Ania nie w Chinach… ale blisko!

Miałam się odzywać, ale cóż… chyba pobyt w Himalajach mnie trochę usprawiedliwia? Ale od początku!

Z Wuhan pociąg do Kunming, w Kunming zamieszanie finansowe, dokupienie brakujących rzeczy i samolot do Katmandu. Tam spotkanie z reżyserem naszego dokumentu, dokupienie brakujących rzeczy (tak, jechaliśmy trochę na krzywy ryj i kompletnie nieprzygotowani), a z rana samolot do Lukli… opóźniony o 3 godziny – lotnisko w Lukli było nieczynne, ale nie narzekałam – jest to najniebezpieczniejsze lotnisko świata, więc lepiej trochę poczekać.

W Lukli rozpoczęliśmy naszą dwutygodniową trasę do base campu i z powrotem, z drobnym zahaczeniem o wioskę, w której otwierano nową świątynię buddyjską – czyli wielkie świętowanie, modlitwy, poczęstunki, tradycyjne tańce… aż szkoda było kontynuować wędrówkę, ale celebracje miały trwać do późnego wieczora.

A jak wygląda trekking w okolicach Everestu? Trasa jest przepiękna – już niemal na samym początku stwierdziłam, że jest to najpiękniejsze miejsce, w jakim w życiu byłam. W licznych wioskach po drodze można się zatrzymać na posiłek i nocleg – jeść należy wegetariańsko, bo na terenie całego parku jest zakaz zabijania zwierząt i mięso jest transportowane na plecach porterów/jaków – spotkaliśmy jednego takiego, zapach naprawdę odrzucał. Noclegi są natomiast w nieogrzewanych pokojach, za gniazdko elektryczne, wifi czy ciepły prysznic trzeba płacić. Prysznice zresztą są odradzane – łatwo się przeziębić, a przy tym „gorący” niejednokrotnie oznacza „dwa stopnie cieplejszy niż lodowaty”. Sprawdzają się wilgotne chusteczki ;)

Napotkani ludzie, zarówno Szerpowie, jak i turyści, są zazwyczaj przemili – nawiązaliśmy kilka znajomości, które, mam nadzieję, przetrwają próbę czasu.

Im wyżej tym oczywiście drożej, co nie przeszkadza aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać, gdyż wraz z wzrostem wysokości maleje apetyt. A tak co do wysokości… do 5 tys. m n.p.m. nie miałam ŻADNYCH objawów choroby wysokościowej. Jednak gdy szliśmy do Gorak Shep (5150 m n.p.m.), ostatniej wioski przed base campem, dopadło i mnie. Fizycznie czułam, że oddychając nie dostaję wystarczająco dużo tlenu, potrzebowałam postojów co kilka minut, a gdy w końcu dotarłam do schroniska padłam na łóżko… Chris poszedł na Kala Pathar (5545 m n.p.m) i nie było go jakieś trzy godziny, dla mnie minęło może 15 minut. Kolejnego dnia przed świtem ruszyliśmy podbić base camp – ciężko, brak tlenu, zimno, zmęczona ponadtygodniową wędrówką, Chris tylko mnie motywował, że dotarłam tak daleko, to dam radę dojść do końca… nie dałam. Poddałam się mniej więcej w połowie i tylko byłam wkurzona, że doszłam tak daleko – dłuższa droga powrotna. Czułam się tak źle, że obiecałam sobie zatrzymać się dopiero, jak pojawi się słońce, na szczęście nie czekałam na nie długo i do schroniska dotarłam cala i niemal zdrowa (już wcześniej nabawiłam się kaszlu).

Drogę powrotną do Namche Bazaar (największej i najbardziej turystycznej wioski po drodze) mieliśmy robić 3-4 dni, ale mieliśmy już tak dość wysokości, chodzenia i gór w ogóle, że zrobiliśmy tę trasę w 2. Dzięki temu mieliśmy dzień na relaks i powrót do Lukli rozłożyliśmy na dłużej – przyjemnie i bezstresowo.

Co śmieszne, po tym doświadczeniu nie dość, że mam dość gór (następnym razem poproszę plażę i drinki z parasolką), to jeszcze tęsknię za Chinami – a konkretniej naszym cieplutkim mieszkaniem z ciepłą, bieżącą wodą i elektrycznością. Nie zrozumcie mnie źle – marzyłam od tej podróży od naprawdę dawno, była to jedna z najbardziej udanych wypraw w moim życiu i jestem szczęśliwa, że pojechałam i dałam rade (zwłaszcza, że to moja pierwsza wędrówka z wielkim plecakiem!)… ale jestem też bardzo szczęśliwa, że już się skończyła :)

Bez myśli przewodniej

Dziś tak bardzo ogólnie, bo coś tam się dzieje, więc wypadałoby opisać, a z drugiej strony nie dzieje się nic wyjątkowego, więc ciężko mi ustalić jeden temat.

Było Halloween i impreza z okazji, ale to wygląda tak jak i w Polsce – ot, kolejne wyjście do klubu, tylko większość ludzi się przebiera. Niektórzy w fantastyczne, chińskie szaty cesarskie (przez które nie mieścili się potem w drzwiach), popularne też było medyczne ubranie ochronne (moim ulubionym było to z napisem „Ebola Gay” – dlaczego jest to śmieszne można sprawdzić tutaj). Ja postawiłam na gotycką wróżkę – leniwie, po prostu założyłam jedną z dziwnych kiecek ;)

Z większych nowości: w przyszłym tygodniu jadę do Nepalu na trzy miesiące. Pierwsze dwa tygodnie to Everest (spokojnie, nie porywam się na szczyt – idziemy tylko do base campu), później jadę do Gadhimai w południowym Nepalu. Będzie tam kręcony film dokumentalny o uboju rytualnym i jestem w ekipie – zapraszam na stronę – wersja polska już wkrótce :) Zabawa pewnie będzie przednia… przynajmniej na Evereście, jeśli chodzi o dokument to mam wrażenie, że mój żołądek może nie wytrzymać. Tak czy inaczej – NEPAL! Od dłuższego czasu moje marzenie się spełnia.

Przez wyjazd zaniedbam też trochę bloga, choć postaram się coś wrzucić w międzyczasie. Ale nie spodziewam się wifi na himalajskiej trasie (choć kto wie!)

Tak więc żyję, mam się dobrze, z okazji przygotowań na Nepal (i upodobań chłopaka) zostałam chwilowo wegetarianką i może pomysł na wpis o chińskim alkoholu był lepszy, bo chociaż wiedziałabym, jak go zakończyć…