Tłumy, tłumy wszędzie, co to będzie, co to będzie?

To, że ludzi w Chinach jest dużo to żadna nowość. Zaskakuje za to fakt, że mimo ich ilości i zagęszczenia w wielkich miastach ciągle nie nauczyli się podstawowych zasad, które znacznie umiliłyby wszystkim dookoła funkcjonowanie…

O metrze, w którym do miejsc jest wyścig już pisałam. Taki urok olbrzymiego miasta, gdzie godzinny dojazd to ciągle blisko. Dodajmy różnice kulturową i mniejszy problem z ograniczaniem przestrzeni prywatnej i mamy właśnie taką mieszankę wybuchową. Patrząc oczywiście przez okulary osoby wychowanej w kulturze zachodniej. Rozumiem różnicę, lubić nie muszę.

Inny przypadek – idę przez sklep. Śpieszę się, bo muszę wymienić coś, co na kasie się nie wbiło. Uwierzcie mi – jeden taki bieg przez sklep może skutecznie popsuć cały, skądinąd naprawdę udany, dzień. Śpieszę się alejką – pech chce, że obok foteli do masażu. W jednym z nich siedzi klientka sklepu (zrozumiałe), obok niej jej wózek z zakupami (również zrozumiałe), postawiony w poprzek tak, że przejść się nie da. Nie pierwszy to tego typu przypadek, więc po prostu przestawiam wózek. Gdyby wzrok mógł zabijać…

Idę inną alejką, jedna pani stawia koszyk na środku i przegląda towary, obok niej druga. Cała szerokość alejki zajęta, przejść się nie da. Przeskakuję nad koszykiem, nawet nie patrzę na reakcję.

Już poza sklepem. Idę szerokim chodnikiem, przede mną idzie drobniutka Chinka z chłopakiem. Wydawałoby się, że łatwo ich będzie wyminąć, prawda? Skądże znowu. Mała Chinka nie dość, że idzie zygzakiem, to jeszcze wymachuje rękami, zajmując szerokość około dwóch i pół metra. I jest wielce zaskoczona, gdy uderza mnie w rękę. „Przepraszam” pewnie nawet nie przechodzi jej przez myśl.

Niedługo później, idę spokojnie kampusem, ze sklepu przede mnie wychodzi grupa czterech czy pięciu osób. Natychmiast zajmują całą szerokość chodnika, wlokąc się niemiłosiernie, po czym bez żadnej przyczyny się zatrzymują. Nie zwalniając najmniejszej części chodnika.

Nie krytykuję tu kultury. Rozumiem różnice kulturowe. Jednak gdy mieszka się w kraju, gdzie jest ponad miliard ludzi, w mieście, gdzie jest ich kilka milionów, wypadałoby nauczyć się pewnych zasad, ułatwiających koegzystencję. Brak przepychania się czy trzymanie swoich rzeczy tak, by umożliwić innym swobodne przejście dla wszystkich byłoby wygodniejsze, dlaczego więc jest to aż tak niespotykane?

Być licealistą! …choć może nie w Chinach.

Przez tydzień na zastępstwie uczyłam w pobliskim liceum. Z moich polskich doświadczeń wynika, że to jeden z fajniejszych okresów… w Chinach jest trochę inaczej.

Lekcje zaczynają się przed 7, każdego dnia poza niedzielą (ach, tak, drobny szczegół – weekend nie istnieje, wolne są dwa dni w miesiącu. Święta narodowe też nie zawsze obowiązują.). 6 lekcji do 12, następnie jest dwu- i półgodzinna przerwa obiadowa. Potem 3 kolejne lekcje, kolejna dłuższa przerwa i 2-4 godziny (nie lekcje, godziny) zajęć. Pocieszenie – lekcje trwają tylko 40 minut. Mniej pocieszające jest to, że to ciągle 8-10 godzin dziennie, od poniedziałku do niedzieli.

Nie jest też tak, że jest to świetny, inteligentnie zaprojektowany program, dzięki któremu przy małym nakładzie samodzielnej osiąga się świetne efekty. Te są dość mizerne, i ciężko się dziwić – po całym dniu w szkole licealiści idą do domu, by…  do 12 ślęczeć nad pracą domową. Jedna z uczennic została nazwana leniwą, bo cztery dni z rzędu nie poszła na lunch – ja tam się nie dziwię, że wolała ten czas spędzić w łóżku, choć spodziewam się, że zamiast drzemki przerwę spożytkowała na naukę.

Uzasadnienie czegoś takiego? Dzieci muszą się uczyć. Uzasadnienie siedmiodniowego tygodnia pracy? Wiele osób tutaj jest spoza miasta i mieszka w akademikach, boimy się o ich bezpieczeństwo, więc żeby mieć ich na oku zajmiemy cały ich czas szkołą.

Jedno w tym wszystkim jest pozytywne – sport. Każdego dnia jedna z przerw jest przeznaczona na bieganie, poza tym grają w koszykówkę, siatkówkę, tenisa, także w tej całej edudyktaturze nie siedzą tylko zamknięci w klasie, ale trochę się ruszają. Nie zmieni to jednak mojego zdania, że system jest chory.

Takie liceum przygotowuje też do późniejszych realiów pracy. Bardzo wiele ludzi pracuje w takim trybie – 10 godzin dziennie, dwa dni w miesiącu wolne, pokój dzielony z kilkoma osobami przy miejscu pracy, by odłożyć parę groszy (niewiele, bo płace również pozostawiają wiele do życzenia) i wpisać sobie doświadczenie w cv. Doświadczenie w byciu wyzyskiwanym.

Laowajka w niewielkim mieście

Tak naprawdę to nie do końca mieszkam w Wuhan – mieszkam w małym mieście (według chińskich standardów oczywiście, to ciągle ponad milion mieszkańców) około godzinę pociągiem od Wuhan. I wraz z Chrisem jesteśmy tu jedynymi obcokrajowcami, co oznacza, że jesteśmy tu… gwiazdami! Dosłownie. Idziemy na obiad do małej, nijak wyglądającej knajpki (do wszystkich, którzy pragną odwiedzić Chiny – nie dajcie się zwieść pozorom, te miejsca mają najpyszniejsze jedzenie, jakiego kiedykolwiek spróbujecie) – cała rodzina i wszyscy goście robią sobie z nami zdjęcia, zaczynając oczywiście od ciekawskich (i, co warto dodać, przeuroczych) dzieci :) Rozmawiają też z nami mieszanką chińskiego i angielskiego i wypytują o wszystko, co im przyjdzie do głowy. Pewnie mi to zbrzydnie i zapragnę anonimowości, póki co jest jednak przemiłe.

Ach, właśnie, rozmawiają mieszanką chińskiego i angielskiego… wydawałoby się, że to środkowe Chiny, mniej turystyczne, mniej międzynarodowe, a jednak ludzie mówią tu więcej po angielsku niż w Pekinie. Nie jest to piękna, płynna angielszczyzna, ale bardzo się starają. Doceniam, zwłaszcza, że nie mają zbyt wiele kontaktu z anglojęzycznymi!

Dalej… spacer po mieście wywołuje pospolite poruszenie. Słyszymy komentarze – laowai, weiguoren (oba słowa oznaczają osobę z zagranicy), jak na gwiazdy przystało chodzimy tu z szerokimi uśmiechami i witamy się niemal ze wszystkimi ;)

Czasem jest to jednak odrobinę przesadzone… Na przykład gdy wróciliśmy z trzydniowej wycieczki w góry, zmęczeni, brudni, ubłoceni, zdecydowaliśmy najpierw iść do pobliskiej knajpki na kolację (czemu najpierw? Bo mieszkamy na ostatnim piętrze pięciopiętrowego budynku, co oznacza, że nie ma tam windy). Usiedliśmy przy oknie… więc przechodnie oczywiście robili nam zdjęcia przez szybę. A pod koniec posiłku zeszli się wszyscy pracownicy restauracji, by na nas popatrzeć i z nami porozmawiać. Tym razem bez zdjęć – te zrobili jeszcze zanim zamówiliśmy jedzenie ;)

Enshi

Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować, a już trzeba było się spakować – z okazji święta narodowego Chris zorganizował nam wycieczkę w góry.

Jak to wygląda? Wcześnie z rana, około 6, zbiórka. Wyjazd busikiem, droga zajmuje około 12 godzin – nikt nie przewidział, że z okazji święta narodowego będą korki… Na miejscu jesteśmy więc nieco zbyt późno, a przed nami droga do wiejskiej chatki, w której mamy się zatrzymać. Na początek wygląda to jak zwykła dróżka – jak tak to będzie wyglądać to nie ma problemu. Potem okazuje się, że jest tysiąc kamiennych schodów w dół – też do zrobienia, jest co prawda mokro i ślisko, ale też jest prześlicznie, a chińskie góry wyglądają jak z Władcy Pierścieni. Mgła tylko dodaje uroku, niestety się ściemnia. W końcu schodzimy na sam dół, okazuje się jednak, że to nie koniec wędrówki, do chatki musimy jeszcze się przejść doliną. Nie jest to trudny szlak, ale jest mokro, jest błoto, robi się ciemno, a ja, oczywiście, nie mam tak podstawowej rzeczy jak porządne buty, więc staram się nie przemoczyć trampek. Pod koniec już idziemy z latarką, w końcu widzimy chatkę… jak się okazuje, to nie nasza. Tak samo jak i druga, którą dostrzegamy… przy trzeciej jednak słyszymy głośną muzykę, widzimy znacznie więcej świateł, dotarliśmy na miejsce! Po zostawieniu rzeczy jest kolacja, baijiu (tłumaczą to jako białe wino, bzdura! Jest to chińska wódka), mają być jakieś tańce, ale usypiam. Podobno nawet mnie budzą, ale tego nie pamiętam.

Kolejny dzień zaczynamy o 7, a o 8 już idziemy w trasę. Ani jednej chmurki na niebie, piękne słońce – nikt się nie spodziewał takiej pogody o tej porze roku, ale nie jest nowością, że mam szczęście :) rano jest jednak rześko, żeby nie powiedzieć, że naprawdę zimno. Schodzimy przepiękną trasą, z zapierającymi dech w piersiach widokami, do wodospadu. Czysto, woda w pięknym niebieskim kolorze, niesamowite formy skalne, bujna roślinność z bambusami i palmami włącznie. Powrót tą samą trasą na lunch do tej samej chatki, po południu kolejny spacer – tym razem idziemy w górę, odwiedzamy więcej wodospadów, wspinamy się po bambusowych drabinach, schodzimy ścieżką tak stromą, że jej część zjeżdżam na tyłku (lepiej tak niż się poślizgnąć i uszkodzić), dochodzimy do jeziorka zwanego okiem aligatora (przez formację skalną tak wyglądającą), niektórzy decydują się na kąpiel, chociaż woda jest lodowata. Zaskakująco wielką pomocą okazują się… bambusowe kije, którymi wszyscy z wycieczki się wspierają. Kogo to śmieszy niech spróbuje przebyć tę trasę bez nich, życzę powodzenia :P Wieczorem typowo – kolacja, alkohol, jakaś impreza, przed którą znowu odpływam…

Ostatniego dnia wyruszamy znowu około 8 – tym razem musimy przebyć tę samą trasę, co pierwszego dnia, tylko że do góry – przypominam, tysiąc kamiennych schodów. Umieram po drodze (nigdy nie mówiłam, że mam dobrą kondycję), znajoma nawet ze mnie żartuje, gdy widzi, w jakim jestem stanie, ja jednak brnę dalej… i, ku zaskoczeniu wszystkich, na miejscu jestem jako druga. Tym razem podróż zajmuje mniej czasu, po drodze nie ma korków i wczesnym wieczorem jesteśmy w naszym miasteczku.

Irytująca ciekawostka: ludzie zagadują Chrisa. Pytają o to, kim jestem, ale nie jestem partnerem do rozmowy. Okazuje się, że Chiny są ciągle bardzo patriarchalne, a ja, jako kobieta, jestem jedynie dodatkiem do mężczyzny. Moja feministyczna dusza cierpi…

Przeprowadzka z Pekinu do Wuhan

Po powrocie z Wietnamu tydzień spędziłam u kolegi – z walizeczką, którą miałam w Wietnamie, dokupywałam sobie ciuchy, zanim w końcu miałam czas (i w miarę chęć) pojechać do akademika i spakować cały swój chiński dobytek. Zajęło to jakieś 3 godziny, ale udało się.

Sobota, 27 września – najpierw spotkanie z koleżankami, wspólny pożegnalny lunch. Potem jedna musiała uciekać do pracy, druga miała mi pomóc w transporcie bagaży. I tak ruszyłyśmy na stację, byłyśmy sporo przed czasem, okazało się jednak, że taksówkarz wysadził nas w złym miejscu i trzeba było zejść piętro niżej – windy brak, a mój bagaż to dwie duże walizki, jedna mała oraz torba z pościelą. We dwie dałyśmy jakoś radę, potem długa wędrówka po odbiór biletu, jak się okazało bezsensowna, gdyż e-bilet w automacie można odebrać jedynie z chińskim dowodem osobistym. Staję więc w kolejce do kasy – robi się już późno – a kolejka się nie rusza. Mam około pół godziny i żadnych szans na dostanie się do okienka i zdążenie na pociąg. Biegnę więc na przód kolejki i z miną na skraju płaczu (zero udawania) pytam się jakiegoś pana o której ma pociąg, bo mój jest zaraz i nie zdążę… puszcza mnie przed siebie. Po pięciu minutach odbieram swój bilet i z koleżanką biegniemy do bramek. Nie ma problemu z przejściem, ale… na peron nie można wejść bez biletu, a ja mam zdecydowanie zbyt dużo rzeczy, by je dotaszczyć na miejsce na czas. Rozklejam się, pan ochroniarz pyta o co chodzi i w końcu mówi, bym zadzwoniła po koleżankę, wpuści ją, by mi pomogła.

Mam mniej niż 10 minut i całą stację do przebiegnięcia.

Biegniemy. Zmęczone, z bagażami, koleżanka w dodatku na obcasach. Na szczęście nikt nie marudzi, że tylko ja mam bilet – bez problemu wszędzie przechodzimy obie. Dopiero do pociągu wchodzę sama, obejmujemy się przez drzwi – zdążyłam! A nawet jestem przed czasem… dwie minuty, ale zawsze przed czasem.

Pociąg do Wuhan – 1000 kilometrów – jedzie 5 godzin, rozwijając prędkości do 300 kilometrów na godzinę. Nie mam wody (a po wyścigu z czasem jej potrzebuję), można jednak ją nabyć. Pociąg czyściutki, obsługa miła, toaleta czysta, podróż przebywa bez żadnych zakłóceń.

W samym Wuhan mam problem – jak wspominałam, na stację nie można wejść bez biletu, do wyjścia więc muszę przedostać się sama. Z pomocą przychodzi mi przesympatyczny pracownik stacji. Za bramkami zaś już czeka na mnie Chris. Jeszcze tylko kolejka do taksówki, niemal godzinna podróż i… jestem w domu :)