The Great Firewall of China

Nie jest tajemnicą, że w Chinach cenzuruje się… wszystko. Większość osób też zapewne wie, że strony typu Twitter, Facebook czy Google są blokowane. Nie tylko one, złych, amerykańskich stron, które rząd uznał za niestosowne, jest więcej. Oczywiście są sposoby na obejście wielkiego muru internetowego, najpopularniejsze to proxy (trudne, bo często są blokowane), VPN (również blokowane, opcja niestety płatna), Tor (specjalna przeglądarka, zablokowano, ale było obejście, które niestety również przestało działać), czy też różnego rodzaju programiki, których cel jest ten sam, przesłanie danych przez inne miejsce. Skomplikowane i uciążliwe. Słyszałam też teorię, że wszystkie VPN-y po prostu posiada chiński rząd i trzepie na tym kasę. Głupawa teoria…

Dziś niestety mój VPN działał bardzo kiepsko, wieszał się, połączenie było wyjątkowo powolne, więc zrobiłam to, co każda sensowna osoba w takiej sytuacji by zrobiła – wyłączyłam VPN-a, by po prostu robić coś innego. Ku mojemu zaskoczeniu Facebook się załadował. Oczywiście pomyślałam, ze to jakiś opóźniony zapłon… nie, wszystko działało. Nawet na moim telefonie, na którym żadnego sposobu na obejście blokad nie mam. Zrobiłam więc kolejną rzecz, którą każda sensowna osoba by zrobiła – postanowiłam wygooglować, czy odblokowanie Facebooka było planowane. Google jednak, jak się okazało, jest ciągle blokowane…

Chińczycy mają swoje wersje popularnych portali, odpowiednikiem Facebooka będzie RenRen, Twittera Weibo a Google’a Baidu (sprawdzające się lepiej przy wyszukiwaniu znaczkami, jednak nie przy użyciu zwykłych liter, także chińska wersja tłumacza wiele ustępuje złym Amerykańcom). Moje pytanie jest oczywiste: na cholerę blokować wersje amerykańskie pod pozorem bezpieczeństwa (tak, ich argument jest taki, że np. na Facebooku można organizować nielegalną akcję), skoro zapewnia się podobną platformę, na której można zrobić DOKŁADNIE to samo? I wreszcie, kolejne pytanie: na jaką cholerę blokować wyszukiwarkę? Tak szczerze mówiąc to bardziej boli mnie blokada Google, wyszukiwanie na telefonie różnych rzeczy za pomocą Binga jest naprawdę uciążliwe.

Kolejne pytanie: czy odblokowanie Facebooka to jakaś pomyłka, za którą ktoś straci g… pracę, czy początek otwierania się wirtualnych Chin na świat? Czy może też jest to prowokacja? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Dla testu opublikowałam na Facebooku status na ten temat, ale po chwili usunęłam… i tak czy inaczej włączam VPN-a. Dla pewności. I, oczywiście, Google’a.

Chiński syndrom sztokholmski?

Ciągle jestem na „nie”. Wkurzają mnie Chińczycy, wkurza mnie ich kompletna nieznajomość angielskiego i wkurza mnie, gdy zakładają, ze skoro tu jestem to na pewno mówię po chińsku i mówią z prędkością karabinu maszynowego. Nawet mój organizm zareagował. W Hong Kongu mimo wszechobecnej klimatyzacji i deszczu jakoś się trzymałam, tylko przyjechałam do Chin rozchorowałam się, jak w piątek niemal mi przeszło… poszłam na imprezę, by dziś umierać, bynajmniej nie z powodu kaca. Impreza w dodatku była do dupy…

Ale wracam powoli do siebie, w szkole jest miło, nowe dzieciaki już się oswajają, dostałam ostatnio buziaka od najbardziej śmiałego, od najmniej przytulenie – równie zaskakujące. Główna nauczycielka, tak jak miałam nadzieję, wróciła do bycia sympatyczną, przejęła się jak usłyszała mój kiepski głos… i nie ma żadnych nieprzyjemności.

Dostałam kilka cennych rad jak sobie radzić z tą formą szoku kulturowego, której właśnie doświadczam, w skrócie: to, co przypomina Polskę, jedzenie i książki. Tak jak napisałam, rady cenne, więc oczywiście nie zastosowałam się do żadnej z nich, ot, po prostu – o schabowe ciężko, a polskich książek nie wzięłam. Zjadłam trochę więcej ziemniaków, wypiłam trochę więcej piwa z koleżankami. Też polsko!

Dziś natomiast obejrzałam sobie film… chiński. Takie moje próby, pierwszy, który oglądałam był zupełnie głupi, drugi miał ładne widoki, ale fabuła bez polotu, dzisiejszy natomiast… Może mam gorączkę, katar rzuca mi się na głowę, albo za długo tu już jestem, ale podobał mi się niesamowicie! Nazywa się toto „Journey to the West: Conquering the Demons” i wygląda fajnie, jest śmieszny, akcja jest wartka, postacie dobrze zbudowane, a te fantastyczne również świetnie ucharakteryzowane, efekty trochę przesadzone – czyli taki film, jak lubię. Zdecydowanie warte polecenia… może te Chiny nie są takie złe, jeszcze trochę mogę zostać ;)

Mam dość tego miejsca

Może to depresja powakacyjna. Ale w tej chwili nie znoszę Chin. Powody? Po pierwsze angielski. Rozumiem, że nie każdy musi tu być mistrzem. Ale jak pani, pracująca na przejściu granicznym jako wskazywaczka autobusów, nie rozumie słowa „ticket” to jest to przegięcie.

W dodatku, skończył sie Hong Kong, skończyły się znaki po angielsku. Na przejściu granicznym!!!

W Hong Kongu wszyscy mówią po angielsku. Lepiej, gorzej, ale właściwie wszyscy komunikatywnie. A na co dzień mówią po chińsku – i to w dialekcie kantońskim, który na sześć tonów (mandaryński cztery) oraz znaki tradycyjne, a nie uproszczone (tu statystyka jest trudna, ale różnica jest około pięciokrotna). W dodatku w Hong Kongu wszyscy są mili i pomocni, nie biegną po czyichś stopach do wolnego miejsca w metrze, przesuwają się jak ktoś chce wysiąść, nie blokują przejść i nie plują na ulicy.

Już najbardziej rozbroiło mnie, jak pani w pociągu spytała, gdzie jadę, a jak odpowiedziałam, że do koleżanki (druga hostka z couchsurfingu), to wyciągnęła swój telefon i niemal nakazała mi się z koleżanką skontaktować. Bo się jeszcze zgubię i co będzie?

I premiera Guardians of the Galaxy jest w Chinach 10. października. Na szczęście poszłam do kina w Hong Kongu…

Hong Kong – nowe lepsze Chiny. Dużo, dużo lepsze.

Niestety – dziś dzień raczej na minus. Wybrałam się z koleżanką na plażę, ogólnie perfekcja, ludzi niewiele, białych wcale… co zaowocowało tym, że po kolei wszyscy Chińczycy sobie z nami chcieli robić zdjęcia. Przy piątej GRUPIE zaczęło się to robić uciążliwe. Ach, ciekawostka: na plaży jest darmowe, rządowe wifi. Macie, cieszcie się, i reklamujcie na Facebooku naszą plażę :) Na szczęście nie było słońca, więc się nie spaliłyśmy, na mniejsze szczęście słońca nie było, bo szykowało się oberwanie chmury, które zaczęło się niemal w tym samym momencie, kiedy weszłyśmy do Pizzy Hut. Najadłyśmy się, po czym na plażę wróciłyśmy, obie pragnące tylko drzemki – położyłyśmy się więc na brzuchach i na wpół sobie gadałyśmy, na wpół przysypiałyśmy, aż w końcu trzeba było iść zobaczyć, jak się mają sprawy z moją wizą. Wstajemy, a tam… grupa Chińczyków nas fotografuje. Inna kultura? Wolne żarty, cykanie fotek czyimś tyłkom to brak kultury i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Ja oczywiście reaguję gwałtownie, a oni zero speszenia, tylko „foto, foto, ok? ok?”. Ja już, że nie ok, że nie jesteśmy atrakcją turystyczna, oni swoje, „foto, ok?”, w końcu się opędziłyśmy, a tamci idą i się śmieją… jakbyśmy zwierzaczkami w zoo były. I tak, to chińscy turyści. Mieszkańcy Hong Kongu są przemili i zawsze pomocni. I nie fotografują damskich tyłków, gdy damy nie patrzą.

Dobra, powkurzałyśmy się, jedziemy odebrać moją wizę… odmówiono. Bo jestem w Chinach 8 miesięcy. Nie będzie wizy. Tzn. będzie, ale w bardziej zawiły sposób rozwalający mi jutrzejszy dzień. I oczywiście kosztowniejszy, jakby inaczej. PS. Przy wjeździe do Hong Kongu nie trzeba mieć żadnej wizy i można zostać trzy miesiące. Jakoś da się nie utrudniać wszystkim życia papierkologią i zbudować sensownie działające państwo (nie do końca państwo, ale sama nie do końca rozumiem, czym HK tak naprawdę jest). Państwo lepiej działające i mniej irytujące niż Chiny…

Potem pojechałyśmy do marketu, który nowa hostka z Couchsurfingu mi poleciła jako pełen fajnych sklepów z biżuterią i… okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie kupiłam wiele. Nie wydałam dużo pieniędzy. Panie i Panowie, po raz pierwszy od ponad ośmiu miesięcy udało mi się kupić BUTY (inne niż trampki). Skakałam i śpiewałam z radości, i wcale nie przesadzam – sprzedawczyni się na szczęście podobało :)

Hongkong – Seven Eleven i ruchome schody

Musze mieć juz strasznie dość Pekinu, bo gdzie nie pojadę, tam bym chciała zostać. W Bangkoku nawet przeglądałam oferty pracy, tu jest podobnie…

Hongkong jest mały. Bardzo mały. 1104 km2. A ludzi jest tu zaskakująco wiele, miejsca jest mało, wiec trzeba kombinować. Budynki rosną w góre, często są bardzo wąskie, no wciskają je wszędzie. Ceny mieszkań są kosmiczne, widać to również po noclegowniach. Łóżko w ośmioosobowym pokoju kosztuje tu za noc tyle, ile w Bangkoku płaciłam za pokój jednoosobowy, z klimatyzacja… na cztery dni. Oczywiście jak te ceny zobaczyłam to sie zbuntowałam, stwierdziłam, że nie ma opcji, żebym tyle płaciła, wybrałam wiec couchsurfing. Nie dość, że nie płacę, trafiłam w świetne miejsce, do świetnego kolesia, to jeszcze wiem, jak faktycznie wygląda z sytuacja mieszkaniowa. Mieszkanko nie ma 20 metrów, są to za to dwa pokoje z łazienką. Ładnie i czysto, powierzchnia jednak powala. W dodatku na jednym piętrze znajdują sie po dwa mieszkania – szeroko, prawda?

Wyspa Hongkong, dzielnica Mid Levels. Co ciekawe – znajduje sie na zboczu góry. Podchodzenie tak od metra byłoby katorgą, ale… Na zboczu, nad ulicami i między budynkami są ruchome schody. Żeby było śmieszniej, rano nie wjeżdżają, tylko zjeżdżają – tak jak ludzie jadą do pracy. Wygodne i zaskakujące.

Temperatura jest wysoka, tak jak i wilgotność, wiec jeść, zwłaszcza gorącego, sie nie chce, odżywiam sie wiec kanapkami z wszechobecnego Seven Eleven (jak w Tajlandii), co chwila chodzę też do tych sklepów, by kupować picie. Powiedziałam sobie, ze oszczędzać mogę na wszystkim, mogę niemal nie jeść, odmawiać sobie większości rzeczy, ale nie picia. Nie w tych temperaturach.  Zwłaszcza, że wszędzie się chodzi, odległości są kosmiczne, a nogi mnie tak bolą, że jutro zamiast zwiedzać idę na plażę. O!

Przeprowadzka szkoły

W końcu – po zamieszaniu szkoła przeniosła się w nowe miejsce, a ja nie jestem już druga anglojęzyczna w klasie, tylko mam swoja klasę. Ok, wraz z trzema innymi nauczycielkami…

Dzieci póki co jest… trójka. Co ma sens, bo są to niespełna trzylatki, jakbyśmy dostały piętnastoosobową grupę dzieci nie umiejących się zachowywać i nie znających szkolnych zasad to byłaby męczarnia. A teraz jest momentami nudnawo (więcej nauczycieli niż dzieci), a czasem zaskakująco ciężko (maluchy, które dopiero przyszły do przedszkola, nie chcą słuchać lub nie wiedzą jak się zachowywać należy, płacz co chwila). Jest jeszcze główna nauczycielka – ta, z która miałam wcześniej dwa konflikty, ale potem zrobiła się super. Szefowej powiedziałam, że jest świetnie i na pewno możemy współpracować, teraz… wygląda na to, że główna wróciła do swojego poprzedniego oblicza, poczuła władzę (której tak naprawdę nie ma), próbuje forsować swoje durne pomysły i nie przyjmuje argumentów. Ja tam się nie boję, jeśli któraś z nas będzie musiała odejść to raczej będzie to ona. A nawet jeśli ja to problemu z pracą nie będzie. Ale atmosfera bywa napięta.

Przykład argumentowania tej pani – mówi, że od teraz powinnam zdejmować bransoletki i kolczyki, odpowiednio 16 i 24 – bo tak mówi i już. Nikomu nigdy w tej szkole nie przeszkadzały, za co również szkołę cenię, bo dzieciaki moją biżuterię uwielbiają i niejednokrotnie z nimi na powiązane z nią tematy gadałam. Przedstawiłam swój punkt widzenia, plus przy kolczykach powiedziałam, że opcji nie ma, bo zdejmowanie i zakładanie ponownie zajmuje około 40 minut czasu. Jej odpowiedź? „ale to tylko na czas pracy”.  Dyskusja o dyżurowaniu przy dzieciach, kiedy śpią, ona, ze będziemy się zmieniać co tydzień – ja, że to głupie, bo nie mamy wtedy porządnej przerwy i lepiej, żeby się zmieniać dzień po dniu, ona, że tak zawsze było i ma być. Ja argumentuje, że zdrowie psychiczne, wypoczęty nauczyciel to szczęśliwy nauczyciel, jej argument, że tak jest wygodniej zapamiętać. Uświadomiłam ją o wynalazku sprzed tysięcy lat (papier)… ale sprawdzenie na papierze zajmuje czas. Witki mi opadły, ale po zapytaniu reszty nauczycieli stanęło na moim. Niespodzianka?

A jutro Hong Kong. Po całym przeprowadzkowym zamieszaniu – nie mogę się doczekać.