Tańczę.

Tańczę ze szczęścia – dostałam bowiem niedawno paczkę od rodziców. A tam między innymi kilogramy polskich słodyczy, pisma oraz nowe sandałki – bo w Polsce całkiem normalna czterdziestka w Chinach jest nieosiągalna. Przynajmniej w wersji damskiej.

W Pekinie co prawda robi się chłodno (po tym jak krótkie spodenki zaczęłam nosić w marcu zapomniałam, że tysiąc kilometrów na północ robi różnicę), ale coś mi się widzi, że jeszcze jedną parę zarżnę. A jak? Tańczę :)

Fascynacja nie mija. Praca autentycznie sprawia mi przyjemność. Uwielbiam Pekin, a wybranie Wudaokou na miejsce zamieszkania, choć kosztowne, było strzałem w dziesiątkę.

I tak, mieszkam już na swoim! Czeka mnie jeszcze odmalowanie ścian (moje artystyczne widzimisię), żeby było całkiem moje. Wynajęliśmy we trójkę, ja i dwóch kolegów… ale to nigdy nie jest nasza trójka. W najlepszym momencie było 9 – bo Wudaokou, bo wszyscy spłukani, bo goście, bo dziewczyny. Chyba będzie pusto i będzie mi tego tłumku brakować jak wszyscy się porozjeżdżają lub poznajdują dla siebie miejsca!

Wczoraj w Chinach

Najpierw był Tianjin – który to jest sympatycznym miasteczkiem około 100km od Pekinu. W środę późnym wieczorem w rejonie portowym nastąpiła eksplozja jakichś środków chemicznych. Niedługo później nastąpiła kolejna, wywołana pierwszą. Media podają 50 ofiar śmiertelnych i 500 (z tego, co ostatnio czytałam) rannych. Jakby tego było mało… eksplozje miały miejsce w części, gdzie trzyma się chemikalia i substancje toksyczne, nikt też do końca nie wie, co konkretnie wybuchło. Ambasada amerykańska wystosowała notkę, żeby jak ognia unikać deszczu, za nic nie dopuścić do kontaktu ze skórą, a jeśli już się przydarzy to jak najszybciej zmyć, a ubrania uprać. Jakby 4000 śmierci spowodowanych zanieczyszczeniem rocznie nie wystarczało (dane z ChinaWire).

Niedługo po informacji o Tianjinie dotarła do mnie informacja o bardziej swojskim Sanlitun (bardzo zachodnia dzielnica Pekinu, również imprezownia). Tam otóż, w biały dzień, Chińczyk z metrowym mieczem (!!!) zaatakował chińsko-francuską parę. Chłopak przeżył, stosunkowo mało obrażeń, dziewczyna zmarła, z dziesiątek umieszczanych wszędzie zdjęć wygląda na to, że na miejscu…

I tu pojawia się jeszcze jedna kwestia. Net zasypało zdjęciami z tego wydarzenia, wyraźnie tam widać tłum osób robiących zdjęcia/kręcących filmy, i tylko jedną osobę – obcokrajowca – próbującą pomóc nieprzytomnej dziewczynie. Nie widać też nikogo, kto by dzwonił po karetkę. Chce się komentować, jaka to znieczulica społeczna i tak dalej, i tak dalej, ale… ciekawa informacja. W Chinach, jeśli takiego przypadkowego poszkodowanego na ulicy nie stać na pobyt w szpitalu, jego rachunej pokrywa… tak, właśnie. Osoba, która zadzwoniła po karetkę. Nagle przestałam się dziwić znieczulicy, choć ciągle jestem zniesmaczona. Nawet nie wiem, czy nie bardziej.

Nowa wspaniała praca

Zaczęłam tydzień temu w sobotę. Jeszcze bez żadnych zajęć – krótkie ogarnięcie tego, jak w tej szkole się uczy. Poszłam oczywiście lekko niepewna, Fiona, dziewczyna, z którą gadałam na WeChacie wydawała się co prawda przesympatyczna, ale z drugiej strony ci z poprzedniej prayc tez się tacy wydawali… Pierwsza niespodzianka – według kontraktu zaczynam o 9, dzień wcześniej dziewczyna pisze, żebym była koło 10. Miło. Po ogarnięciu materiału też żadnych szczególnie długich office hours – no bajka…

Same zajęcia – póki co wakacyjne krótkoterminowe, więc jeszcze nie mam stałego planu. Przyjemne za to, że pensję bazową mam płaconą za 50 godzin lekcyjnych MIESIĘCZNIE, a wszystko ponad płacone dodatkowo. I wygląda na to, że wyjdzie tych godzin więcej, co przy czynszu na Wudaokou jest bardzo dobrą nowiną (chociaż jeszcze czynszu nie płacę). Ale o zajęciach!

Pierwsza grupa, 5 dzieciaków, przesympatyczne, ogarniające, styl zajęć to historia oraz związane z nią ćwiczenia, duża dowolność po mojej stronie. Więc najpierw była historia, potem gra, żeby ich trochę poruszyć, pytania do historii, po czym pytania kreatywne. Dzieciaki zachwycone, tak samo zresztą jak nauczyciele w szkole – od początku mnie pokochali, nachwalili, aż się chce pracować!

Druga grupa – dwójka chłopaków. Podobny standard, tylko historia trochę dłuższa, dość dużo zresztą materiału, więc momentami szło ciężko. Ale wybrałam strategię bycia koleżanką i koniec końców pracowało nam się sympatycznie. Po dwóch dniach zresztą powiedzieli, że podobam im się dużo bardziej niż poprzedni nauczyciel. Nagle nikt mi nie wypomina małego potknięcia przez dwie godziny, a docenia dobrą robotę.

Pod koniec miesiąca będę miała dość ciężkie dwa tygodnie, też zajęcia wakacyjne, całe dnie bez przerwy – wynagradzają mi to miniwakacjami, pięć dni wolnego z rzędu. Tak się możemy dogadywać!

A ta wielka bolączka, office hours? Kontraktowo mam 10 w tygodniu (była walka, żeby nie mieć grafiku od-do bez względu na ilość zajęć!), ale na przykład dziś Fiona stwierdziła, że w sumie jak jutro nic nie mam, to przygotować się mogę w domu, ona mi ufa.

I najlepsze z najlepszych – brak mundurków! Po pierwsze, nie wciskają dzieciaków w te obrzydliwe koszulki w spranych kolorach, po drugie, nie ma dress-code’u dla nauczycieli. W poprzedniej szkole – obowiązkowo długie spodnie, białe koszulki i pełne buty. Dzieci oczywiście aż takich ograniczeń nie miały, więc przy włączeniu klimatyzacji marzły. Rozwiązanie? Zakaz nastawiania klimatyzacji poniżej 25, bo to bardzo zimno. Efekt dla mnie? Odparzenia na stopach takie, że jeszcze mnie bolą przy chodzeniu. Do nowej szkółki przyszłam w spódniczce i sandałkach i jakoś nikomu nie przeszkadza. Jedni zarejestrowali, że wygląd nauczyciela nie ma wpływu na jakość nauczania… a jego samopoczucie już tak :)

A poza pracą, którą absolutnie uwielbiam już teraz? Głównie chodzę na imprezy. Z jakiegoś powodu wybrałam Wudaokou (dzielnica studencka z wieloma klubami, w których kilka razy w tygodniu są darmowe drinki bądź inne okazje) i pracę na popołudnia. Jedyna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam, to mieszkanie. Na szczęście z takimi znajomymi jak moi nie muszę się tym za bardzo martwić!

Mówię po chińsku?

Do Chin wyjechałam, aby nauczyć się chińskiego. Po drodze straciłam motywację, zwłaszcza w Wuhan, i przestałam się uczyć. Przez samo obcowanie z językiem rozumienie mi bardzo wzrastało, jednak gdy ktoś pytał o mój chiński cały czas odpowiadałam, że znam tylko i wyłącznie podstawy… Liczyłam, że motywacja mi kiedyś wróci, ale za bardzo w to nie wierzyłam. Aż tu nagle…

Wczoraj przeprowadziłam się z powrotem do Pekinu. Pociąg całonocny, na miejscu był koło 10 rano. Zanim jednak dojechał zaczepił mnie sympatyczny Chińczyk i zaczął rozmawiać. Po chińsku. I tak, ku mojemu zdziwieniu, gadaliśmy koło 15 minut.

Wieczorem z ekipą, z którą tutaj pomieszkuję i się zadaję pojechaliśmy do wyjeżdżającej z Chin koleżanki, dojazd okazał się problemem, najpierw taksówkarz nie wiedział, gdzie jechać (ani nie wiedział, gdzie jest pobliska stacja metra), następnie zgubiliśmy się na osiedlu. Moja chińszczyzna okazała się więcej niż wystarczająca, by sobie ze wszystkim poradzić… i nagle stałam się „tą, co zna chiński”.

Śmieszne w tym jest to, że wygląda to jakbym się nauczyła tego języka śpiąc w pociągu z Wuhan do Pekinu. Motywacja oczywiście wróciła :)

Co do samej przeprowadzki – na stacji w Wuhan spotkałam przesympatycznego Chińczyka, który studiował w Australii, więc mówił świetnie po angielsku (jeszcze Wuhan, tam jeszcze nie mówiłam po chińsku), bezinteresownie pomógł mi z bagażami, w Pekinie pomógł mi najpierw mój sąsiad, po czym odnalazł się mój nowy znajomy. Potem ze stacji odebrał mnie kumpel i pojechaliśmy do mieszkania znajomych, gdzie się zatrzymuję dopóki nie znajdę swojego mieszkania. A nową pracę zaczynam w sobotę.

Jest perfekcyjnie :)

Pada deszcz…

(na dzien dobry – przepraszam za brak polskich znakow. sypnal mi sie twardy dysk i moj komputer jest w naprawie)

Znowu pogodowo i brzmi jakbym nie miala o czym pisac… a jednak. Wczoraj zaczelo padac i cos nie przestawalo. Bystrze pomyslalam, ze zaloze wysokie buty, to sucha stopa dojde do pracy – akiez bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze ulice zmienily sie w rzeki, a woda wlewala sie do autobusu szpara pod drzwiami. Gdy po sporym opoznieniu kierowca w koncu otworzyl drzwi na moim przystanku… wysiadlam w te wode po kolana, do botkow nalalo mi sie wierzchem, i ruszylam do pracy…

W pracy najpierw poszlam umyc nogi i buty, niedlugo potem przerwa obiadowa, po ktorej poinformowano mnie, ze w zwiazku z opadami odwolali zajecia i moge isc do domu (swieto lasu – zwykle nawet jak nie ma zajec kaza mi tam siedziec). Autobus zlapalam dosc szybko, jednak zamiast typowo 10-15 minut jechal… 2 godziny. Jakbym znala droge to szybciej by bylo na piechote.

A to tak zeby nie bylo, ze przesadzam:

11796182_10206176816932633_5010088290340412101_n 11755288_10206176816692627_7160089121689083823_n 11753286_10206176816532623_8580178997815031964_n 11752513_10206176818972684_7209708493967239945_n 11751887_10206176818252666_4218239917469880063_n (1) 11745488_10206176817812655_9003948071286628136_n 11703072_10206176818452671_1882773117610340576_n 11693953_10206176819092687_1377361379098024797_n 11214144_10206176818692677_6061347349299148873_n 11032541_10206176816372619_427619417829035185_n

W przyszlym tygodniu, mam nadzieje kolo wtorku, wynosze sie stad do Pekinu. Jupiii!!!!! :)

Frustracja czy krytyka?

Pod ostatnim wpisem otrzymałam komentarz, że jestem jedną z wielu frustratów w Chinach, i zaczęłam myśleć nad tematem. A że tych przemyśleń trochę się zebrało, to i spisałam.

Gdy ktoś mnie pytał o Chiny na początku mojego pobytu, odpowiadałam, że jestem zachwycona. Gdy ktoś mnie o nie pytał około marca-kwietnia tego roku, odpowiadałam, że nie lubię. Teraz odpowiadam, że jak każde miejsce, Chiny mają swoje wady i zalety.

Nie pretenduję do miana wszystkowiedzącej. Obserwuję i piszę co widzę i jak się z tym czuję. Hej, jak zaczęłam tego bloga to miały być to głównie informacje dla znajomych i rodziny, bym nie musiała 15 razy dziennie odpisywać na „co tam u Ciebie?”.

Chcę myśleć, że to, co piszę negatywnego, to krytyka, i w jakiejś części tak jest. Pewne rzeczy są okrutnie denerwujące, zwłaszcza dla człowieka z innej kultury (niespodzianka! Ania w Chinach pisząca po polsku jest z innej niż chińska kultury!), pewne rzeczy obiektywnie nie mają sensu, ale takie już tu są. Można się przyzwyczaić, ale jak do tego zgubiło się parasolkę a za oknem deszcz to nagle się robią denerwujące.

Wreszcie, czasem po prostu jestem sfrustrowana! A kto nie jest? Czasem mam zły humor, czasem wszystko mnie wkurza. Czyni to ze mnie frustratkę? A ja myślałam, że człowieka. W dodatku blog to też pewnego rodzaju pamiętnik, a że staram się pisać regularnie (wiem, wiem, z różnym skutkiem), moje emocje się odbijają na tonie wpisów. Ciężko z tym walczyć, a zresztą wcale nie chcę. Popełniam błędy (chociażby przeprowadzka do Wuhan), przytrafiają mi się sytuacje, z którymi nie wiem jak sobie poradzić (biurokracja), wreszcie miewam problemy uczuciowe (dwa rozstania, z czego ostatnie wyjątkowo paskudne). I tak, w takich momentach nic się nie chce, a kulturowo niekompatybilna babcia śmiejąca się w autobusie jest absolutnie nie do zniesienia. Potem za to wyprzytulają mnie i wycałują dzieciaki w szkole i świat znowu nabiera kolorów. Czasem szybciej, czasem wolniej.

W chwili obecnej jestem przeszczęśliwa. Mam cudowną współlokatorkę, w pracy bezproblemowo ogarniają mi wszystkie potrzebne dokumenty, a że jeszcze im znalazłam kogoś za siebie, to pewnie puszczą mnie kilka dni wcześniej niż kontraktowo muszą. W Pekinie czeka na mnie nowa praca, bardzo pozytywnie się zapowiadająca, tona znajomych, którzy się już nie mogą doczekać mojego przyjazdu, nowe przygody i wyzwania. I problemy i frustracje też, a co, pełen pakiet! :)

Chińskie angielskie imiona

Wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka chińskie imiona w olbrzymiej większości brzmią podobnie oraz są niesamowicie trudne do zapamiętania. Rozwiązaniem jest oczywiście nadanie drugiego imienia (czy też kolejnego – tka jak i u nas mają imię oficjalne i zdrobnienia, tylko w ich przypadku te dwa nie mają ze sobą zazwyczaj nic wspólnego), wybierają więc dla dziecka imię angielskie. Niestety, czasem w sposób chiński, zamiast wybrać z listy… Oto kilka przykładów chińskiej kreatywności:

Yoyo, Cici – uchodzą już za normalne imiona, niemal w każdej klasie jakąś – lub jakiegoś – mam.

Seven, Eleven, Ninety-Nine – nie wiem, co takiego jest w liczbach. Ładnie brzmią?

Nie wiem, co kierowało rodzicami, gdy córeczce nadali imię Rabbit, ale gdy spotkałam Animal przez 5 minut próbowałam jej wytłumaczyć, że to fajnie, ze lubi zwierzęta, ale ja pytam o jej imię.

Przy Cookie i Candy mam zawsze ochotę pytać jakim cudem wymarzoną karierą dla dziecka może być striptizerka (czy w jednym wypadku striptizer).

Ocean, Sky i Apple są tak sympatycznie ekologiczne, że je akceptuję bez mrugnięcia okiem, a wręcz z uśmiechem.

Wall·E mnie martwi, gdyż zapewne będzie miał problemy typograficzne.

Chocolate, Hero, Fishbowl, CLK500, McQueen, Jobless, Godspeed powodują tylko załamanie rąk. Śmiać się czy płakać?

To wszystko jednak blednie w obliczu niedawno poznanej dziewczynki, której rodzice nadali imię… Wiwi. Wymawiane jak Wee-wee – tak, dokładnie tak samo jak dziecięce, śmieszne określenie na męskie genitalia. Tym razem naprawdę wiele mnie kosztowało, by się nie roześmiać – a wręcz jestem dumna, że skończyło się tylko na głupawym uśmieszku…

Jak wymówić umowę o pracę?

Oczywiście, można po prostu powiedzieć „rezygnuję”, „nie lubię Wuhan, więc chcę stąd uciec”, czy też „w sumie to mi się ta szkoła nie podoba, spadajcie na drzewo”. Tym samym możemy jednak nie otrzymać tak zwanego „release letter”, oficjalnego dokumentu, bez którego nie możemy znaleźć legalnej pracy na tej samej wizie.

Co więc może zrobić taka osoba, która pracę chcę zmienić? Ano może zrobić to, co zrobiłam ja i… sprzedać dobrą historię.

Otóż grzecznie, nieśmiało poprosiłam szefową oraz główną nauczycielkę o rozmowę, po czym równie grzecznie poinformowałam, że niestety muszę opuścić Wuhan. Ojej, dlaczego? Otóż mój chłopak mi się oświadczył i właśnie dostał pracę swoich marzeń w Pekinie. MUSZĘ za nim pojechać, chcemy wziąć ślub jak najszybciej i założyć rodzinę. Znalazłam nawet już pracę i chcą mnie tam jak najszybciej… tak, wiem, że kontrakt kończy mi się w marcu, ale w wyjątkowych przypadkach jest możliwość unieważnienia kontraktu, o ile poinformujemy o tym na 30 dni wcześniej. Pomogę wam nawet znaleźć kogoś na moje miejsce, zacznę pytać wszystkich jak tylko skończymy rozmawiać. Tak, rozumiem, że jest jakaś kara, ale tak bardzo chcę założyć rodzinę, mam już 26 lat, rozumiecie to, prawda?

Oczywiście, że rozumieją :) rodzina jest oczywiście najważniejsza. I gratulacje, i powodzenia, release letter? Tak tak, oczywiście, że ci napiszemy, to do kiedy możesz pracować? A jak nikogo do wtedy nie będzie? (Będzie.)

Oczywiście nie muszę chyba pisać, że chłopaka, ani tym bardziej narzeczonego nie mam, dzieci nie planuję, zwłaszcza w najbliższej przyszłości, wcale nie uważam, żeby 26 lat było wiek, w którym już by wypadało zakładać rodzinę, a do Pekinu przeprowadzam się, bo lubię bardziej niż Wuhan?

AKTUALIZACJA: Jako że usłyszałam, że to, co zrobiłam, to zrobienie pracodawcy w konia, pragnę tutaj coś sprostować. Mam prawo odejść z pracy bez podawania przyczyny (póki poinformuję o tym na 30 dni przed odejściem), a zgodnie z prawem pracodawca ma obowiązek wystawić mi ów „release letter”. Rzeczywistość natomiast jest taka, że owego świstka bardzo często nie chcą wystawiać i tym samym uniemożliwiają odejście z pracy. Tak, wcisnęłam im kit, ale tylko po to, aby upewnić się, że dostanę to, co zgodnie z prawem mi się należy.

Samo szczęście!

Wspomnianą ostatnio pracę dostałam, ale… warunki okazały się tragiczne (miało być fajne, bo polecone), w dodatku śmiesznie niską pensję uzasadnili tym, że chcą nauczyciela faceta – ostatnio jak sprawdzałam to zazwyczaj jest odwrotnie… a już najbardziej mnie rozbroili jak powiedzieli, że wizy pracowniczej nie zapewnią. Jeszcze do tego odezwali się w niedzielę o 11 w nocy – co dla mnie jest odpowiednikiem piątkowego wieczoru. Mimo paru łyków wina odezwałam się jednak do drugiej potencjalnej pracy, że jestem zainteresowana, chcę i wszystko – poszli na kompromisy, dopisali co chciałam do kontraktu, w dodatku wydają się przesympatyczni. Zaczynam pracę 27 sierpnia, co najpierw mnie trochę zasmuciło – bo chciałam jechać jak najszybciej – ale po namyśle stwierdziłam, że to może nie tak źle, pojadę w międzyczasie jeszcze do Pekinu odwiedzić znajomych i przewieźć połowę bagaży.

Sprawa pekińskiego mieszkania – jedna koleżanka już zaoferowała, by szukać mieszkania razem, co byłoby super, bo się dogadujemy, rzecz w tym, że mieszka kilka stacji metra od mojej pracy (bez tragedii, ale lepiej bliżej), inna wspomniała coś o odnajmowaniu swojego pokoju, tym razem w odpowiedniej okolicy, ale nie do końca pewne. Tymczasem…

Wczoraj wybrałam się na imprezę pożegnalną mojego najlepszego w Wuhan kumpla, który jutro przeprowadza się do… Pekinu, a jego praca jest również w Wudaokou. I rzucił w pewnym momencie, że może tak byśmy razem coś znaleźli. Nie ukrywałam zaskoczenia, nie tyle samą propozycją, ile faktem, że nawet mi to nie przeszło przez myśl – a to takie oczywiste, przyjaźnimy się od dłuższego już czasu, dogadujemy się i będziemy pracować niemal w tym samym miejscu!

Jedyne, co mi teraz zostało to… poinformować obecną pracę o moim odejściu. Może nie być łatwo ani miło, ale z drugiej strony będę ich informować na prawie 2 miesiące przed (obowiązek jest 30 dni), co powinno trochę sprawę załagodzić.

W Wuhan jest gorąco

Tytuł nie brzmi jak jakiś specjalny nius, prawda? A jednak każdy, kto tak myśli po prostu nie był w Wuhan. Więc jak bardzo jest gorąco?

Jest tak gorąco, że klimatyzacja chodzi non stop na 16 stopni, by utrzymać w pokoju temperaturę… 28.

Jest tak gorąco, że wdepnięcie w brudną wodę z polewarki ulic jest przyjemnością.

Jest tak gorąco, że rezygnuję z tak wielu ubrań, jak się da, rozpatruję chodzenie do pracy nago.

Jest tak gorąco, że chociaż jestem od wielu lat zadeklarowaną ateistką modlę się o choćby mżawkę, a w wolnych chwilach szukam wszelkich informacji o mniej i bardziej starożytnych rytuałach wywołujących deszcz.

A konkretniej? 30-34 stopnie w cieniu, wilgotność powietrza 86%. A jest dopiero czerwiec, w lipcu i sierpniu podobno jest jeszcze gorzej…

Bardzo szczęśliwa odebrałam dziś telefon z potencjalnej pracy w Pekinie (tam chociaż jest sucho – poza innymi zaletami!). Przesympatyczna pani miała do mnie stosunkowo niewiele pytań, co można interpretować jako brak zainteresowania, ja jednak uważam, że to dlatego, że mnie będą chcieli i lada chwila się odezwą, żebym wymawiała umowę w obecnej pracy. I tym optymistycznym akcentem ładnie wszystkich proszę o trzymanie za mnie kciuków :)