POLSKA

Dobra, przyznaję, takiej przerwy w pisaniu jeszcze nie miałam, ale mam naprawdę dobry powód – wyjechałam, i to nie byle gdzie, ale do ojczyzny! A że nie było mnie ponad rok (a tak konkretniej 13.5 miesiąca), to cały czas się spotykam, rodzina, znajomi, lekarz, ambasada… i efekt jest taki, że nie mam czasu na nic. Mama dała mi stertę książek, które się ostatnio ukazały i które absolutnie MUSZĘ przeczytać… koło 60 stron się udało. Na tyle było czasu ;)

A co mnie skłoniło do napisania? Ambasada oczywiście.

Z pracy w międzyczasie się odzywali że po pierwsze, muszę im wysłać inny dyplom, bo ten co im wysłałam to jest licencjat, a ma być B.A., potem że chcą, żebym wróciła pod koniec lutego, chociaż potwierdzili, że powrót 4. Marca jest ok. Po czym największa rewelacja – dopytuję o moje dokumenty, słyszę, że mają być 26. Były nawet dzień wcześniej, tyle tylko, że tryb przyspieszony w Polsce to dwa dni robocze, a ambasada jest czynna w poniedziałki, środy i czwartki. Czyli w trybie przyspieszonym mogłam mieć wizę w środę… a mój lot we wtorek. Ja wszystko załatwiłam – złożyłam papiery, przełożyłam lot, poinformowałam ich o zaistniałej sytuacji. A oni mi tłumaczą, że powinnam poprosić o tryb przyspieszony. To ja tłumaczę, że pytałam, nie dało rady przed lotem. Tłumaczę i tłumaczę, bo nie dociera. W końcu dziewczyna proponuje, bym w takim razie w poniedziałek poszła jeszcze raz i zapłaciła więcej, by było szybciej… ciężko było mi się opanować, napisałam tylko, że co da moje pójście w poniedziałek, jak wizy wtedy jeszcze nie będzie? Inne rozbrajające pytanie – „ale to wina ambasady czy trybu przyspieszonego?” – jakby to ująć – wina zbyt późno wysłanych dokumentów?

No cóż, dziś wygląda na to, że na bloga wylewam swoją frustrację. Ale tak poza tym to pobyt tutaj był do tej pory świetny i tak naprawdę cieszę się, że się wydłuża, bo nie pospotykałam się ze wszystkimi, z którymi chciałam.

Planowany powrót do Chin – jedenasty marca :)

Wiza, zamieszania, biurokracja

Szkolenie w Szanghaju ukończyłam, w dodatku z sukcesem (niektórzy mieli problemy i szkolenie im się przeciągnęło), dostałam ładny certyfikat, więc wracam do Wuhan. W domu byłam po 12, małe świętowanie z Chrisem, wszystko fantastycznie, po czym w niedzielę dostaję smsa czemu mnie nie było w pracy. Szczęka mi opadła – 1. Nikt mi nie powiedział, że mnie oczekują, 2. Wróciłam po nocy ze szkolenia, bilet kupowali oni i oczekiwali, że z samego rana polecę do pracy? 3. Brak wizy! Od początku przecież mówiłam, że jestem zainteresowana tylko i wyłącznie legalną pracą na wizie pracowniczej… skończyło się na umówieniu na rozmowę z nimi w środę. Ok, spodziewane i normalne.

Spotkałam się z szefową, ona jak zawsze przesympatyczna, ale powiedziała, że jej przełożony powiedział, że jak to ja nie pracuję, podczas okresu próbnego nie trzeba mieć wizy. Ręce mi opadły i tłumaczę jej, że to nieprawda, przytoczyłam w dodatku przykład mojej poprzedniej szkoły (trochę tylko naciągając fakty, jakoby właśnie brak wizy podczas okresu próbnego był tam problemem), ona przejęta, w końcu stwierdziła, że po prostu powie przełożonemu, żeby do mnie zadzwonił.

Przełożony zadzwonił i zaczął mówić, jak to moje źródła z Internetu są niewiarygodne (mhm, co z tego, że niewiele brakuje, bym się powoływała na numery paragrafów), i że jak niby mają załatwiać wizę dla kogoś, kto nie wiadomo jak się sprawdzi? Postawiłam na swoim i powiedziałam, że absolutnie w taki sposób pracować nie będę, bo to nielegalne i nie ma opcji, bym w tej kwestii poszła na ustępstwa. Co usłyszałam? Że on to już by mnie wylał z pracy (i stracił pieniądze na szkolenie? Bo bez wizy kontrakt nie obowiązuje, więc strata byłaby jego – zatrzymałam tę myśl dla siebie), ale to nie jego centrum i pozwoli mojej szefowej podjąć ostateczną decyzję. Super. Gdyby to on był moim szefem to nie musiał by mnie wylewać, sama bym zrezygnowała – i tak się wahałam, czy tego nie zrobić, ale moja szefowa i w ogóle wszyscy w tej szkole są przesympatyczni i wyrozumiali, więc zostaję. Już najbardziej mnie rozbroił jego tekst – „czy nasza szkoła nie wygląda profesjonalnie?” – poprzednia też wyglądała. Co to w ogóle jest za argument?

Teraz tylko załatwianie dokumentów, co chwila dosyłanie czegoś więcej i badanie lekarskie – teoretycznie ogólny przegląd, przegonili mnie jak najszybciej po 10 pokojach, o wynikach chyba nic nie powiedzieli (albo i mówili, ale poszłam tam z anginą i nie do końca kojarzyłam, co się działo), najważniejszym punktem oczywiście było pobranie krwi – podobno jedyna rzecz, która naprawdę ma znaczenie, choroby weneryczne (a przynajmniej AIDS czy syfilis) kompletnie dyskwalifikują.  I… to by było tyle! Czekam teraz tylko na papierkologię i lecę do Polski :)

PS. Niektórzy może zauważyli, że po prawej stronie pojawiła się informacja o konkursie na Blog Roku. Tak, biorę udział i jeśli komuś podoba się blog, to bardzo zachęcam do głosowania – niestety jest smsowe , stety – dochód jest przeznaczony na Fundację Dzieci Niczyje. Także chyba warto przeznaczyć te parę groszy :)