Dobra nauczycielka

Zdaję sobie sprawę z faktu, że nauczanie to pozycja wyjściowa dla olbrzymiej ilości przyjezdnych (jeśli nie większości). Sama jednak nauczanie lubię, w dodatku miałam szczęście dostać naprawdę fajne grupy… i jest to robota, która mnie karmi, i bynajmniej nie mówię tu jedynie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo dzieciaki doceniają w najsłodszy możliwy sposób.

Najczęstszy sposób docenienia to podarowanie naklejki lub jakiegoś smakołyka. Rozbroiło mnie jednak, jak dzieciaki dostawały mooncake’i i jeden z uczniów swoje ciastko oddał mnie (mooncake to takie ciastko, które ładnie wygląda, w środku człowiek się spodziewa czegoś czkoladowego albo choć słodkiego, a zastaje bliżej nieokreśloną masę o bliżej nieokreślonym smaku. Ogólnie zawód, ale Chińczycy z jakiegoś powodu je lubią).

Są jeszcze przecudne rysunki. I tak jak jeden z uczniów dowiedział się o moich polskich korzeniach narysował dla mnie… to:

2

Muszę przyznać, że to akurat był uczeń wyjątkowy, z którym w przerwach rozmawiałam o komunizmie, socjalizmie, przemianach społecznych, ateizmie i tego typu rzeczach. Dzieciak miał koło trzynastu lat :)

Ostatni mój prezent natomiast wygląda tak:

1

Jestem pod wrażeniem, bo dziewczę nieduże, a rysunek ładny i szczegóły zaskakująco dobrze uchwycone (dokładna ilość naszyjników, włosy zawinięte na spince). Ale to co mnie cieszy w sytuacji najbardziej to po pierwsze, owo dziewczę było jedną z dwóch nieśmiałych w grupie, które zawsze musiałam bardzo ciągnąć za język – tego dnia, gdy otrzymałam prezent obie rwały się do odpowiadania na pytania. Po drugie zaś… był to wyjątkowo nie mój dzień, przyszłam wtedy do pracy zmęczona i niewyspana, i choć dawałam z siebie wszystko, to mam świadomość, że była to jedna z gorszych moim lekcji. Nie przeszkodziło :)

Wreczcie wczoraj. Jedna z moich ulubionych grup, jedna uczennica, z którą sobie zawsze w przerwach i przed zajęciami gadam, pyta mnie o moją pracę (poprzednim naszym tematem były wakacje i meduzy). I po chwili rzuca mi „I think you are a good teacher”. Mała rzecz a cieszy! …i nastraja bardzo pozytywnie na długo.

Jak nie kochać tego miejsca?

Przez chwilę w Pekinie było strasznie zimno i wietrznie. I co? I skończył się smog, a po trzech dniach wróciło słońce i pogoda, a ja wyciągnęłam z powrotem sandałki. Tak, wiem, że w Polsce śnieg…

W naszym wynajętym przez trzy osoby mieszkanku stale mieszka 5-6 osób, plus ciągle ktoś przychodzi i… uwielbiam to. Absolutnie uwielbiam towarzystwo , w które tu się wkręciłam. Pozytywne, otwarte, ciekawe, i z całego świata. A mieszkanie się zrobiło do tego stopnia otwarte, że jak będę dorabiała klucze mam dorobić co najmniej 5.

Przy ostatnim większym posiedzeniu skończyło się na tańcach na łóżku, po którym przeniosłyśmy się (tak, był babski wieczór) na noc filmową, która się skończyła koło 4. Zalety pracy na popołudnia! :)

I mamy też u nas zupełnie niespotykane absurdy. Przykład? Ciro (współlokator Włoch) zrobił spaghetti. Dla wszystkich oczywiście, jakżeby inaczej? Pośpieszam Niki (współlokatorka Brazylijka), żeby jadła, bo ostygnie. Odpowiedź? „Niee, poczekam na widelec”. Tak, w naszym międzynarodowym domku dorobiliśmy się wielu pałeczek, ale widelce posiadamy… dwa!

Wakacyjny hedonizm

Jak pewnie… nie wiecie, pierwszy tydzień października (czy coś około tego, zależy gdzie się pracuje) jest tygodniem wolnym od pracy. Miałam wielkie plany, chcieliśmy z kumplem gdzieś za granicę się ruszyć, ale on się splukał (opłacanie mieszkania na trzy miesiące z góry…), a ja chociaż środki miałam, to mam również koleżankę tak spłukaną, że z tej resztki mojej pensji utrzymywałyśmy się dwie :) Ale nudzić się nie można, więc trzeba było pokorzystać z życia w sposób mało kosztowny. Brzmi może oksymoronicznie, ale… Pekin ma imprezy. I to jakie imprezy!

Może na początek rozkład jazdy Wudaokou? (tak, to ta dzielnica, w której mieszkam). Poniedziałek – kilka darmowych drinków w klubie Propaganda. Istotne: nie są datowane, więc niewykorzystane przechodzą na jakikolwiek inny poniedziałek. Wtorek jest dniem nudnym. Środa – open bar WSZĘDZIE. Płatny, od 10 juanów (sic!) do bodajże 90 (uwaga: panowie płacą więcej). Czwartek: Ladies night, co oznacza w każdym klubie kilka bilecików dla pań. Czyli wszędzie się chodzi grupą i tylko zmienia kluby. Piątek, sobota okazji brak (no chyba, żeby liczyć szoty za 5, ale to okazja jak nie okazja), niedziela – noc studencka w Wu. Haczyk: należy pokazać legitymację studencką. Obejście: wchodzi się na dowód lub prawo jazdy. Niekoniecznie swoje.

Weekendy w Wudaokou jak widać nie są szczególnie okazyjne, ale to się obchodzi… jadąc do Sanlitun, mniej studenckiej, a bardziej tip-top dzielnicy imprezowej. Haczyk: Sanlitun jest drogie. Obejście: wystarczy znać ludzi, którzy wpisują nazwiska na listę gości. Efekt: co weekend wpisujemy 30+ nazwisk na listy do co najmniej 6 klubów.

Nie, nie przeimprezowałam całego wolnego tygodnia, jedynie od środy do niedzieli i potem w kolejną środę. Wakacje niestety spowodowały, że kluby były pełniusieńkie (a open bar niemal niemożliwy do wykorzystania). Z okazji wakacji też trafiłam na najlepszą imprezę w całym moim życiu (i zostałam wielką fanką Sir Teen w Sanlitun).

Z koleżanką, Niki, miałyśmy też plany pozaimprezowe – no bo nie można tylko imprezować i w domu siedzieć, prawda? No prawda… tylko że jak postanowiłyśmy wybrać się do dzielnicy artystycznej, coby się rozrywkowo poukulturalniać, to w Pekinie zagościł smog taki, że postanowiłyśmy oszczędzić płuca. Po dwóch dniach na szczęście zaczęło wiać i smog się skończył, ale wraz z nim również wakacje…