Bezdomna i bezrobotna w Pekinie

Stało się. Tyle nam wmawiali, że są znajomości, że nie ma z niczym problemu, bo przedszkole ma przyjaciół w samym rządzie, więc na pewno nas nie aresztują, więc możemy pracować albo bez wiz pracowniczych, albo, jak sama policja zasugerowała, na wizach pracowniczych wystawionych na inne szkoły. A tu niespodzianka!

Pierwszy nalot: byłam na zakupach dla szkoły z moją główną nauczycielką. Koniec końców nikogo nie zatrzymano, ale obcokrajowcy się chowali gdzie się dało, zestresowani, policja prawdopodobnie zebrała jakieś informacje. Ja już niemal rzuciłam pracę, już byłam gotowa kupować bilet do Polski…

Drugi nalot: dwóch policjantów przyszło do szkoły, w której tym razem byłam, jednak nikogo nie przesłuchiwali, nikogo nie widzieli, nie weszli do żadnej klasy. Natomiast po mojej traumie w szafie nie chciałam wychodzić z dzieciakami na zewnątrz… szefowej się to nie spodobało, a do tego była tak przekonująca, jakich to nie mają znajomości, jakich to kontaktów nie uruchamiają, jak to był pojedynczy – co z tego, że drugi – wypadek, spowodowany jedynie niewiedzą nowozatrudnionego ochroniarza…

Trzeci nalot: ten czwartek, raniutko przyjechała policja, tym razem w dużych ilościach, najpierw pogadali z kilkoma zagranicznymi nauczycielami, wyglądało na to, że pogadają i pojadą… nie. Rozkazali wszystkim zagranicznym wyjść przed szkołę i ich aresztowali. Jedną wypuścili, nie wiem czemu, reszta ciągle jest w więzieniu, ach, przepraszam, w „detaining facility”, cały czas wszyscy dookoła panikują, rozmowy z ambasadami, pytania, jak można dostarczyć im ręcznik czy mydło…

A ja? Dostałam informację o aresztowaniu, gdy pięknie opalona wróciłam z Da Nang do Hanoi, odebrałam swoją nową wizę i planowałam wyjść i pokupować pamiątki przed sobotnim powrotem do Pekinu. Moją pierwszą reakcją był paniczny śmiech.

Nie jestem głupia, wiem, że miałam od cholery szczęścia i nie mam zamiaru go testować. Nie ma opcji, bym wróciła do tej szkoły… i tu się zaczynają schody. Moje mieszkanie: akademik przyszkolny. Uruchamiam więc kontakty. Zarejestruje mnie jeden kolega, przenocuje inny (żeby było śmieszniej adres jeszcze innego napisałam na karcie przyjazdowej), w tym czasie szukam własnego mieszkania i całkowicie legalnej pracy. Nie to, by to było trudne, wyrobienie wizy jednak chwilę zajmuje, więc do tego czasu jestem bezrobotna oraz pewnie bezdomna – bo jak mam szukać mieszkania, gdy nie wiem, gdzie będę pracować? Na szczęście mam parę groszy odłożone, więc nie będę przymierać głodem…

A moi znajomi są ciągle w więzieniu. W weekendy nie ma nawet opcji kontaktu, nikt nie wie gdzie są, moja perfekcyjna szefowa zasugerowała, by się za nich pomodlić (siedziałam wtedy w McDonaldzie, ludzie się na mnie zaczęli dziwnie patrzeć, gdy wybuchłam „WTF” całkiem publicznie…). Dodatkowo oczywiście Pan Ogarniający podtrzymuje swoją reputację kłamcy – na pytanie „czy 7 dni to maksimum, ile ich przetrzymają” odpowiedział błyskawicznie „tak”, podczas gdy inna dziewczyna, ogarnięta i najwyraźniej naprawdę przejęta, w tym samym momencie odpowiedziała „nie”. Ręce opadają, mam to w dupie, mam gdzieś, co się stanie ze szkołą, jestem na nich wściekła, ich bym widziała w więzieniu, a nie moich znajomych, którzy, ok, na wpół nielegalnie, ale jednak robili coś dobrego!

Chińczycy podrywają

Pan numer 1: Z koleżanką, około 4-5 w Sanlitun (imprezownia) miałyśmy sprzeczkę i na jakieś 10 minut się rozdzieliłyśmy, ale byłam zdenerwowana. Podchodzi do mnie pewien osobnik, prosi o numer telefonu, odmawiam. Pyta dlaczego, ja, że nie randkuję, on, że może chociaż porozmawiamy, ja, że bardzo mi miło, ale przepraszam go, mam złą noc i nie jestem w nastroju na cokolwiek. Na co on, że w takim razie może mu dam numer telefonu…

Pan numer 2: Poszłam sobie na obiad, sama, blisko, więc żadnego makijażu, w podomce (oni wychodzą na ulicę w piżamach, mam się nieperfekcyjnej sukienki wstydzić?), gorąco było, więc włosy słuchawkowo-spocone… nic specjalnego, ot, wyjście na chwilę w gorący dzień. W restauracji ktoś się wita, ja zamawiam jedzenie, siadam, zajmuję się telefonem. Ktoś siada przy moim stoliku naprzeciwko mnie… nie wiem o co chodzi, rozglądam się po sali, gdzie niemal wszystkie (poza dwoma) stoliki są wolne. Facet coś pisze na druczku do rachunków, ja siedzę i czuję się niezręcznie. Po chwili okazuje się, że to numer telefonu, facet prosi, by zadzwonić. Nie jestem zainteresowana, więc udaję, że po chińsku nie mówię nic, on po angielsku ani słowa, w końcu przytakuję, że jak coś to zadzwonię. On ucieszony…

Pan numer 3: Znajomy znajomej, anglojęzyczny, podróżujący, ogólnie – nietypowy jak na Chińczyka. Fajnie się gada, ale jednym z pierwszych tekstów na okazanie zainteresowania było… „mam samochód, mogę cię po imprezie odwieźć do domu, albo podwieźć kiedykolwiek”. Wysoko mnie cenisz, nie ma co.

Pan numer 4: Niki, koleżanka zaprosiła mnie na brazylijski obiad z jej znajomymi z okazji urodzin kolegi, niespodzianka – przystałam, koleżanka bliska, więc założyłam, że ludzie fajni (prawda) oraz jedzenie pyszne i niechińskie (również zgadłam). Jako że były to urodziny, chciałam kawałek tortu, ale zanim o niego poprosiłam dostałam kawałek… tak na oko półkilogramowy. Podziękowałam ładnie, po czym podzieliłam się tortem z ludźmi przy stole. Niedługo potem ten sam osobnik, który wręczył mi tę kosmiczną ilość ciasta poprosił o mój Wechat (aplikacja do wysyłania wiadomości, podobna do WhatsAppa), nie odmawiam, wszystko miło, sympatycznie. Później z Niki chcemy się zwijać, ten sam osobnik proponuje podwózkę, mówię, że bardzo daleko, ale nie ma problemu, spoko. Już coś w głowie mi brzęczy, ale póki co koleś jest po prostu miły, a ja nie mam paranoi. Po drodze niemal przeprasza, że ma mały samochód, który okazuje się śliczną nóweczką zdecydowanie większą od mojej swojskiej Hondy Civic, którą jeździłam w Polsce, dzwoneczek w głowie dzwoni. W samochodzie słuchamy mojej muzyki, a gdy dojeżdżamy niemal na miejsce koleś pyta, czy jest w okolicy jakaś restauracja, do której mógłby mnie zaprosić na obiad. Jest multum, ale przed chwilą dałeś mi pół kilo ciasta, nie będę jeść najbliższe dwa dni… pożegnanie, ale później w domu zaczynają się wiadomości. Grzecznie wyrażam swój brak zainteresowania, koleś nalega. Mówię o niedawnym rozstaniu, nieistotne, koleś nalega. Mówię, że moi rodzice nigdy się nie zgodzą na mój związek z Chińczykiem (oczywiste kłamstwo, ale w Chinach zdanie rodziców BARDZO się liczy i myślałam, że to utnie dyskusję)… „jestem pół-Rosjaninem”. Następnie zaczął pisać po polsku, z tłumacza, i to nawet nie Google, tylko Baidu (chińskie, gorsze Google…). Udało mi się w końcu zbyć, ale zdecydowanie zbyt wiele razy musiałam powiedzieć „nie”, by zostało zrozumiane.

Podsumowanie: dziewczynki to durne istotki, którym wystarczy pokazać kluczyki, by podążyły za mężczyzną. Jeśli przypadkiem mówią nie, to tak naprawdę nie wiedzą, co mówią i należy im powmawiać, że tak naprawdę myślą „tak”. I nieważne, że się nie rozumiemy poza typową gadką-szmatką. Przecież ta zupełnie wystarczy, by zbudować związek. Jakiegoś typu…

Ciekawostka: wszystkie historyjki przydarzyły mi się ostatnio, na przestrzeni jakichś 10 dni…

Konkurs fotograficzny

Dziś drobna reklama – dostałam ostatnio maila z informacją o konkursie fotograficznym o Chinach. Sama na pewno wezmę udział (widać po ilości zdjęć w galeriach, że mam z czego wybierać – a póki co umieściłam może z połowę zdjęć, które mam), a że zagląda tu sporo osób zainteresowanych Chinami (niespodzianka!) to postanowiłam się podzielić linkiem :) Zwracam uwagę zwłaszcza na kategorię „Chińskie inspiracje”, w której udział biorą zdjęcia robione poza Chinami. Powodzenia!