Wakacyjny hedonizm

Jak pewnie… nie wiecie, pierwszy tydzień października (czy coś około tego, zależy gdzie się pracuje) jest tygodniem wolnym od pracy. Miałam wielkie plany, chcieliśmy z kumplem gdzieś za granicę się ruszyć, ale on się splukał (opłacanie mieszkania na trzy miesiące z góry…), a ja chociaż środki miałam, to mam również koleżankę tak spłukaną, że z tej resztki mojej pensji utrzymywałyśmy się dwie :) Ale nudzić się nie można, więc trzeba było pokorzystać z życia w sposób mało kosztowny. Brzmi może oksymoronicznie, ale… Pekin ma imprezy. I to jakie imprezy!

Może na początek rozkład jazdy Wudaokou? (tak, to ta dzielnica, w której mieszkam). Poniedziałek – kilka darmowych drinków w klubie Propaganda. Istotne: nie są datowane, więc niewykorzystane przechodzą na jakikolwiek inny poniedziałek. Wtorek jest dniem nudnym. Środa – open bar WSZĘDZIE. Płatny, od 10 juanów (sic!) do bodajże 90 (uwaga: panowie płacą więcej). Czwartek: Ladies night, co oznacza w każdym klubie kilka bilecików dla pań. Czyli wszędzie się chodzi grupą i tylko zmienia kluby. Piątek, sobota okazji brak (no chyba, żeby liczyć szoty za 5, ale to okazja jak nie okazja), niedziela – noc studencka w Wu. Haczyk: należy pokazać legitymację studencką. Obejście: wchodzi się na dowód lub prawo jazdy. Niekoniecznie swoje.

Weekendy w Wudaokou jak widać nie są szczególnie okazyjne, ale to się obchodzi… jadąc do Sanlitun, mniej studenckiej, a bardziej tip-top dzielnicy imprezowej. Haczyk: Sanlitun jest drogie. Obejście: wystarczy znać ludzi, którzy wpisują nazwiska na listę gości. Efekt: co weekend wpisujemy 30+ nazwisk na listy do co najmniej 6 klubów.

Nie, nie przeimprezowałam całego wolnego tygodnia, jedynie od środy do niedzieli i potem w kolejną środę. Wakacje niestety spowodowały, że kluby były pełniusieńkie (a open bar niemal niemożliwy do wykorzystania). Z okazji wakacji też trafiłam na najlepszą imprezę w całym moim życiu (i zostałam wielką fanką Sir Teen w Sanlitun).

Z koleżanką, Niki, miałyśmy też plany pozaimprezowe – no bo nie można tylko imprezować i w domu siedzieć, prawda? No prawda… tylko że jak postanowiłyśmy wybrać się do dzielnicy artystycznej, coby się rozrywkowo poukulturalniać, to w Pekinie zagościł smog taki, że postanowiłyśmy oszczędzić płuca. Po dwóch dniach na szczęście zaczęło wiać i smog się skończył, ale wraz z nim również wakacje…

10 sygnałów, że jesteś w Chinach zbyt długo

Nie jest tajemnicą, że jestem tu za długo… Tak naprawdę to wyniosłabym się do Australii. A tymczasem… Jak rozpoznać, że to już zbyt wiele czasu w Chinach?
1. Nie jesz ryżu… Jednym z głównych składników twojej diety jest za to mifan.
2. Buntujesz sie przeciw wydawaniu 30 juanów (+-20zl) za parasolkę. Możesz dać 10… 15 jak jest wyjątkowo ładna.
3. Przepychasz sie i potrącasz wszystkich dookoła, którzy blokują drogę/idą za wolno. Stajesz sie w tym lepszy niz Chińczycy.
4. Pałeczki sa wygodniejsze od wszystkiego innego. Zaczynasz jeść chipsy pałeczkami.
5. Czekolada jest dobra, ale tak naprawdę masz ochote na wodorosty.
6. Posiłek za ponad 20 juanow uważasz za ekskluzywny.
7. Najcześciej używane przez ciebie słowa w Twoim ojczystym języku to te same, których nie mowi sie przy dzieciach. Przeklinasz we wszystkich językach, które choć troche znasz.
8. Nie tylko wiesz, że Chińczycy sie miedzy sobą różnią – rozpoznajesz całkiem sporą ilośc aktorów i aktorek.
9. Nucisz xiao pingguo częściej, niż jesteś gotów/gotowa się przyznać.
10. „Bye bye” mówisz z chińskim akcentem – „baibai”

Szanghaj, Szanghaj! …i biurokracja.

Dostałam smsa, że są problemy z moimi dokumentami – rejestracja z innego miasta niż Wuhan okazała się problemem nie do przeskoczenia. Dziewczyna ze szkoły bardzo się starała, ale się nie udało – prowadząca szkolenie poinformowała mnie, że niestety muszę jak najszybciej wsiadać w pociąg i wracać do Wuhan. Tym sposobem w ciągu trzech dni w pociągach spędziłam około 17 godzin…

Ale do rzeczy: Wuhan wieczorem, raniutko spotkałam się z dziewczyną ze szkoły, chwilę potem z szefową, która z mężem zarejestrowała mnie w swoim mieszkaniu, zabrała mnie na śniadanie, zawiozła do urzędu wizowego, po czym podwiozła na stację kolejową – „wcale nie tak daleko, a nie będziesz się stresować”. Dzień wcześniej dostałam smsa z PRZEPROSINAMI, że taki bałagan jest, i takie to dla mnie musi być męczące i stresujące… rozbroili mnie tym, to mi było głupio, że stwarzam problemy, choć wina była po stronie urzędniczki, która przyjęła dokumenty bez sprawdzenia.

Ok, a samo szanghajskie szkolenie? Program szkoły jest dobry. Widzę, że jest to przemyślane, po dzieciakach widać też, że faktycznie działa. Wady? Bardzo dużo pamięciówki, zupełnie do niczego niepotrzebnej. Cóż, jeszcze tylko kilka dni, w międzyczasie zakuć, zaliczyć, co niepotrzebne zapomnieć… spędzając przy tym czas z naprawdę rewelacyjnymi ludźmi! To chyba wymóg do tej pracy – nie spotkałam jeszcze nikogo, kto budziłby we mnie negatywne lub choćby neutralne odczucia.

Ot, weźmy taką Crystal – dziewczynę, z którą dzielę pokój hotelowy. Już pierwszego wieczoru przegadałyśmy jakąś dziką ilość czasu, z oczywistych względów większość dnia spędzamy razem, a po zajęciach i tak idziemy razem na obiad. Praktycznie, bo ma podobne do moich upodobania! Ale co jeszcze – w weekend się rozeszłyśmy, ona się spotykała ze znajomymi z liceum, ja chciałam pozwiedzać. Ni stąd, ni zowąd dostaję smsa z pytaniem o… mój ulubiony kolor. Co się okazało – zobaczyła ładne szpilki do włosów i pomyślała o mnie :)

A co do zwiedzania – dwa dni były wolne, udało mi się zobaczyć największe atrakcje Szanghaju, czyli The Bund (promenada z widokiem na najbardziej charakterystyczne budynki) i Yuyuan (przepiękny park w tradycyjnym chińskim stylu), a także wybrałam się do dzielnicy artystycznej. Nie jest tak eklektyczna jak pekińskie 798, ale ciągle warta spędzenia tam czasu – po pierwsze, graffiti!, a po drugie multum galerii, głównie malarstwa – niektóre bardzo przeciętne czy też kiczowate, niektóre powalające różnorodnością czy oryginalnością stylów.

Przed szkoleniem nie bardzo myślałam o odwiedzaniu Szanghaju, miasto jak miasto… cóż, pomyliłam się. Trzeba będzie wrócić na jakieś mini wakacje :)

W pociągu do Szanghaju

Dziś rano pojechałam przedłużyć ważność swojej wizy – bez tego nie mogłabym wziąć udziału w szkoleniu. Żadnych problemów, choć dziewczyna ze szkoły panikowała, że na pewno czegoś zapomniała. Oczywiście wszystkie dokumenty były w porządku, a pani dokumenty przyjmująca jeszcze tylko objaśniła, jak po szkoleniu załatwić wizę pracowniczą. W Pekinie bym wylądowała za kratkami.

Następny punkt programu – kontrakt. Chińskim zwyczajem zostałam poczęstowana najpierw śniadaniem (a mój wegetarianizm wszystkich zdziwił – „ale przecież to takie dobre, czemu nie jesz?”), po czym kontrakt. Dusza na ramieniu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli coś wygląda na zbyt piękne, by być prawdziwe… to tak właśnie jest. Pierwszy problem – kontrakt dwujęzyczny. Ok., pogadamy za chwilę. Drugi – nadgodziny sformułowane tak, że teoretycznie mogą mi kazać pracować od zmierzchu do świtu i nie zapłacić ani grosza powyżej pensji. Doczytuję do końca, a tam klauzula, że w przypadku, gdy wersje językowe się różnią, chińska jest obowiązująca. Dobra, dyskusja, ja już prawie pewna, że poszukiwanie pracy się nie skończyło…

Dyrektorka mówi, że w paragrafie o nadgodzinach chodzi o przesunięcie godzin pracy, nie dodatkowe godziny. Możemy to przeformułować? Pewnie! Problem wersji językowej – nie znam chińskiego, możemy napisać, że to angielska jest ważniejsza? Jasne, już drukujemy kontrakt poprawiony. Dało się? Dało.

Jakby tego jeszcze było mało, na Szanghaj dostałam kopertę z pieniędzmi i tylko kilka razy mi przypomnieli, bym zbierała rachunki. Za hotel i taksówkę do tegoż, bo biletami na pociąg oni się zajęli.

I siedzę sobie w pociągu, zaskoczona, że jednak się da normalnie, po ludzku… gdy dostaję wiadomość od opisywanego ostatnio agenta. „Ok, szkoła powiedziała, że dadzą ci kontrakt po chińsku, miesiąc okresu próbnego i przedłużą ci wizę”. Wow, udało mi się wyprosić kontrakt zgodny z prawem! Po tygodniu marudzenia i tym, co wyglądało jak odesłanie z kwitkiem… nie to, żebym nie miała żadnych wątpliwości. Wydaje mi się jednak, że ludzie, z którymi można się dogadać i bliskość Chrisa wygrywają z nieco wyższą pensją w miasteczku na południu. Długoterminowo – oszczędzę na psychiatrze :)

Załamki poszukiwaczki pracy

Tak jak wspomniałam – szukałam pracy. Unikam jak ognia agencji i agentów – nie dość, że liczą sobie część miesięcznej pensji za podanie kontaktu dalej (!!!), często są też niesłowni, nie liczą się z wymogami klienta (notorycznie dostawałam oferty poniżej moich wymogów finansowych w małych miastach, w których zastrzegłam, że nie chcę pracować), często też okazują się przekrętami – oj można się naczytać o tym w Internecie! Najbardziej rozbroiła mnie agentka, która napisała z prośbą o skan paszportu (czerwona lampka – kradzież tożsamości!) – ja poprosiłam o numer jej licencji i skan dowodu – żeby mieć chińskie imię w razie nieprzyjemności. Oczywiście nie dostałam nigdy drugiego maila…

Ograniczyłam się do dwóch ofert. Jedna przez agenta – tak, ogólnie ich unikam, ale ten zapracował na swoją prowizję: wydzwaniał do mnie ciągle, rozmów kwalifikacyjnych miałam tyle, że już z pamięci rzucałam formułki, a jakikolwiek stres pozostał daleko w tyle, ponadto wszystkie oferty spełniały moje wymogi. Oferta ta była na południu Chin, fajna szkoła, wszystko super, dostaję kontrakt. 1. Wersja chińska i angielska w jednym; 2. Okres próbny 2 miesiące; 3. Nadgodziny płatne 100% stawki godzinowej. Piszę więc maila z wyjaśnieniem – nie podpiszę nic po chińsku, bo nie znam języka, okres próbny jest regulowany prawnie i przy tej długości kontraktu nie może przekroczyć miesiąca, a nadgodziny są również regulowane prawnie – i cytuje chińskie prawo pracy (przypadkiem zostałam ekspertem). Pani zaprzeczyła, jakoby tak było i wyjaśniła jak obliczają nadgodziny. Odzywam się więc do agenta, słodząc aż nadto, jak mi się podoba oferta, ale żeby mi pomógł w rozmowie ze szkołą – na to on, że to standardowy kontrakt i nie mogą go zmienić, bo uważają, że wszyscy pracownicy są sobie równi. Podziękowałam, stwierdzając, że nie mam zamiaru pracować szkoły, której polityka firmy to łamanie prawa. Ciężko z tego wysnuć jakiś wniosek – znaj prawo, a będziesz… wiedzieć jak bardzo cię rżną. Bo nie unikniesz…

Druga oferta – szkoła językowa dla dzieci w Wuhan. Pensja nie powalająca, ale przyzwoita, w normie. Spodobałam się, mówimy o warunkach, znowu słyszę trzy miesiące okresu próbnego… już się załamuję, ale znowu, cytuję to prawo, że nie może być powyżej miesiąca. Dyrektorka na to, że nie wiedziała i sprawdzi – przy następnej rozmowie już mówiła o miesiącu. Dodatkowo wszyscy super sympatyczni, pogadałam też z dziewczyną tam pracującą, która stwierdziła, że jest miło, praca jest łatwa, jedyne, co jest ciężkie, to szkolenie w Szanghaju… na które jadę w poniedziałek wieczorem :) tym sposobem pozostaję w Wuhan, w pracy, gdzie jest świetna atmosfera i ludzie nie łamią prawa – a przynajmniej nie świadomie.

Śmieszna za to była rozmowa kwalifikacyjna – znowu, miałam ich ostatnio tyle, że zupełnie mnie nie wzruszają, a wręcz pozwalam sobie na żarty. I tak jak mnie spytano kogo najbardziej lubię uczyć – „dzieci, 3-6 lat, bo są przesłodkie”. A moja największa słabość? „Mam problemy ze wstawaniem rano” – ach, wspomniałam, że godziny pracy to popołudnia?

Noworoczny zawrót głowy

W weekend byłam w Guangzhou, także mam co opowiadać, pech chciał, że po kłopotliwym powrocie do domu… Nie mam internetu. Notka nawet powstała, ale musi poczekać na lepsze czasy, tymczasem co najważniejsze wystukać na telefonie.
Wszystkiego, co najlepsze, zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, wytrwałości w dążeniu do celów, przygód, odwagi i samych sukcesów w nadchodzącym Nowym Roku życzę:
- Jackowi, Gosi, babci Teresce, dziadkowi Wiesiowi, cioci Ani, Tomkowi, Łukaszowi, Kasi oraz całej rodzinie;
- wszystkim moim bliższym i dalszym znajomym, tu specjalne życzenia dla Łukasza i Sebastiana, dla których odległość nie była przeszkoda w kontynuowaniu znajomosci;
- wszystkim zaglądającym na bloga – stałym czytelnikom, okazjonalnym podgladaczom, komentującym i przypadkowym gościom – dziękuje i zapraszam w Nowym Roku!
祝你们新年快乐!

Chińczycy podrywają

Pan numer 1: Z koleżanką, około 4-5 w Sanlitun (imprezownia) miałyśmy sprzeczkę i na jakieś 10 minut się rozdzieliłyśmy, ale byłam zdenerwowana. Podchodzi do mnie pewien osobnik, prosi o numer telefonu, odmawiam. Pyta dlaczego, ja, że nie randkuję, on, że może chociaż porozmawiamy, ja, że bardzo mi miło, ale przepraszam go, mam złą noc i nie jestem w nastroju na cokolwiek. Na co on, że w takim razie może mu dam numer telefonu…

Pan numer 2: Poszłam sobie na obiad, sama, blisko, więc żadnego makijażu, w podomce (oni wychodzą na ulicę w piżamach, mam się nieperfekcyjnej sukienki wstydzić?), gorąco było, więc włosy słuchawkowo-spocone… nic specjalnego, ot, wyjście na chwilę w gorący dzień. W restauracji ktoś się wita, ja zamawiam jedzenie, siadam, zajmuję się telefonem. Ktoś siada przy moim stoliku naprzeciwko mnie… nie wiem o co chodzi, rozglądam się po sali, gdzie niemal wszystkie (poza dwoma) stoliki są wolne. Facet coś pisze na druczku do rachunków, ja siedzę i czuję się niezręcznie. Po chwili okazuje się, że to numer telefonu, facet prosi, by zadzwonić. Nie jestem zainteresowana, więc udaję, że po chińsku nie mówię nic, on po angielsku ani słowa, w końcu przytakuję, że jak coś to zadzwonię. On ucieszony…

Pan numer 3: Znajomy znajomej, anglojęzyczny, podróżujący, ogólnie – nietypowy jak na Chińczyka. Fajnie się gada, ale jednym z pierwszych tekstów na okazanie zainteresowania było… „mam samochód, mogę cię po imprezie odwieźć do domu, albo podwieźć kiedykolwiek”. Wysoko mnie cenisz, nie ma co.

Pan numer 4: Niki, koleżanka zaprosiła mnie na brazylijski obiad z jej znajomymi z okazji urodzin kolegi, niespodzianka – przystałam, koleżanka bliska, więc założyłam, że ludzie fajni (prawda) oraz jedzenie pyszne i niechińskie (również zgadłam). Jako że były to urodziny, chciałam kawałek tortu, ale zanim o niego poprosiłam dostałam kawałek… tak na oko półkilogramowy. Podziękowałam ładnie, po czym podzieliłam się tortem z ludźmi przy stole. Niedługo potem ten sam osobnik, który wręczył mi tę kosmiczną ilość ciasta poprosił o mój Wechat (aplikacja do wysyłania wiadomości, podobna do WhatsAppa), nie odmawiam, wszystko miło, sympatycznie. Później z Niki chcemy się zwijać, ten sam osobnik proponuje podwózkę, mówię, że bardzo daleko, ale nie ma problemu, spoko. Już coś w głowie mi brzęczy, ale póki co koleś jest po prostu miły, a ja nie mam paranoi. Po drodze niemal przeprasza, że ma mały samochód, który okazuje się śliczną nóweczką zdecydowanie większą od mojej swojskiej Hondy Civic, którą jeździłam w Polsce, dzwoneczek w głowie dzwoni. W samochodzie słuchamy mojej muzyki, a gdy dojeżdżamy niemal na miejsce koleś pyta, czy jest w okolicy jakaś restauracja, do której mógłby mnie zaprosić na obiad. Jest multum, ale przed chwilą dałeś mi pół kilo ciasta, nie będę jeść najbliższe dwa dni… pożegnanie, ale później w domu zaczynają się wiadomości. Grzecznie wyrażam swój brak zainteresowania, koleś nalega. Mówię o niedawnym rozstaniu, nieistotne, koleś nalega. Mówię, że moi rodzice nigdy się nie zgodzą na mój związek z Chińczykiem (oczywiste kłamstwo, ale w Chinach zdanie rodziców BARDZO się liczy i myślałam, że to utnie dyskusję)… „jestem pół-Rosjaninem”. Następnie zaczął pisać po polsku, z tłumacza, i to nawet nie Google, tylko Baidu (chińskie, gorsze Google…). Udało mi się w końcu zbyć, ale zdecydowanie zbyt wiele razy musiałam powiedzieć „nie”, by zostało zrozumiane.

Podsumowanie: dziewczynki to durne istotki, którym wystarczy pokazać kluczyki, by podążyły za mężczyzną. Jeśli przypadkiem mówią nie, to tak naprawdę nie wiedzą, co mówią i należy im powmawiać, że tak naprawdę myślą „tak”. I nieważne, że się nie rozumiemy poza typową gadką-szmatką. Przecież ta zupełnie wystarczy, by zbudować związek. Jakiegoś typu…

Ciekawostka: wszystkie historyjki przydarzyły mi się ostatnio, na przestrzeni jakichś 10 dni…

Chińska biurokracja po tajsku

Pojechałam dziś do chińskiej ambasady, by wyrobić sobie nową wizę. W Internecie się naczytałam, że to różnie bywa, spis wymaganych dokumentów jest inny na każdej stronie, jeszcze inny na drzwiach ambasady. Oczekujący pytają się nawzajem i nikt nic nie wie… Ustawiłam się w kolejce i liczyłam na jak najlepsze, obawiając się, że będą wymagali powrotnego biletu lotniczego…

Nie wymagali, pani w okienku jednak powiedziała, że tryb przyspieszony nie obejmuje osób mojej narodowości (wtf?!), czyli wizę mogę odebrać w piątek rano. Co z tego, że w czwartek nad ranem mam samolot… dodatkowo powiedziała mi, że maksymalnie mogę dostać wizę na 30 dni, nie 90 (nawet nie ma takiej opcji w formularzu, a na zaproszeniu widnieje jak byk – 3 miesiące…).

Czyli ogólnie kupa problemów. Znowu załamka i tylko starałam się nie popłakać, że taka sytuacja wyniknęła. Wróciłam sobie taksówką, która wyrzuciła mnie… przy biurze podróży. Dwie wycieczki od razu mi się rzuciły w oczy i tak jak sobie teraz myślę, to nie stracę na tym opóźnieniu (tyko finansowo).

Denerwowałam się też tym, co szefostwo powie, więc jak najszybciej na WeChacie dodałam szefową, przeprosiłam za formę kontaktu i zamieszanie, wyjaśniłam sytuację. Szefowa napisała, że wszystko w porządku, żebym się nie przejmowała i podziękowała, że dałam znać. Praca idealna?

A sam Bangkok – słyszałam, że niebezpiecznie, słyszałam, że brzydko i dlaczego tam w ogóle jadę. Ciekawych miejsc jest na kilka dni oglądania, dodatkowo te wycieczki, jest czyściej niż w Pekinie, dużo zieleni, niższa zabudowa, wszyscy mówią po angielsku, nie wiem, co tu się może nie podobać (wiem, że to nijak nie związane z Chinami, ale dla zainteresowanych pojawiła się galeria). Dodatkowo… jakby mi wcześniej ktoś powiedział, jakie tu można kupić rewelacyjne ciuchy, to wzięłabym dużą walizkę, bo w tej chwili nie wiem, czy moja się domknie, już planuję, co z przywiezionych rzeczy wyrzucę i ile warstw założę na lot :)

Miłość i nienawiść w Pekinie

Kocham Pekin. Uwielbiam teraz wychodzić wieczorami choćby tylko do sklepu – jest ciepło, przyjemnie, lekko wilgotno od podlewanych trawników. Uwielbiam mięsny zapach taniego jedzenia ulicznego, gdy wychodzę ze sklepu. Czuję się jak w jakimś filmie, gdy jak gdyby nigdy nic idę ulicą i słyszę chińską muzykę z tradycyjną melodią graną na flecie. Uwielbiam chińskie dzieci, zawsze mną zainteresowane, oglądające się na ulicy i zaczepiające, zagadujące nawet wtedy, gdy nie mówią po angielsku. Nieustannie cieszy mnie taniość jedzenia i komunikacji miejskiej. Jestem absolutnie zachwycona faktem, że w ciągu 4 miesięcy jak tu jestem deszcz padał raz. W tej chwili kocham Pekin, bo w końcu robi się wiosennie, ciepło, wiosennie, zielono. Żyć nie umierać! I absolutnie KOCHAM latawce, puszczane zwłaszcza na mostach/kładkach. Mała rzecz, a zachwyca!

Nienawidzę Pekinu. Za każdym razem wkurza mnie, gdy rano budzi mnie hałas zza okna. Nienawidzę, gdy wyglądam za okno i widzę słynny smog, brudnożółto-brązową mgłę, przy której boję się oddychać. Nienawidzę tego, jak wiele ludzi jest w metrze, że na trzeciej stacji od końca nie da się usiąść, nienawidzę przesiadek, które zajmują zdecydowanie za dużo czasu – a zwłaszcza przesiadki z Batong Line, która jest po prostu przedłużeniem innej linii i nie rozumiem, czemu nie są połączone. Nienawidzę brudu, obecnego w niektórych miejscach, i charakterystycznego smrodu w tych miejscach występującego. Nienawidzę, gdy ludzie, gdy widzą, że nie rozumiem, machają ręką, zamiast powiedzieć wolniej i wyraźniej. Nienawidzę faktu, że nie mogę tu kupić butów (chyba że męskie…). Nienawidzę tego, że ludzie plują na ulicy i że nawet jak mam zielone, to skręcający samochód ma pierwszeństwo. Wreszcie nienawidzę tego, że jak nie włączę VPNa to nie mogę zajrzeć na Facebooka czy youtube’a. Mała rzecz, a… irytuje.

Laowai, cudzoziemka, Europejka, Westerner

Szkółka, w której pracuje, ma kilka filii, i miewam lekcje w naprawdę dziwnych miejscach… i pisząc „dziwnych” mam na myśli kompletne obrzeża Pekinu. I to są już te miejsca, gdzie białych się nie widuje. Ciągle nie jestem przyzwyczajona do reakcji ludzi…

Na początek – dzieciaki. Chcą wiedzieć o mnie wszystko, skąd jestem, kim jest mój ojciec, czy lubię pierożki i czy lubię kurczaka. I nie chodzi tylko o zabranie czasu na lekcji – zaczepiają mnie na przerwie i o tego typu rzeczy pytają. Mało tego – zagadują mnie dzieci, z którymi nawet nie mam lekcji. Ciekawe, otwarte, FAJNE!

Szkoła otwierała nową filię, więc w ramach drobnej reklamy poszłyśmy z resztą dziewczyn rozdać ulotki. Pomijam fakt, że nie wszystkie dzieci ograniczały się do „dziękuję” bądź po prostu wzięcia kartki, całkiem sporo zagadywało :) moje ulotki kończyły się w błyskawicznym tempie i od wszystkich dziewczyn podbierałam więcej. I ustawiał się dookoła mnie wianuszek dzieciaków, nawet zdarzało się, ze nie ogarniałam tempa bo wszystkie dzieciaki chciały karteczki ode mnie JUŻ, tu i teraz.

I jeszcze jedna rzecz, tym razem niezwiązana z dziećmi – pozostałe nauczycielki pisały test, ja miałam przerwę, więc wyszłam sobie na słońce i usiadłam na kurtce na ziemi. Miło, przyjemnie (pogoda jest ostatnio przepiękna – lato pełną gębą, wiosnę tu pominięto), a po to się ma ramoneskę, by siadać gdziekolwiek. Po chwili jednak wyszła właścicielka pobliskiego sklepu z krzesełkiem dla mnie (sic!). Jakby tego było mało (ok, ZNOWU o dzieciach), po paru minutach wyszedł jej na oko 3-letni synek i zaczął ze mną nawijać. Nieważne, że ani ja go nie rozumiałam, ani on mnie – pogadaliśmy, mam tam kumpla!

I krótkie wyjaśnienie tytułu – „laowai” to chiński termin na obcokrajowca, chyba najbardziej popularny. Europejka – cóż, nie zaprzeczę, ale używam tego głównie dlatego, że sporo osób nie wie, gdzie jest Polska (spotkałam się nawet z pytaniem o stolicę… Europy). A Westerner – cóż, wcześniej nigdy tego terminu nie słyszałam. Ale dobre określenie, ładnie łapie USA (choć oni są nieco mniej lubiani), Europę i… Australię. Tak, za cholerę nie jest to zachód. Ale kultura zachodnia, a to o to chodzi.