Mówię po chińsku?

Do Chin wyjechałam, aby nauczyć się chińskiego. Po drodze straciłam motywację, zwłaszcza w Wuhan, i przestałam się uczyć. Przez samo obcowanie z językiem rozumienie mi bardzo wzrastało, jednak gdy ktoś pytał o mój chiński cały czas odpowiadałam, że znam tylko i wyłącznie podstawy… Liczyłam, że motywacja mi kiedyś wróci, ale za bardzo w to nie wierzyłam. Aż tu nagle…

Wczoraj przeprowadziłam się z powrotem do Pekinu. Pociąg całonocny, na miejscu był koło 10 rano. Zanim jednak dojechał zaczepił mnie sympatyczny Chińczyk i zaczął rozmawiać. Po chińsku. I tak, ku mojemu zdziwieniu, gadaliśmy koło 15 minut.

Wieczorem z ekipą, z którą tutaj pomieszkuję i się zadaję pojechaliśmy do wyjeżdżającej z Chin koleżanki, dojazd okazał się problemem, najpierw taksówkarz nie wiedział, gdzie jechać (ani nie wiedział, gdzie jest pobliska stacja metra), następnie zgubiliśmy się na osiedlu. Moja chińszczyzna okazała się więcej niż wystarczająca, by sobie ze wszystkim poradzić… i nagle stałam się „tą, co zna chiński”.

Śmieszne w tym jest to, że wygląda to jakbym się nauczyła tego języka śpiąc w pociągu z Wuhan do Pekinu. Motywacja oczywiście wróciła :)

Co do samej przeprowadzki – na stacji w Wuhan spotkałam przesympatycznego Chińczyka, który studiował w Australii, więc mówił świetnie po angielsku (jeszcze Wuhan, tam jeszcze nie mówiłam po chińsku), bezinteresownie pomógł mi z bagażami, w Pekinie pomógł mi najpierw mój sąsiad, po czym odnalazł się mój nowy znajomy. Potem ze stacji odebrał mnie kumpel i pojechaliśmy do mieszkania znajomych, gdzie się zatrzymuję dopóki nie znajdę swojego mieszkania. A nową pracę zaczynam w sobotę.

Jest perfekcyjnie :)

Pada deszcz…

(na dzien dobry – przepraszam za brak polskich znakow. sypnal mi sie twardy dysk i moj komputer jest w naprawie)

Znowu pogodowo i brzmi jakbym nie miala o czym pisac… a jednak. Wczoraj zaczelo padac i cos nie przestawalo. Bystrze pomyslalam, ze zaloze wysokie buty, to sucha stopa dojde do pracy – akiez bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze ulice zmienily sie w rzeki, a woda wlewala sie do autobusu szpara pod drzwiami. Gdy po sporym opoznieniu kierowca w koncu otworzyl drzwi na moim przystanku… wysiadlam w te wode po kolana, do botkow nalalo mi sie wierzchem, i ruszylam do pracy…

W pracy najpierw poszlam umyc nogi i buty, niedlugo potem przerwa obiadowa, po ktorej poinformowano mnie, ze w zwiazku z opadami odwolali zajecia i moge isc do domu (swieto lasu – zwykle nawet jak nie ma zajec kaza mi tam siedziec). Autobus zlapalam dosc szybko, jednak zamiast typowo 10-15 minut jechal… 2 godziny. Jakbym znala droge to szybciej by bylo na piechote.

A to tak zeby nie bylo, ze przesadzam:

11796182_10206176816932633_5010088290340412101_n 11755288_10206176816692627_7160089121689083823_n 11753286_10206176816532623_8580178997815031964_n 11752513_10206176818972684_7209708493967239945_n 11751887_10206176818252666_4218239917469880063_n (1) 11745488_10206176817812655_9003948071286628136_n 11703072_10206176818452671_1882773117610340576_n 11693953_10206176819092687_1377361379098024797_n 11214144_10206176818692677_6061347349299148873_n 11032541_10206176816372619_427619417829035185_n

W przyszlym tygodniu, mam nadzieje kolo wtorku, wynosze sie stad do Pekinu. Jupiii!!!!! :)

Frustracja czy krytyka?

Pod ostatnim wpisem otrzymałam komentarz, że jestem jedną z wielu frustratów w Chinach, i zaczęłam myśleć nad tematem. A że tych przemyśleń trochę się zebrało, to i spisałam.

Gdy ktoś mnie pytał o Chiny na początku mojego pobytu, odpowiadałam, że jestem zachwycona. Gdy ktoś mnie o nie pytał około marca-kwietnia tego roku, odpowiadałam, że nie lubię. Teraz odpowiadam, że jak każde miejsce, Chiny mają swoje wady i zalety.

Nie pretenduję do miana wszystkowiedzącej. Obserwuję i piszę co widzę i jak się z tym czuję. Hej, jak zaczęłam tego bloga to miały być to głównie informacje dla znajomych i rodziny, bym nie musiała 15 razy dziennie odpisywać na „co tam u Ciebie?”.

Chcę myśleć, że to, co piszę negatywnego, to krytyka, i w jakiejś części tak jest. Pewne rzeczy są okrutnie denerwujące, zwłaszcza dla człowieka z innej kultury (niespodzianka! Ania w Chinach pisząca po polsku jest z innej niż chińska kultury!), pewne rzeczy obiektywnie nie mają sensu, ale takie już tu są. Można się przyzwyczaić, ale jak do tego zgubiło się parasolkę a za oknem deszcz to nagle się robią denerwujące.

Wreszcie, czasem po prostu jestem sfrustrowana! A kto nie jest? Czasem mam zły humor, czasem wszystko mnie wkurza. Czyni to ze mnie frustratkę? A ja myślałam, że człowieka. W dodatku blog to też pewnego rodzaju pamiętnik, a że staram się pisać regularnie (wiem, wiem, z różnym skutkiem), moje emocje się odbijają na tonie wpisów. Ciężko z tym walczyć, a zresztą wcale nie chcę. Popełniam błędy (chociażby przeprowadzka do Wuhan), przytrafiają mi się sytuacje, z którymi nie wiem jak sobie poradzić (biurokracja), wreszcie miewam problemy uczuciowe (dwa rozstania, z czego ostatnie wyjątkowo paskudne). I tak, w takich momentach nic się nie chce, a kulturowo niekompatybilna babcia śmiejąca się w autobusie jest absolutnie nie do zniesienia. Potem za to wyprzytulają mnie i wycałują dzieciaki w szkole i świat znowu nabiera kolorów. Czasem szybciej, czasem wolniej.

W chwili obecnej jestem przeszczęśliwa. Mam cudowną współlokatorkę, w pracy bezproblemowo ogarniają mi wszystkie potrzebne dokumenty, a że jeszcze im znalazłam kogoś za siebie, to pewnie puszczą mnie kilka dni wcześniej niż kontraktowo muszą. W Pekinie czeka na mnie nowa praca, bardzo pozytywnie się zapowiadająca, tona znajomych, którzy się już nie mogą doczekać mojego przyjazdu, nowe przygody i wyzwania. I problemy i frustracje też, a co, pełen pakiet! :)

Chińskie angielskie imiona

Wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka chińskie imiona w olbrzymiej większości brzmią podobnie oraz są niesamowicie trudne do zapamiętania. Rozwiązaniem jest oczywiście nadanie drugiego imienia (czy też kolejnego – tka jak i u nas mają imię oficjalne i zdrobnienia, tylko w ich przypadku te dwa nie mają ze sobą zazwyczaj nic wspólnego), wybierają więc dla dziecka imię angielskie. Niestety, czasem w sposób chiński, zamiast wybrać z listy… Oto kilka przykładów chińskiej kreatywności:

Yoyo, Cici – uchodzą już za normalne imiona, niemal w każdej klasie jakąś – lub jakiegoś – mam.

Seven, Eleven, Ninety-Nine – nie wiem, co takiego jest w liczbach. Ładnie brzmią?

Nie wiem, co kierowało rodzicami, gdy córeczce nadali imię Rabbit, ale gdy spotkałam Animal przez 5 minut próbowałam jej wytłumaczyć, że to fajnie, ze lubi zwierzęta, ale ja pytam o jej imię.

Przy Cookie i Candy mam zawsze ochotę pytać jakim cudem wymarzoną karierą dla dziecka może być striptizerka (czy w jednym wypadku striptizer).

Ocean, Sky i Apple są tak sympatycznie ekologiczne, że je akceptuję bez mrugnięcia okiem, a wręcz z uśmiechem.

Wall·E mnie martwi, gdyż zapewne będzie miał problemy typograficzne.

Chocolate, Hero, Fishbowl, CLK500, McQueen, Jobless, Godspeed powodują tylko załamanie rąk. Śmiać się czy płakać?

To wszystko jednak blednie w obliczu niedawno poznanej dziewczynki, której rodzice nadali imię… Wiwi. Wymawiane jak Wee-wee – tak, dokładnie tak samo jak dziecięce, śmieszne określenie na męskie genitalia. Tym razem naprawdę wiele mnie kosztowało, by się nie roześmiać – a wręcz jestem dumna, że skończyło się tylko na głupawym uśmieszku…

Jak wymówić umowę o pracę?

Oczywiście, można po prostu powiedzieć „rezygnuję”, „nie lubię Wuhan, więc chcę stąd uciec”, czy też „w sumie to mi się ta szkoła nie podoba, spadajcie na drzewo”. Tym samym możemy jednak nie otrzymać tak zwanego „release letter”, oficjalnego dokumentu, bez którego nie możemy znaleźć legalnej pracy na tej samej wizie.

Co więc może zrobić taka osoba, która pracę chcę zmienić? Ano może zrobić to, co zrobiłam ja i… sprzedać dobrą historię.

Otóż grzecznie, nieśmiało poprosiłam szefową oraz główną nauczycielkę o rozmowę, po czym równie grzecznie poinformowałam, że niestety muszę opuścić Wuhan. Ojej, dlaczego? Otóż mój chłopak mi się oświadczył i właśnie dostał pracę swoich marzeń w Pekinie. MUSZĘ za nim pojechać, chcemy wziąć ślub jak najszybciej i założyć rodzinę. Znalazłam nawet już pracę i chcą mnie tam jak najszybciej… tak, wiem, że kontrakt kończy mi się w marcu, ale w wyjątkowych przypadkach jest możliwość unieważnienia kontraktu, o ile poinformujemy o tym na 30 dni wcześniej. Pomogę wam nawet znaleźć kogoś na moje miejsce, zacznę pytać wszystkich jak tylko skończymy rozmawiać. Tak, rozumiem, że jest jakaś kara, ale tak bardzo chcę założyć rodzinę, mam już 26 lat, rozumiecie to, prawda?

Oczywiście, że rozumieją :) rodzina jest oczywiście najważniejsza. I gratulacje, i powodzenia, release letter? Tak tak, oczywiście, że ci napiszemy, to do kiedy możesz pracować? A jak nikogo do wtedy nie będzie? (Będzie.)

Oczywiście nie muszę chyba pisać, że chłopaka, ani tym bardziej narzeczonego nie mam, dzieci nie planuję, zwłaszcza w najbliższej przyszłości, wcale nie uważam, żeby 26 lat było wiek, w którym już by wypadało zakładać rodzinę, a do Pekinu przeprowadzam się, bo lubię bardziej niż Wuhan?

AKTUALIZACJA: Jako że usłyszałam, że to, co zrobiłam, to zrobienie pracodawcy w konia, pragnę tutaj coś sprostować. Mam prawo odejść z pracy bez podawania przyczyny (póki poinformuję o tym na 30 dni przed odejściem), a zgodnie z prawem pracodawca ma obowiązek wystawić mi ów „release letter”. Rzeczywistość natomiast jest taka, że owego świstka bardzo często nie chcą wystawiać i tym samym uniemożliwiają odejście z pracy. Tak, wcisnęłam im kit, ale tylko po to, aby upewnić się, że dostanę to, co zgodnie z prawem mi się należy.