10 sygnałów, że jesteś w Chinach zbyt długo

Nie jest tajemnicą, że jestem tu za długo… Tak naprawdę to wyniosłabym się do Australii. A tymczasem… Jak rozpoznać, że to już zbyt wiele czasu w Chinach?
1. Nie jesz ryżu… Jednym z głównych składników twojej diety jest za to mifan.
2. Buntujesz sie przeciw wydawaniu 30 juanów (+-20zl) za parasolkę. Możesz dać 10… 15 jak jest wyjątkowo ładna.
3. Przepychasz sie i potrącasz wszystkich dookoła, którzy blokują drogę/idą za wolno. Stajesz sie w tym lepszy niz Chińczycy.
4. Pałeczki sa wygodniejsze od wszystkiego innego. Zaczynasz jeść chipsy pałeczkami.
5. Czekolada jest dobra, ale tak naprawdę masz ochote na wodorosty.
6. Posiłek za ponad 20 juanow uważasz za ekskluzywny.
7. Najcześciej używane przez ciebie słowa w Twoim ojczystym języku to te same, których nie mowi sie przy dzieciach. Przeklinasz we wszystkich językach, które choć troche znasz.
8. Nie tylko wiesz, że Chińczycy sie miedzy sobą różnią – rozpoznajesz całkiem sporą ilośc aktorów i aktorek.
9. Nucisz xiao pingguo częściej, niż jesteś gotów/gotowa się przyznać.
10. „Bye bye” mówisz z chińskim akcentem – „baibai”

Powiało optymizmem… A nie, to grillowane grzyby

Wuhan mi się nie podoba. Nudne, szare, bardzo chińskie miasto. Stosunkowo mało obcokrajowców, brak turystów – ci, którzy tu są albo pracują, albo studiują. Jeden plus – blisko mam fajny, punkowy bar. Nazywa sie Wuhan Prison… Tak, w tym mieście słowa „I’m going to prison” czy „I was in prison” na nikim nie robią wrażenia.

Nowa praca… Też mi sie nie podoba. Długie godziny, mało pracy samej w sobie, zero szacunku dla mojego czasu. Ale zaczynam sie przyzwyczajać… No i dzieciaki sa cudne. Zwłaszcza we wtorki – grupa trzy- i czterolatków. W tym Thomas – malutki, pulchniutki, z pełnymi policzkami, malutkimi ustkami i slodkimi oczkami, z niewinnym/zaspanym spojrzeniem. Mam ochotę go ukraść ;)

Co wiecej… Może wypadałoby się wytłumaczyć z mojego przydługiego milczenia? Szczerze – przybita byłam. Miastem, pracą, chińskością (ich stawanie na środku wszędzie, również w godzinach szczytu chyba nigdy nie przestanie mnie doprowadzać do szału). Ale pojawiły się ananasy na patyku na ulicach (i zaczęły stanowić znaczny procent mojej diety). Zrobiło sie słonecznie i ciepło (już było 28stopni, wyciągnęłam sandałki), po czym zaczęło padać tak, że do kozaków nalało mi sie wierzchem…

I mimo niewielkiej ilości obcokrajowców poznałam parę nowych osób, wręcz czasu mi nie starcza, by spotykać sie z nimi na tyle często, na ile byśmy chcieli. Z niektórymi – zwłaszcza w akademiku – to się uważamy bardziej za rodzinę niż znajomych.
Ma się na lepsze :)  a, głupi tytuł – grille na ulicy. Tańsze niż w Pekinie, oferuja zazwyczaj szeroki wybór mięs. Dla mnie pozostają grzyby – nie narzekam, sa pyszne i bajecznie tanie!