, że kupiłam taką samą za 80 i więcej nie zapłacę. Pani, że nie taką samą, inną kupiłam, mogę dotknąć, bardzo dobra jakość! Potwierdzam jej słowa – jakość bardzo dobra, dokładnie taka, jak poprzedniej spódniczki z Xidan. Ok, 180. Już się robi lepiej, ale ja się przecież nie ugnę. Odchodzę. 130! Nawet się nie odwracam. Ok, ok, chodź, dam ci dobrą cenę. Wracam… 100. Ja swoje. 90. Ja swoje. 85. Ja otwieram portfel i… magia. Mam odpowiednie banknoty, podaję więc 80. Ona, że 5 brakuje. Ja, że w takim razie nie kupuje. Patrzy na mnie już niemal z nienawiścią, jakby dzieliła ze mną rok urodzenia to już by mnie spopieliła, niemal ciska spódniczką, nie dając reklamówki, odwraca się i odchodzi bez słowa. Ja zadowolona – spódniczka, jak wspomniałam, śliczna. Ale nie, sprzedawczyni się jeszcze musi odwrócić. „I lost money because of you!” rzuca mi na odchodne. Ania, bez zająknięcia, z szerokim uśmiechem… „no, you didn’t”.

Wielki Mur bez tłumu

W szkole epidemia, więc zdecydowałam, że nikogo nie zaboli, jeśli wezmę wolne w piątek. Tak też zrobiłam i pojechaliśmy z Michałem na Wielki Mur. Plan: mur w Gubeikou, na zdjęciach wyglądający fantastycznie, niemal nieodrestaurowany. Podróż się jednak trochę pokomplikowała…

Około 6.20 wylądowaliśmy na dworcu autobusowym, gdzie próbowałam kupić bilet do wspomnianego Gubeikou, pani w okienku mnie nie rozumiała a ja jej, więc, oczywiście, kupiłam bilet do Chengde, na drodze do którego znajduje się wspomniane miasteczko, z planem, że po prostu wysiądziemy po drodze. Jak się można spodziewać, miasteczka po drodze nie było. Wylądowaliśmy za to w Chengde, mieście, o którym nie wiem nic i wyglądało na wybitnie nieciekawe (zjedliśmy za to absolutnie boskie pierogi za 10 juanów, czyli +-5 złotych). Chciałam kupić tam bilet do Gubeikou i w okienku dowiedziałam się, że w piątki autobusy tam… nie jeżdżą.

Ok, nie panikujemy. Pytam taksówkarzy, właścicieli minibusików, po jakichś 20 minutach gadania z toną ludzi o sama nie wiem czym jakiś przypadkowy mieszkaniec zgodził się nas podwieźć za rozsądną cenę. Super, jedziemy!

Wysadził nas w miasteczku, wszystko pięknie, ale… nie widzimy muru. Idziemy tam, gdzie nam się wydaje, że powinien być, ale nic nie ma. Wracamy do punktu wyjścia by spytać o drogę – tak, tam gdzie szliśmy. Zrezygnowana stwierdzam, że łapiemy stopa, bo zrobiło się za gorąco i droga wygląda na długą, w momencie, kiedy tylko to powiedziałam… zatrzymał się koło nas samochód i zaproponował podwózkę. Chiński autostop niestety jest płatny, ale w granicach rozsądku, nawet bardziej, gdy zobaczyliśmy, jaki kawał musielibyśmy iść.

Sukces! Jesteśmy pod murem. Idziemy do kasy, kupujemy bilety, patrzę na bilet… JINSHANLING. Nie dość, że jest prawie 13, to wylądowaliśmy pod innym murem niż planowaliśmy. Porażka na całej linii, chciałoby się powiedzieć?

A jednak nie. Zmęczona i nieco podirytowana stwierdziłam, że nie wchodzę na górę, że pojedziemy kolejką. Brak kolejki (do kolejki), wysiadamy a tam pusto. Jedynie dwie Chinki nas zaczęły zagadywać i się z nami trzymały. Poza tym spotkaliśmy kilku turystów, ale poza tym mur był wyludniony. Miejsce super – tylko częściowo odnowiony, więc wyglądający autentycznie, bez tłumu znanego z Badaling (gdzie byłam poprzednio i który każdy odradza, bo uturystycznienie przeraża), genialne widoki, którym brak ludzi tylko dodawał uroku (zdjęcia pustego muru też powychodziły wspaniałe).

Jakby sam mur nie okazał się rewelacyjnym zaskoczeniem, jedna z Chinek nie mówiła po angielsku, a udało mi się z nią utrzymać całkiem sensowną rozmowę (cały czas w swój chiński nie wierzę, a tu jednak – udało się!), ponadto po zejściu spotkaliśmy parę Kanadyjczyków, którzy szli murem z nieszczęsnego Gubeikou (do Jinshanling to tylko 8 kilometrów i tak, można je przejść murem), dzięki nim także znaleźliśmy sensowny transport do Pekinu… przez Gubeikou właśnie. Także dzięki nim niejako sama zaplanowała się kolejna wycieczka :)

Podsumowanie – zaprzeczenie mojego ogarnięcia w Chinach i tragikomedia pomyłek… z zaskakująco happy endem.

Zakazane Miasto – odsłona druga

Jako że odwiedził mnie mój chłopak, odwiedzam po raz drugi co ciekawsze miejsca w Pekinie, w niedzielę padło na Zakazane Miasto. Poprzednio byłam tam pod koniec grudnia, zimą, w dodatku w poniedziałek, kiedy to było krócej otwarte. Do samego pałacu po prostu weszłam, bilet kupiłam bez kolejki, co prawda pojawiły się komentarze, że zaskakująco mało ludzi mi wchodziło w kadr, ale nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam w ostatni weekend.

Najpierw praktycznie od samej stacji metra (wejście do Pałacu zlokalizowane jest między dwiema) była kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Tylko tam straciliśmy trochę czasu… w dodatku pełno było natrętnych naganiaczy, na których nie działa ignorowanie (od kiedy „hey, hey, HEY! LADY!” jest stosownym sposobem zwrócenia na siebie uwagi? Ciekawostka: „No! Go away!”, choć może mało kulturalne, jest skuteczne). Po kontroli bezpieczeństwa przejście w tłumie parasolek (ja wiem, że piękna Chinka to chorobliwie blada Chinka, ale gdyby nie mój wachlarz i rozpychanie się łokciami to bym straciła oczy), co najmniej półgodzinna kolejka po bilety, i w końcu wejście do pałacu.

Tym razem bardzo dużo zwiedzałam z boku głównego przejścia – hałas tłumu turystów był zaskakująco męczący. Ale dzięki temu odwiedziliśmy muzeum kaligrafii, które poprzednio mi umknęło oraz znaleźliśmy kilka mniej uczęszczanych, a równie ładnych miejsc. Najjaśniejszy punkt to oczywiście ogrody, które, tak jak się spodziewałam zimą, latem kompletnie zwaliły z nóg.

Na deser park Jingshan, tak jak poprzednio – wyludniony (choć od Zakazanego Miasta to tylko przejść przez ulicę i zapłacić powalającą sumę dwóch juanów), z niesamowitym widokiem na Zakazane Miasto ze szczytu góry. Jakby samych widoków było mało spotkaliśmy tam grupę Chińczyków grających na tradycyjnych instrumentach i śpiewających… niestety również w tradycyjny sposób (za wyjaśnienie „niestety” może posłużyć posłuchanie na Youtube chińskiej opery).