Cztery dni w Pekinie

Pojechałam w sobotę rano szybkim pociągiem do Pekinu. Obywatelski obowiązek ważna rzecz, i chociaż żaden z kandydatów mi nie pasuje w 100% (jeśli pasuje w 50 to i tak dobry wynik), to wolałam wybrać mniejsze zło. Poza tym – Pekin! W końcu miałam wymówkę, by wybrać się do miasta, które pamiętam już tylko pozytywnie. I to nie tylko przez kontrast z przenudnym Wuhan…

Zdjęć Pekinu zrobiłam w sumie pięć. Miejsc turystycznych, zabytków, świątyń, pałaców czy też miejsc z listy światowego dziedzictwa UNESCO zobaczyłam prawie zero. I były to najlepsze cztery dni od bardzo, bardzo, BARDZO dawna.

A co robiłam? Spotkałam się z ludźmi, których od tak strasznie dawna nie widziałam, imprezowałam do białego rana (całkiem dosłownie), przez kumpla (poznanego w Pekinie rok temu Polaka) wkręciłam się w najcudowniejszą grupę ludzi, którzy już teraz zaraz mnie chcą ściągać do Pekinu, a potem do Ameryki Południowej (plan przyszłoroczny).

Z planów, jakie miałam na tę wycieczkę, nie wyszło praktycznie nic (no ok, zagłosowałam). Wyszło o tyle lepiej! Podsumowanie 4 dni: 12 godzin snu, 4 posiłki, tona nowych znajomych i więcej wrażeń, niż po miesiącu w Wuhan…

Plan na teraz: znaleźć pracę TAM. Przeprowadzić się z powrotem do Pekinu. Wuhan to zdecydowanie nie była szczęśliwa decyzja i jak najszybciej to trzeba odkręcić!

Zmiany…

Dostałam w końcu z powrotem swój paszport z dziesiątą chińską naklejką  - tym razem w końcu jest to upragnione „permanent residence”. Oficjalnie i legalnie!

Jeśli chodzi o pracę to zaczynam mieć syndrom sztokholmski. Samo uczenie lubię, więc nie jest problemem, a wolne chwile (większość…) spędzam na czytaniu. Może powinnam podziękować? W końcu wciągnęłam się w „Pieśń Lodu i Ognia” (dla telemaniaków: chodzi o książkową wersję „Gry o Tron”).

Z większych niusów – rozstałam się z Chrisem, więc nagle pojawił się problem gdzie mieszkać (z bardzo zawiłych i niepoprawnych chińsko-politycznie powodów przeprowadził się z powrotem z tego małego miasta do Wuhan). Czyli nagle trzeba było uruchomić całą maszynerię szukania mieszkania/pokoju – o tyle to skomplikowane, że o ile jako tako coś tam powiedzieć umiem, to z czytania chińskiego nici – agencje, strony internetowe więc odpadają.  Na szczęście jest Wechat, znajomi znajomych i ludzie poznani gdzieś tam pół roku temu na imprezie, wszyscy bardzo pomocni. W efekcie wczoraj oglądałam dwa miejsca, oba bardzo fajne, koniec końców zdecydowałam się na to z windą, tanim basenem, bliżej pracy (dojazd 15-20 minut zamiast 1.5 godziny!), z współlokatorem (zawsze milej się do kogoś odezwać) i psem :) Jeszcze nie wiem kiedy się będę przeprowadzać – weekend spędzam w Pekinie (wybory), ale już niedługo będę na całkiem swoim!