Tańczę.

Tańczę ze szczęścia – dostałam bowiem niedawno paczkę od rodziców. A tam między innymi kilogramy polskich słodyczy, pisma oraz nowe sandałki – bo w Polsce całkiem normalna czterdziestka w Chinach jest nieosiągalna. Przynajmniej w wersji damskiej.

W Pekinie co prawda robi się chłodno (po tym jak krótkie spodenki zaczęłam nosić w marcu zapomniałam, że tysiąc kilometrów na północ robi różnicę), ale coś mi się widzi, że jeszcze jedną parę zarżnę. A jak? Tańczę :)

Fascynacja nie mija. Praca autentycznie sprawia mi przyjemność. Uwielbiam Pekin, a wybranie Wudaokou na miejsce zamieszkania, choć kosztowne, było strzałem w dziesiątkę.

I tak, mieszkam już na swoim! Czeka mnie jeszcze odmalowanie ścian (moje artystyczne widzimisię), żeby było całkiem moje. Wynajęliśmy we trójkę, ja i dwóch kolegów… ale to nigdy nie jest nasza trójka. W najlepszym momencie było 9 – bo Wudaokou, bo wszyscy spłukani, bo goście, bo dziewczyny. Chyba będzie pusto i będzie mi tego tłumku brakować jak wszyscy się porozjeżdżają lub poznajdują dla siebie miejsca!