Wczoraj w Chinach

Najpierw był Tianjin – który to jest sympatycznym miasteczkiem około 100km od Pekinu. W środę późnym wieczorem w rejonie portowym nastąpiła eksplozja jakichś środków chemicznych. Niedługo później nastąpiła kolejna, wywołana pierwszą. Media podają 50 ofiar śmiertelnych i 500 (z tego, co ostatnio czytałam) rannych. Jakby tego było mało… eksplozje miały miejsce w części, gdzie trzyma się chemikalia i substancje toksyczne, nikt też do końca nie wie, co konkretnie wybuchło. Ambasada amerykańska wystosowała notkę, żeby jak ognia unikać deszczu, za nic nie dopuścić do kontaktu ze skórą, a jeśli już się przydarzy to jak najszybciej zmyć, a ubrania uprać. Jakby 4000 śmierci spowodowanych zanieczyszczeniem rocznie nie wystarczało (dane z ChinaWire).

Niedługo po informacji o Tianjinie dotarła do mnie informacja o bardziej swojskim Sanlitun (bardzo zachodnia dzielnica Pekinu, również imprezownia). Tam otóż, w biały dzień, Chińczyk z metrowym mieczem (!!!) zaatakował chińsko-francuską parę. Chłopak przeżył, stosunkowo mało obrażeń, dziewczyna zmarła, z dziesiątek umieszczanych wszędzie zdjęć wygląda na to, że na miejscu…

I tu pojawia się jeszcze jedna kwestia. Net zasypało zdjęciami z tego wydarzenia, wyraźnie tam widać tłum osób robiących zdjęcia/kręcących filmy, i tylko jedną osobę – obcokrajowca – próbującą pomóc nieprzytomnej dziewczynie. Nie widać też nikogo, kto by dzwonił po karetkę. Chce się komentować, jaka to znieczulica społeczna i tak dalej, i tak dalej, ale… ciekawa informacja. W Chinach, jeśli takiego przypadkowego poszkodowanego na ulicy nie stać na pobyt w szpitalu, jego rachunej pokrywa… tak, właśnie. Osoba, która zadzwoniła po karetkę. Nagle przestałam się dziwić znieczulicy, choć ciągle jestem zniesmaczona. Nawet nie wiem, czy nie bardziej.

Nowa wspaniała praca

Zaczęłam tydzień temu w sobotę. Jeszcze bez żadnych zajęć – krótkie ogarnięcie tego, jak w tej szkole się uczy. Poszłam oczywiście lekko niepewna, Fiona, dziewczyna, z którą gadałam na WeChacie wydawała się co prawda przesympatyczna, ale z drugiej strony ci z poprzedniej prayc tez się tacy wydawali… Pierwsza niespodzianka – według kontraktu zaczynam o 9, dzień wcześniej dziewczyna pisze, żebym była koło 10. Miło. Po ogarnięciu materiału też żadnych szczególnie długich office hours – no bajka…

Same zajęcia – póki co wakacyjne krótkoterminowe, więc jeszcze nie mam stałego planu. Przyjemne za to, że pensję bazową mam płaconą za 50 godzin lekcyjnych MIESIĘCZNIE, a wszystko ponad płacone dodatkowo. I wygląda na to, że wyjdzie tych godzin więcej, co przy czynszu na Wudaokou jest bardzo dobrą nowiną (chociaż jeszcze czynszu nie płacę). Ale o zajęciach!

Pierwsza grupa, 5 dzieciaków, przesympatyczne, ogarniające, styl zajęć to historia oraz związane z nią ćwiczenia, duża dowolność po mojej stronie. Więc najpierw była historia, potem gra, żeby ich trochę poruszyć, pytania do historii, po czym pytania kreatywne. Dzieciaki zachwycone, tak samo zresztą jak nauczyciele w szkole – od początku mnie pokochali, nachwalili, aż się chce pracować!

Druga grupa – dwójka chłopaków. Podobny standard, tylko historia trochę dłuższa, dość dużo zresztą materiału, więc momentami szło ciężko. Ale wybrałam strategię bycia koleżanką i koniec końców pracowało nam się sympatycznie. Po dwóch dniach zresztą powiedzieli, że podobam im się dużo bardziej niż poprzedni nauczyciel. Nagle nikt mi nie wypomina małego potknięcia przez dwie godziny, a docenia dobrą robotę.

Pod koniec miesiąca będę miała dość ciężkie dwa tygodnie, też zajęcia wakacyjne, całe dnie bez przerwy – wynagradzają mi to miniwakacjami, pięć dni wolnego z rzędu. Tak się możemy dogadywać!

A ta wielka bolączka, office hours? Kontraktowo mam 10 w tygodniu (była walka, żeby nie mieć grafiku od-do bez względu na ilość zajęć!), ale na przykład dziś Fiona stwierdziła, że w sumie jak jutro nic nie mam, to przygotować się mogę w domu, ona mi ufa.

I najlepsze z najlepszych – brak mundurków! Po pierwsze, nie wciskają dzieciaków w te obrzydliwe koszulki w spranych kolorach, po drugie, nie ma dress-code’u dla nauczycieli. W poprzedniej szkole – obowiązkowo długie spodnie, białe koszulki i pełne buty. Dzieci oczywiście aż takich ograniczeń nie miały, więc przy włączeniu klimatyzacji marzły. Rozwiązanie? Zakaz nastawiania klimatyzacji poniżej 25, bo to bardzo zimno. Efekt dla mnie? Odparzenia na stopach takie, że jeszcze mnie bolą przy chodzeniu. Do nowej szkółki przyszłam w spódniczce i sandałkach i jakoś nikomu nie przeszkadza. Jedni zarejestrowali, że wygląd nauczyciela nie ma wpływu na jakość nauczania… a jego samopoczucie już tak :)

A poza pracą, którą absolutnie uwielbiam już teraz? Głównie chodzę na imprezy. Z jakiegoś powodu wybrałam Wudaokou (dzielnica studencka z wieloma klubami, w których kilka razy w tygodniu są darmowe drinki bądź inne okazje) i pracę na popołudnia. Jedyna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam, to mieszkanie. Na szczęście z takimi znajomymi jak moi nie muszę się tym za bardzo martwić!