Noworoczny zawrót głowy

W weekend byłam w Guangzhou, także mam co opowiadać, pech chciał, że po kłopotliwym powrocie do domu… Nie mam internetu. Notka nawet powstała, ale musi poczekać na lepsze czasy, tymczasem co najważniejsze wystukać na telefonie.
Wszystkiego, co najlepsze, zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, wytrwałości w dążeniu do celów, przygód, odwagi i samych sukcesów w nadchodzącym Nowym Roku życzę:
- Jackowi, Gosi, babci Teresce, dziadkowi Wiesiowi, cioci Ani, Tomkowi, Łukaszowi, Kasi oraz całej rodzinie;
- wszystkim moim bliższym i dalszym znajomym, tu specjalne życzenia dla Łukasza i Sebastiana, dla których odległość nie była przeszkoda w kontynuowaniu znajomosci;
- wszystkim zaglądającym na bloga – stałym czytelnikom, okazjonalnym podgladaczom, komentującym i przypadkowym gościom – dziękuje i zapraszam w Nowym Roku!
祝你们新年快乐!

Nejtiw srejtiw…

Popracowałam sobie dorywczo, było miło, no ale koniec końców szukam nowej, stałej pracy. I znowu widać, jak Chińczycy angielskiego nie znają – otóż ich niewiedza w tej dziedzinie jest tak ogromna, iż nawet nie wyobrażają sobie, by ktokolwiek z kraju innego niż anglojęzyczny mógł ten język opanować. Z tego powodu też w 90% ogłoszeń czytamy, iż poszukiwania tyczą tylko nativów. Jakież to zalety mają niby ci nativi?

Bo oni lepiej znają język. G… guzik prawda. Amerykanie jak nikt kaleczą angielski. Poczytajcie sobie Facebooka przypadkowych amerykanów – pisownia kompletnie leży, gramatyka często jest takiej jakości, iż ciężko zrozumieć, o co chodzi, a słownictwo jest na poziomie liceum. Naszego. W podstawie programowej.

Bo native lepiej nauczy. A to już największa bzdura – ludzie, którzy nie urodzili się w danym języku, tylko się go uczyli, wiedzą JAK się go uczyć. Wiedzą, co sprawia problemy, trudności, często mają też swoje sztuczki jak zapamiętywać zasady gramatyczne czy jak odróżniać podobne do siebie słowa. Nativi nigdy nie musieli na to zwracać uwagi.

Akcent. Ok, też jestem wielką fanką brytyjskiego akcentu, dlatego lubię oglądać choćby Monty Pythona. Smutna wiadomość dla Chińczyków – nie nauczysz się akcentu! Nie przy zajęciach dwa razy w tygodniu. Da się to oczywiście zrobić, będzie to kosztowało bardzo dużo pracy… i właściwie po co? By, wyglądając jak Chińczyk udawać Amerykanina? Skup się na nauce słówek i gramatyki, naucz się poprawnej wymowy i nie zawracaj sobie głowy mało istotnymi szczegółami. Akcentu łatwiej się nauczyć mając lekcje częściej i w młodszym wieku – co śmieszne, w przedszkolach mniej się upierają przy zatrudnianiu nativów – na to nacisk jest tym większy, im wyższy poziom nauczania. Czyli dokładnie odwrotnie, niż to ma sens.

Och, zaraz, a kto to w ogóle jest native? Właśnie, kolejny problem – co tutaj jest znowu szeroko nierozumiane – według Chińczyków native to ktoś, kto ma paszport USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii lub Nowej Zelandii. Czasami wystarczy paszport kraju anglojęzycznego. Faktyczna definicja (native – ktoś, dla kogo dany język jest pierwszym językiem) jakoś im umyka.

Efekt dla mnie? Poza toną frustracji wpisanie w CV dwóch języków jako natywnych. Plus historia, jak to mój ojciec wychował się w Stanach, więc jego pierwszym językiem jest angielski, i w tymże języku ze mną rozmawiał zawsze. Sprawdzą? Przetestują? A niech testują, jakoś ich testy mnie nie przerażają :)

Po Gadhimai… Nareszcie w domu!

Jak się okazuje, ponad trzy tygodnie w Nepalu mogą człowieka zmęczyć! Może to dlatego, że zaczęłam dwutygodniową wędrówką po Himalajach, by potem w spartańskich warunkach kręcić dokument o rytualnej, krwawej ofierze ku czci bogini Gadhimai. Chwila o festiwalu – trochę jak Woodstock. Wszędzie kurz, stoiska z jedzeniem, błyskotkami, wesołe miasteczko, a pośrodku tego wszystkiego ogrodzony teren, gdzie miały być zarzynane bawoły. Obok tego terenu podwyższenie, gdzie matki dawały kapłanowi dzieci, by ten z nimi tańczył i śpiewał. Groteskowo.

Okropny tłum – 2-3 miliony ludzi wedle moich danych – śpiących gdzie popadnie (brak jakiejkolwiek bazy), brud i smród (mieli postawić 400 toalet. Postawili… 30).

Przy tych informacjach nasz kwaterunek w internacie wyglądał luksusowo – choć były to 3 łóżka (zbite z desek i bez materaców) na 8 osób w pokoiku może 12 metrowym, okno bez szyby, więc dzieliliśmy ów apartament z myszami polnymi i tłustym szczurem (chcę wierzyć, że tylko jednym), luksusem natomiast było to, że na podwórku mieliśmy studnię i własną toaletę. W porównaniu to odpowiednik pięciogwiazdkowego hotelu.

Sam festiwal budzi bardzo wiele zastrzeżeń. Sama jestem przeciwna jakiemukolwiek niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt, tam jednak nie jest to tak oczywiste (pomijam tu względy religijne). Przyprowadzane bawoły większość swojego życia spędzają w dobrych warunkach, na pastwiskach, ostatnie kilka dni wyglądają dla nich nieszczególnie, brak wody i często jedzenia, sama chwila śmierci jest jednak szybka, przy najbardziej ślamazarnych rzeźnikach trwała maksymalnie 20 sekund. W porównaniu z tym, co się dzieje w fabrykach mięsa (przykładowy artykuł na temat) jest to szczyt humanitaryzmu. Ciągle jestem przeciw, ale dostrzegam też pewną hipokryzję w krytyce… na pewno daje to do myślenia.

Tak na marginesie, całkiem przypadkiem zostałam wegetarianką.

Bardzo ucieszyłam się z powrotu do Katmandu i normalnego, ciepłego prysznica i jedzenia innego niż przekąski (niespodzianka, na festiwalu bałam się cokolwiek tknąć), zaczęłam też BARDZO tęsknić za Chinami. W końcu jednak przyszedł czas, dwa loty, pociąg i taksówka i jesteśmy w domu. Po raz pierwszy od dawna nie mam depresji powakacyjnej… choć, mimo trudności, Nepal pokochałam i na pewno będę chciała wrócić. Póki co jednak chcę się nacieszyć dobrodziejstwami cywilizacji i zwykłą chińską codziennością!

PS. Dziś mój blog obchodzi… urodziny! Nie do wiary, że już minął rok :)