Szanghaj, Szanghaj! …i biurokracja.

Dostałam smsa, że są problemy z moimi dokumentami – rejestracja z innego miasta niż Wuhan okazała się problemem nie do przeskoczenia. Dziewczyna ze szkoły bardzo się starała, ale się nie udało – prowadząca szkolenie poinformowała mnie, że niestety muszę jak najszybciej wsiadać w pociąg i wracać do Wuhan. Tym sposobem w ciągu trzech dni w pociągach spędziłam około 17 godzin…

Ale do rzeczy: Wuhan wieczorem, raniutko spotkałam się z dziewczyną ze szkoły, chwilę potem z szefową, która z mężem zarejestrowała mnie w swoim mieszkaniu, zabrała mnie na śniadanie, zawiozła do urzędu wizowego, po czym podwiozła na stację kolejową – „wcale nie tak daleko, a nie będziesz się stresować”. Dzień wcześniej dostałam smsa z PRZEPROSINAMI, że taki bałagan jest, i takie to dla mnie musi być męczące i stresujące… rozbroili mnie tym, to mi było głupio, że stwarzam problemy, choć wina była po stronie urzędniczki, która przyjęła dokumenty bez sprawdzenia.

Ok, a samo szanghajskie szkolenie? Program szkoły jest dobry. Widzę, że jest to przemyślane, po dzieciakach widać też, że faktycznie działa. Wady? Bardzo dużo pamięciówki, zupełnie do niczego niepotrzebnej. Cóż, jeszcze tylko kilka dni, w międzyczasie zakuć, zaliczyć, co niepotrzebne zapomnieć… spędzając przy tym czas z naprawdę rewelacyjnymi ludźmi! To chyba wymóg do tej pracy – nie spotkałam jeszcze nikogo, kto budziłby we mnie negatywne lub choćby neutralne odczucia.

Ot, weźmy taką Crystal – dziewczynę, z którą dzielę pokój hotelowy. Już pierwszego wieczoru przegadałyśmy jakąś dziką ilość czasu, z oczywistych względów większość dnia spędzamy razem, a po zajęciach i tak idziemy razem na obiad. Praktycznie, bo ma podobne do moich upodobania! Ale co jeszcze – w weekend się rozeszłyśmy, ona się spotykała ze znajomymi z liceum, ja chciałam pozwiedzać. Ni stąd, ni zowąd dostaję smsa z pytaniem o… mój ulubiony kolor. Co się okazało – zobaczyła ładne szpilki do włosów i pomyślała o mnie :)

A co do zwiedzania – dwa dni były wolne, udało mi się zobaczyć największe atrakcje Szanghaju, czyli The Bund (promenada z widokiem na najbardziej charakterystyczne budynki) i Yuyuan (przepiękny park w tradycyjnym chińskim stylu), a także wybrałam się do dzielnicy artystycznej. Nie jest tak eklektyczna jak pekińskie 798, ale ciągle warta spędzenia tam czasu – po pierwsze, graffiti!, a po drugie multum galerii, głównie malarstwa – niektóre bardzo przeciętne czy też kiczowate, niektóre powalające różnorodnością czy oryginalnością stylów.

Przed szkoleniem nie bardzo myślałam o odwiedzaniu Szanghaju, miasto jak miasto… cóż, pomyliłam się. Trzeba będzie wrócić na jakieś mini wakacje :)

W pociągu do Szanghaju

Dziś rano pojechałam przedłużyć ważność swojej wizy – bez tego nie mogłabym wziąć udziału w szkoleniu. Żadnych problemów, choć dziewczyna ze szkoły panikowała, że na pewno czegoś zapomniała. Oczywiście wszystkie dokumenty były w porządku, a pani dokumenty przyjmująca jeszcze tylko objaśniła, jak po szkoleniu załatwić wizę pracowniczą. W Pekinie bym wylądowała za kratkami.

Następny punkt programu – kontrakt. Chińskim zwyczajem zostałam poczęstowana najpierw śniadaniem (a mój wegetarianizm wszystkich zdziwił – „ale przecież to takie dobre, czemu nie jesz?”), po czym kontrakt. Dusza na ramieniu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli coś wygląda na zbyt piękne, by być prawdziwe… to tak właśnie jest. Pierwszy problem – kontrakt dwujęzyczny. Ok., pogadamy za chwilę. Drugi – nadgodziny sformułowane tak, że teoretycznie mogą mi kazać pracować od zmierzchu do świtu i nie zapłacić ani grosza powyżej pensji. Doczytuję do końca, a tam klauzula, że w przypadku, gdy wersje językowe się różnią, chińska jest obowiązująca. Dobra, dyskusja, ja już prawie pewna, że poszukiwanie pracy się nie skończyło…

Dyrektorka mówi, że w paragrafie o nadgodzinach chodzi o przesunięcie godzin pracy, nie dodatkowe godziny. Możemy to przeformułować? Pewnie! Problem wersji językowej – nie znam chińskiego, możemy napisać, że to angielska jest ważniejsza? Jasne, już drukujemy kontrakt poprawiony. Dało się? Dało.

Jakby tego jeszcze było mało, na Szanghaj dostałam kopertę z pieniędzmi i tylko kilka razy mi przypomnieli, bym zbierała rachunki. Za hotel i taksówkę do tegoż, bo biletami na pociąg oni się zajęli.

I siedzę sobie w pociągu, zaskoczona, że jednak się da normalnie, po ludzku… gdy dostaję wiadomość od opisywanego ostatnio agenta. „Ok, szkoła powiedziała, że dadzą ci kontrakt po chińsku, miesiąc okresu próbnego i przedłużą ci wizę”. Wow, udało mi się wyprosić kontrakt zgodny z prawem! Po tygodniu marudzenia i tym, co wyglądało jak odesłanie z kwitkiem… nie to, żebym nie miała żadnych wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że ludzie, z którymi można się dogadać i bliskość Chrisa wygrywają z nieco wyższą pensją w miasteczku na południu. Długoterminowo – oszczędzę na psychiatrze :)

Załamki poszukiwaczki pracy

Tak jak wspomniałam – szukałam pracy. Unikam jak ognia agencji i agentów – nie dość, że liczą sobie część miesięcznej pensji za podanie kontaktu dalej (!!!), często są też niesłowni, nie liczą się z wymogami klienta (notorycznie dostawałam oferty poniżej moich wymogów finansowych w małych miastach, w których zastrzegłam, że nie chcę pracować), często też okazują się przekrętami – oj można się naczytać o tym w Internecie! Najbardziej rozbroiła mnie agentka, która napisała z prośbą o skan paszportu (czerwona lampka – kradzież tożsamości!) – ja poprosiłam o numer jej licencji i skan dowodu – żeby mieć chińskie imię w razie nieprzyjemności. Oczywiście nie dostałam nigdy drugiego maila…

Ograniczyłam się do dwóch ofert. Jedna przez agenta – tak, ogólnie ich unikam, ale ten zapracował na swoją prowizję: wydzwaniał do mnie ciągle, rozmów kwalifikacyjnych miałam tyle, że już z pamięci rzucałam formułki, a jakikolwiek stres pozostał daleko w tyle, ponadto wszystkie oferty spełniały moje wymogi. Oferta ta była na południu Chin, fajna szkoła, wszystko super, dostaję kontrakt. 1. Wersja chińska i angielska w jednym; 2. Okres próbny 2 miesiące; 3. Nadgodziny płatne 100% stawki godzinowej. Piszę więc maila z wyjaśnieniem – nie podpiszę nic po chińsku, bo nie znam języka, okres próbny jest regulowany prawnie i przy tej długości kontraktu nie może przekroczyć miesiąca, a nadgodziny są również regulowane prawnie – i cytuje chińskie prawo pracy (przypadkiem zostałam ekspertem). Pani zaprzeczyła, jakoby tak było i wyjaśniła jak obliczają nadgodziny. Odzywam się więc do agenta, słodząc aż nadto, jak mi się podoba oferta, ale żeby mi pomógł w rozmowie ze szkołą – na to on, że to standardowy kontrakt i nie mogą go zmienić, bo uważają, że wszyscy pracownicy są sobie równi. Podziękowałam, stwierdzając, że nie mam zamiaru pracować szkoły, której polityka firmy to łamanie prawa. Ciężko z tego wysnuć jakiś wniosek – znaj prawo, a będziesz… wiedzieć jak bardzo cię rżną. Bo nie unikniesz…

Druga oferta – szkoła językowa dla dzieci w Wuhan. Pensja nie powalająca, ale przyzwoita, w normie. Spodobałam się, mówimy o warunkach, znowu słyszę trzy miesiące okresu próbnego… już się załamuję, ale znowu, cytuję to prawo, że nie może być powyżej miesiąca. Dyrektorka na to, że nie wiedziała i sprawdzi – przy następnej rozmowie już mówiła o miesiącu. Dodatkowo wszyscy super sympatyczni, pogadałam też z dziewczyną tam pracującą, która stwierdziła, że jest miło, praca jest łatwa, jedyne, co jest ciężkie, to szkolenie w Szanghaju… na które jadę w poniedziałek wieczorem :) tym sposobem pozostaję w Wuhan, w pracy, gdzie jest świetna atmosfera i ludzie nie łamią prawa – a przynajmniej nie świadomie.

Śmieszna za to była rozmowa kwalifikacyjna – znowu, miałam ich ostatnio tyle, że zupełnie mnie nie wzruszają, a wręcz pozwalam sobie na żarty. I tak jak mnie spytano kogo najbardziej lubię uczyć – „dzieci, 3-6 lat, bo są przesłodkie”. A moja największa słabość? „Mam problemy ze wstawaniem rano” – ach, wspomniałam, że godziny pracy to popołudnia?

Noworocznie – zaległościowo

Brak Internetu może popsuć wszystkie plany! Nadrobię więc trochę zaległości.

Święta Bożego Narodzenia: obchodzi się w szkołach jako temat lekcji angielskiego, ale to tyle. Prezenty się wręcza, ale drobne – zwyczajowym prezentem dla znajomego jest jabłko bądź jakieś słodycze. Sympatyczny zwyczaj! I chociaż tak się mówi o komercjalizacji tego święta, w małym mieście tego tak nie było widać.

Sylwester: zeszłorocznego spędziłam w piżamie na Skypie, więc w tym roku ładny obiad we dwójkę był wielkim postępem! Co ciekawe… fajerwerki były tylko w dzień i rano, o północy cisza jak makiem zasiał. W większych miastach to oczywiście wygląda nieco inaczej, ale w tej wiosce bardzo nieeuropejsko.

Guangzhou: ogólnie pojechałam tam na spotkanie/konferencję filozoficzno-polityczną. Nie było to jakieś wielkie wydarzenie, przez co wyszło bardzo sympatyczne, a przy tym było w fajnym miejscu (znowu nieco oddalonym od samego Guangzhou). Ale i wielkie miasto odwiedziłam – skorzystałam z okazji, by spotkać się z jedną znajomą, i częściowo dzięki niej zakochałam się w tym miejscu. Nie to, żebym miała tam dużo czasu na zwiedzenie czegokolwiek, ale jedzenie było pyszne, pogoda piękna, ludzie sympatyczni. Czego chcieć więcej?

Szukanie pracy: to jest temat rzeka! Ofert jest milion i olbrzymia część odpowiada na zgłoszenia. Potem zaczynają się schody – wymaganie rzeczy, które nie są wymagane, nielegalne paragrafy w kontraktach (najczęstszym przekrętem jest okres próbny – legalnie może być miesiąc na każdy rok kontraktu, notorycznie w kontrakty wpisują trzy), absurdalne kary za zerwanie kontraktu (do dziesięciokrotności! miesięcznej pensji). W tej chwili mam kilka opcji, głownie przedszkola w Wuhan, ale tak naprawdę najbardziej podoba mi się oferta… w Zhongshan. Mieście na południe od Guangzhou, rejs promem od Hong Kongu i rzut beretem od Makau. Tak, wspomniałam, że południe mi się spodobało :)