Samo szczęście!

Wspomnianą ostatnio pracę dostałam, ale… warunki okazały się tragiczne (miało być fajne, bo polecone), w dodatku śmiesznie niską pensję uzasadnili tym, że chcą nauczyciela faceta – ostatnio jak sprawdzałam to zazwyczaj jest odwrotnie… a już najbardziej mnie rozbroili jak powiedzieli, że wizy pracowniczej nie zapewnią. Jeszcze do tego odezwali się w niedzielę o 11 w nocy – co dla mnie jest odpowiednikiem piątkowego wieczoru. Mimo paru łyków wina odezwałam się jednak do drugiej potencjalnej pracy, że jestem zainteresowana, chcę i wszystko – poszli na kompromisy, dopisali co chciałam do kontraktu, w dodatku wydają się przesympatyczni. Zaczynam pracę 27 sierpnia, co najpierw mnie trochę zasmuciło – bo chciałam jechać jak najszybciej – ale po namyśle stwierdziłam, że to może nie tak źle, pojadę w międzyczasie jeszcze do Pekinu odwiedzić znajomych i przewieźć połowę bagaży.

Sprawa pekińskiego mieszkania – jedna koleżanka już zaoferowała, by szukać mieszkania razem, co byłoby super, bo się dogadujemy, rzecz w tym, że mieszka kilka stacji metra od mojej pracy (bez tragedii, ale lepiej bliżej), inna wspomniała coś o odnajmowaniu swojego pokoju, tym razem w odpowiedniej okolicy, ale nie do końca pewne. Tymczasem…

Wczoraj wybrałam się na imprezę pożegnalną mojego najlepszego w Wuhan kumpla, który jutro przeprowadza się do… Pekinu, a jego praca jest również w Wudaokou. I rzucił w pewnym momencie, że może tak byśmy razem coś znaleźli. Nie ukrywałam zaskoczenia, nie tyle samą propozycją, ile faktem, że nawet mi to nie przeszło przez myśl – a to takie oczywiste, przyjaźnimy się od dłuższego już czasu, dogadujemy się i będziemy pracować niemal w tym samym miejscu!

Jedyne, co mi teraz zostało to… poinformować obecną pracę o moim odejściu. Może nie być łatwo ani miło, ale z drugiej strony będę ich informować na prawie 2 miesiące przed (obowiązek jest 30 dni), co powinno trochę sprawę załagodzić.

W Wuhan jest gorąco

Tytuł nie brzmi jak jakiś specjalny nius, prawda? A jednak każdy, kto tak myśli po prostu nie był w Wuhan. Więc jak bardzo jest gorąco?

Jest tak gorąco, że klimatyzacja chodzi non stop na 16 stopni, by utrzymać w pokoju temperaturę… 28.

Jest tak gorąco, że wdepnięcie w brudną wodę z polewarki ulic jest przyjemnością.

Jest tak gorąco, że rezygnuję z tak wielu ubrań, jak się da, rozpatruję chodzenie do pracy nago.

Jest tak gorąco, że chociaż jestem od wielu lat zadeklarowaną ateistką modlę się o choćby mżawkę, a w wolnych chwilach szukam wszelkich informacji o mniej i bardziej starożytnych rytuałach wywołujących deszcz.

A konkretniej? 30-34 stopnie w cieniu, wilgotność powietrza 86%. A jest dopiero czerwiec, w lipcu i sierpniu podobno jest jeszcze gorzej…

Bardzo szczęśliwa odebrałam dziś telefon z potencjalnej pracy w Pekinie (tam chociaż jest sucho – poza innymi zaletami!). Przesympatyczna pani miała do mnie stosunkowo niewiele pytań, co można interpretować jako brak zainteresowania, ja jednak uważam, że to dlatego, że mnie będą chcieli i lada chwila się odezwą, żebym wymawiała umowę w obecnej pracy. I tym optymistycznym akcentem ładnie wszystkich proszę o trzymanie za mnie kciuków :)

Chiński pacjent

Spędziłam ostatnio trochę czasu w chińskim szpitalu – już uspokajam, nic mi nie jest, byłam odwiedzić koleżankę. Koleżanka, Rosa, nabyła sobie lampę do opalania znanej zachodniej firmy. Efekt? 25% ciała w poparzeniach 2. stopnia. Ból nieziemski, wybrała się więc do szpitala, do którego było jej najbliżej. Lekarz spojrzał na nią (bo badaniem tego nazwać nie można) po czym powiedział, że ma… pić dużo gorącej wody. Tak, z tą radą odesłał ją do domu. W domu jednak nie wytrzymała zbyt długo i koniec końców wylądowała na oddziale dla poparzonych w nieco lepszym szpitalu.

Co to znaczy nieco lepszy szpital? Za samo wejście 2000 yuanów. Kolejny 1000 za każdy dzień (ubezpieczenie potem podobno zwraca, jak się ma, ale na dzień dobry trzeba swoje wyłożyć). Wtedy jest się w „luksusie”, w pokoju, a nie w korytarzu. A że pokój siedmioosobowy to inna bajka.

Marudził ktoś kiedyś na szpitalne jedzenie? W Chinach nie marudzą, bo nie ma żadnego jedzenia, rodzina przynosi. Nie ma też ręcznika czy papieru toaletowego, a gdy Rosa szła na papierosa zalecili jej wzięcie ze sobą wszystkich rzeczy, bo kradną.

O chińskim poszanowaniu prywatności kiedyś tam już wspominałam… i tak tutaj, gdy zmieniają jej opatrunek – nago, wiadomo, przy tak rozległym poparzeniu – wszystkie inne pacjentki z pokoju się gapią. Zmiana opatrunku nastąpiła też w trakcie moich odwiedzin – stanęłam z ręcznikiem, żeby zasłonić drzwi, gdy pewna pani je otworzyła i wezwała… mnie. Nie mam pojęcia o co jej i jej asystentowi chodziło, bo po angielsku powiedzieli tylko „what are you doing here?”, a po chińsku całą masę medyczno-szpitalnych rzeczy, z którym rozumiałam tylko zaimki. Olałam, wróciłam do pokoju, ale nie zauważyłam, że ów asystent cały czas szedł za mną… i tak, wparował bezczelnie do tego pokoju. Rosa się wkurzyła i trudno się jej dziwić, jakby mało jej było wgapiających się w nią pacjentek…

Inna rzecz – goście. Wiadomo, że jest ich dużo, zwłaszcza, że szpital nie zapewnia jedzenia, problemem natomiast jest to, jak Chińczycy rozmawiają. Rozmawiają GŁOŚNO. I normą jest, że goście przychodzą o 6 i zaczynają drzeć mordy – przepraszam, ale innych słów nie ma! W nieco bardziej normalnych godzinach siedzę z Rosą, rozmawiamy, jesteśmy około metr od siebie, nie słyszymy się. Poziom absurdu mnie przerósł, więc… zrobiłam dokładnie to co oni i zaczęłam rozmawiać tak samo głośno (wcale nie jest to proste, nie tak łatwo jednocześnie pilnować się, by krzyczeć i mówić z sensem ;) ). Zaskoczyłam wszystkich, ale ucichli! I okazało się, że da się inaczej.

Ale to co mnie tam przeraża najbardziej to korytarze. Ci, których nie stać na pokój wybierają łóżko na korytarzu – tych ludzi jest masa. A oddział poparzonych to nie jest najprzyjemniejsze miejsce. Dla odwiedzających. Nie chcę nawet próbować wyobrażać sobie co czują ludzie, którzy są tam jako pacjenci.

Wniosek? Nie chorować. Za nic w świecie nie zachorować i nie wylądować w szpitalu w Chinach…