Dobra zmiana

Dwa tygodnie temu wpadłam na pomysł, że może by się tak przeprowadzić do Szanghaju. Napisałam więc do kumpla, który tam jest… A ten mi od razu polecił pracę. Rozmowa kwalifikacyjna śpiewająco (jakżeby inaczej), więc… Po powrocie do Pekinu (wczoraj koło pierwszej w nocy) pojechałam do swojej starej pracy (z której koniec końców mnie nie zwolnili), żeby porozmawiać z szefową o odejściu (a przed wyjazdem myślałam, że o kontynuacji współpracy). Szefowa powiedziała, że tak, wie, że kontrakt mi się skończył, ale uwzględnili mnie w planie i chcieli mnie zatrzymać. Ja zaczęłam, że to miło, ale mało godzin, chciałabym więcej… Szefowa na to ile ma mi dać godzin, żebym została :)
Na co oczywiście odpowiedziałam…
Że wychodzę za mąż a mój narzeczony dostał wspaniałą robotę w Szanghaju.
Działa bez pudła.
Koniec końców szefowa się popłakała, pogratulowała, życzyła szczęścia i powiedziała, że jak cokolwiek w Szanghaju będzie nie tak to mogę do nich zawsze wrócić.
Palenie mostów jest dla durniów nie kontrolujacych swoich emocji. No bo perfekcyjnie nie było i chciałam odejść, tak? No tak. Ale furtka zawsze lepsza otwarta.
Po rozmowie z szefowa napisałam do szanghajskiej pracy, żeby się potargować o wyższe wynagrodzenie, udało się – szczęśliwą bezrobotną byłam całe pół godziny.
Potem jeszcze dla zasady poszłam na umówiona rozmowę kwalifikacyjna, która była tak fajna, że zaczęłam kwestionować Szanghaj… Po zrobieniu listy wad i zalet ciągle był remis. Ale jeden szczegół – na i z rozmowy kwalifikacyjnej podwiózł mnie kolega koleżanki. Jak schodziłam ze skutera łydką dotknęłam gorącej rury wydechowej. No ból i pieczenie jak cholera no i głosik w głowie mi mówi: znak.
Nie, nie jestem durna i nie wierze w znaki. Ale jeśli pojawia mi się myśl, ze coś jest znakiem, oznacza to, że to podświadomość podpowiada mi czego naprawdę chcę. Wybieram Szanghaj.
Dalej: Julianowy pub quiz w Lushu, który po raz pierwszy wygraliśmy! A potem moja pożegnalna impreza. Jedna z lepszych imprez, na jakich byłam! Choć większość czasu albo się przytulałam z ludźmi, albo płakałam, albo oba. Rano powitał mnie piąty w życiu kac. Znak numer 2 ;)
16.14, siedzę w pociągu do Szanghaju. Zatrzymuję się u kolegi dopóki nie znajdę swojego mieszkania, a jutro juz zaczynam prace w nowym miejscu. Po 5 tygodniach wakacji więcej wolnego nie potrzebuje!
PS. Tak, wiem, długa cisza. Trochę skończyła się wena, trochę mniej było o czym pisać. Ale że teraz coś się dzieje to wracam!

Dopisane, jako że zapomniałam hasła i dopiero je odzyskałam: praca jest cudowna :)

Miesięczna przerwa

Długo nie pisałam, bo… tak naprawdę nie było o czym.

Praca jest ciągle tak fajna jak na początku. Współlokator co jakiś czas mnie pyta, czy ja w ogóle pracuje, bo takie mam urocze godziny pracy. Poza jedną problematyczną grupą mam same wspaniałe dzieciaki, świetnie dogaduję się też z ludźmi, z którymi pracuję, nie ma starć, spięć, kłótni ani niczego podobnego. Od kiedy też zaczęłam tu pracować nie ominęłam żadnego dnia w pracy. Dostrzegli też, że tak, jak obiecałam przygotowuję się po swojemu i… przymykają oko na moje ignorowanie office hours ;)

Bardziej prywatnie trochę mniej się teraz imprezuje – zrobiło się przerażająco zimno i ludzie wolą siedzieć w domu…. całkiem często jednak w moim domu. Nagle tez się zrobiło trochę pusto, bo Niki się wyprowadziła (wypłaciła się z długów i znalazła mieszkanie, tak jak było planowane). Nie spodziewałam się natomiast, że najczęściej używanym zimą ciuchem będą… krótkie spodenki. Tak ładnie w naszym budynku działa ogrzewanie, że całkiem często jest za gorąco na tradycyjnie zimowe ciuchy.

A okno nie zawsze warto otwierać. Ostatnie dwa dni jakość powietrza wynosiła ponad 600 (opis skali kończy się przy 500 z opisem, że nie należy ruszać się z domu i należy ograniczyć jakąkolwiek aktywność fizyczną). W nocy jednak zawiało i dziś rano obudziło mnie piękne słońce a aplikacja pokazała… 25. Dla porównania w Warszawie było 28, także nie taki ten Pekin zły, jak go malują. A przynajmniej czasami.

W przyszłym tygodniu za to mijają dwa lata, odkąd przyjechałam do Chin. I tak, zamierzam zrobić małe podsumowanie :)

Dobra nauczycielka

Zdaję sobie sprawę z faktu, że nauczanie to pozycja wyjściowa dla olbrzymiej ilości przyjezdnych (jeśli nie większości). Sama jednak nauczanie lubię, w dodatku miałam szczęście dostać naprawdę fajne grupy… i jest to robota, która mnie karmi, i bynajmniej nie mówię tu jedynie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo dzieciaki doceniają w najsłodszy możliwy sposób.

Najczęstszy sposób docenienia to podarowanie naklejki lub jakiegoś smakołyka. Rozbroiło mnie jednak, jak dzieciaki dostawały mooncake’i i jeden z uczniów swoje ciastko oddał mnie (mooncake to takie ciastko, które ładnie wygląda, w środku człowiek się spodziewa czegoś czkoladowego albo choć słodkiego, a zastaje bliżej nieokreśloną masę o bliżej nieokreślonym smaku. Ogólnie zawód, ale Chińczycy z jakiegoś powodu je lubią).

Są jeszcze przecudne rysunki. I tak jak jeden z uczniów dowiedział się o moich polskich korzeniach narysował dla mnie… to:

2

Muszę przyznać, że to akurat był uczeń wyjątkowy, z którym w przerwach rozmawiałam o komunizmie, socjalizmie, przemianach społecznych, ateizmie i tego typu rzeczach. Dzieciak miał koło trzynastu lat :)

Ostatni mój prezent natomiast wygląda tak:

1

Jestem pod wrażeniem, bo dziewczę nieduże, a rysunek ładny i szczegóły zaskakująco dobrze uchwycone (dokładna ilość naszyjników, włosy zawinięte na spince). Ale to co mnie cieszy w sytuacji najbardziej to po pierwsze, owo dziewczę było jedną z dwóch nieśmiałych w grupie, które zawsze musiałam bardzo ciągnąć za język – tego dnia, gdy otrzymałam prezent obie rwały się do odpowiadania na pytania. Po drugie zaś… był to wyjątkowo nie mój dzień, przyszłam wtedy do pracy zmęczona i niewyspana, i choć dawałam z siebie wszystko, to mam świadomość, że była to jedna z gorszych moim lekcji. Nie przeszkodziło :)

Wreczcie wczoraj. Jedna z moich ulubionych grup, jedna uczennica, z którą sobie zawsze w przerwach i przed zajęciami gadam, pyta mnie o moją pracę (poprzednim naszym tematem były wakacje i meduzy). I po chwili rzuca mi „I think you are a good teacher”. Mała rzecz a cieszy! …i nastraja bardzo pozytywnie na długo.

Nowa wspaniała praca

Zaczęłam tydzień temu w sobotę. Jeszcze bez żadnych zajęć – krótkie ogarnięcie tego, jak w tej szkole się uczy. Poszłam oczywiście lekko niepewna, Fiona, dziewczyna, z którą gadałam na WeChacie wydawała się co prawda przesympatyczna, ale z drugiej strony ci z poprzedniej prayc tez się tacy wydawali… Pierwsza niespodzianka – według kontraktu zaczynam o 9, dzień wcześniej dziewczyna pisze, żebym była koło 10. Miło. Po ogarnięciu materiału też żadnych szczególnie długich office hours – no bajka…

Same zajęcia – póki co wakacyjne krótkoterminowe, więc jeszcze nie mam stałego planu. Przyjemne za to, że pensję bazową mam płaconą za 50 godzin lekcyjnych MIESIĘCZNIE, a wszystko ponad płacone dodatkowo. I wygląda na to, że wyjdzie tych godzin więcej, co przy czynszu na Wudaokou jest bardzo dobrą nowiną (chociaż jeszcze czynszu nie płacę). Ale o zajęciach!

Pierwsza grupa, 5 dzieciaków, przesympatyczne, ogarniające, styl zajęć to historia oraz związane z nią ćwiczenia, duża dowolność po mojej stronie. Więc najpierw była historia, potem gra, żeby ich trochę poruszyć, pytania do historii, po czym pytania kreatywne. Dzieciaki zachwycone, tak samo zresztą jak nauczyciele w szkole – od początku mnie pokochali, nachwalili, aż się chce pracować!

Druga grupa – dwójka chłopaków. Podobny standard, tylko historia trochę dłuższa, dość dużo zresztą materiału, więc momentami szło ciężko. Ale wybrałam strategię bycia koleżanką i koniec końców pracowało nam się sympatycznie. Po dwóch dniach zresztą powiedzieli, że podobam im się dużo bardziej niż poprzedni nauczyciel. Nagle nikt mi nie wypomina małego potknięcia przez dwie godziny, a docenia dobrą robotę.

Pod koniec miesiąca będę miała dość ciężkie dwa tygodnie, też zajęcia wakacyjne, całe dnie bez przerwy – wynagradzają mi to miniwakacjami, pięć dni wolnego z rzędu. Tak się możemy dogadywać!

A ta wielka bolączka, office hours? Kontraktowo mam 10 w tygodniu (była walka, żeby nie mieć grafiku od-do bez względu na ilość zajęć!), ale na przykład dziś Fiona stwierdziła, że w sumie jak jutro nic nie mam, to przygotować się mogę w domu, ona mi ufa.

I najlepsze z najlepszych – brak mundurków! Po pierwsze, nie wciskają dzieciaków w te obrzydliwe koszulki w spranych kolorach, po drugie, nie ma dress-code’u dla nauczycieli. W poprzedniej szkole – obowiązkowo długie spodnie, białe koszulki i pełne buty. Dzieci oczywiście aż takich ograniczeń nie miały, więc przy włączeniu klimatyzacji marzły. Rozwiązanie? Zakaz nastawiania klimatyzacji poniżej 25, bo to bardzo zimno. Efekt dla mnie? Odparzenia na stopach takie, że jeszcze mnie bolą przy chodzeniu. Do nowej szkółki przyszłam w spódniczce i sandałkach i jakoś nikomu nie przeszkadza. Jedni zarejestrowali, że wygląd nauczyciela nie ma wpływu na jakość nauczania… a jego samopoczucie już tak :)

A poza pracą, którą absolutnie uwielbiam już teraz? Głównie chodzę na imprezy. Z jakiegoś powodu wybrałam Wudaokou (dzielnica studencka z wieloma klubami, w których kilka razy w tygodniu są darmowe drinki bądź inne okazje) i pracę na popołudnia. Jedyna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam, to mieszkanie. Na szczęście z takimi znajomymi jak moi nie muszę się tym za bardzo martwić!

Chińskie angielskie imiona

Wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka chińskie imiona w olbrzymiej większości brzmią podobnie oraz są niesamowicie trudne do zapamiętania. Rozwiązaniem jest oczywiście nadanie drugiego imienia (czy też kolejnego – tka jak i u nas mają imię oficjalne i zdrobnienia, tylko w ich przypadku te dwa nie mają ze sobą zazwyczaj nic wspólnego), wybierają więc dla dziecka imię angielskie. Niestety, czasem w sposób chiński, zamiast wybrać z listy… Oto kilka przykładów chińskiej kreatywności:

Yoyo, Cici – uchodzą już za normalne imiona, niemal w każdej klasie jakąś – lub jakiegoś – mam.

Seven, Eleven, Ninety-Nine – nie wiem, co takiego jest w liczbach. Ładnie brzmią?

Nie wiem, co kierowało rodzicami, gdy córeczce nadali imię Rabbit, ale gdy spotkałam Animal przez 5 minut próbowałam jej wytłumaczyć, że to fajnie, ze lubi zwierzęta, ale ja pytam o jej imię.

Przy Cookie i Candy mam zawsze ochotę pytać jakim cudem wymarzoną karierą dla dziecka może być striptizerka (czy w jednym wypadku striptizer).

Ocean, Sky i Apple są tak sympatycznie ekologiczne, że je akceptuję bez mrugnięcia okiem, a wręcz z uśmiechem.

Wall·E mnie martwi, gdyż zapewne będzie miał problemy typograficzne.

Chocolate, Hero, Fishbowl, CLK500, McQueen, Jobless, Godspeed powodują tylko załamanie rąk. Śmiać się czy płakać?

To wszystko jednak blednie w obliczu niedawno poznanej dziewczynki, której rodzice nadali imię… Wiwi. Wymawiane jak Wee-wee – tak, dokładnie tak samo jak dziecięce, śmieszne określenie na męskie genitalia. Tym razem naprawdę wiele mnie kosztowało, by się nie roześmiać – a wręcz jestem dumna, że skończyło się tylko na głupawym uśmieszku…

Zmiany…

Dostałam w końcu z powrotem swój paszport z dziesiątą chińską naklejką  - tym razem w końcu jest to upragnione „permanent residence”. Oficjalnie i legalnie!

Jeśli chodzi o pracę to zaczynam mieć syndrom sztokholmski. Samo uczenie lubię, więc nie jest problemem, a wolne chwile (większość…) spędzam na czytaniu. Może powinnam podziękować? W końcu wciągnęłam się w „Pieśń Lodu i Ognia” (dla telemaniaków: chodzi o książkową wersję „Gry o Tron”).

Z większych niusów – rozstałam się z Chrisem, więc nagle pojawił się problem gdzie mieszkać (z bardzo zawiłych i niepoprawnych chińsko-politycznie powodów przeprowadził się z powrotem z tego małego miasta do Wuhan). Czyli nagle trzeba było uruchomić całą maszynerię szukania mieszkania/pokoju – o tyle to skomplikowane, że o ile jako tako coś tam powiedzieć umiem, to z czytania chińskiego nici – agencje, strony internetowe więc odpadają.  Na szczęście jest Wechat, znajomi znajomych i ludzie poznani gdzieś tam pół roku temu na imprezie, wszyscy bardzo pomocni. W efekcie wczoraj oglądałam dwa miejsca, oba bardzo fajne, koniec końców zdecydowałam się na to z windą, tanim basenem, bliżej pracy (dojazd 15-20 minut zamiast 1.5 godziny!), z współlokatorem (zawsze milej się do kogoś odezwać) i psem :) Jeszcze nie wiem kiedy się będę przeprowadzać – weekend spędzam w Pekinie (wybory), ale już niedługo będę na całkiem swoim!

Powiało optymizmem… A nie, to grillowane grzyby

Wuhan mi się nie podoba. Nudne, szare, bardzo chińskie miasto. Stosunkowo mało obcokrajowców, brak turystów – ci, którzy tu są albo pracują, albo studiują. Jeden plus – blisko mam fajny, punkowy bar. Nazywa sie Wuhan Prison… Tak, w tym mieście słowa „I’m going to prison” czy „I was in prison” na nikim nie robią wrażenia.

Nowa praca… Też mi sie nie podoba. Długie godziny, mało pracy samej w sobie, zero szacunku dla mojego czasu. Ale zaczynam sie przyzwyczajać… No i dzieciaki sa cudne. Zwłaszcza we wtorki – grupa trzy- i czterolatków. W tym Thomas – malutki, pulchniutki, z pełnymi policzkami, malutkimi ustkami i slodkimi oczkami, z niewinnym/zaspanym spojrzeniem. Mam ochotę go ukraść ;)

Co wiecej… Może wypadałoby się wytłumaczyć z mojego przydługiego milczenia? Szczerze – przybita byłam. Miastem, pracą, chińskością (ich stawanie na środku wszędzie, również w godzinach szczytu chyba nigdy nie przestanie mnie doprowadzać do szału). Ale pojawiły się ananasy na patyku na ulicach (i zaczęły stanowić znaczny procent mojej diety). Zrobiło sie słonecznie i ciepło (już było 28stopni, wyciągnęłam sandałki), po czym zaczęło padać tak, że do kozaków nalało mi sie wierzchem…

I mimo niewielkiej ilości obcokrajowców poznałam parę nowych osób, wręcz czasu mi nie starcza, by spotykać sie z nimi na tyle często, na ile byśmy chcieli. Z niektórymi – zwłaszcza w akademiku – to się uważamy bardziej za rodzinę niż znajomych.
Ma się na lepsze :)  a, głupi tytuł – grille na ulicy. Tańsze niż w Pekinie, oferuja zazwyczaj szeroki wybór mięs. Dla mnie pozostają grzyby – nie narzekam, sa pyszne i bajecznie tanie!

Nejtiw srejtiw…

Popracowałam sobie dorywczo, było miło, no ale koniec końców szukam nowej, stałej pracy. I znowu widać, jak Chińczycy angielskiego nie znają – otóż ich niewiedza w tej dziedzinie jest tak ogromna, iż nawet nie wyobrażają sobie, by ktokolwiek z kraju innego niż anglojęzyczny mógł ten język opanować. Z tego powodu też w 90% ogłoszeń czytamy, iż poszukiwania tyczą tylko nativów. Jakież to zalety mają niby ci nativi?

Bo oni lepiej znają język. G… guzik prawda. Amerykanie jak nikt kaleczą angielski. Poczytajcie sobie Facebooka przypadkowych amerykanów – pisownia kompletnie leży, gramatyka często jest takiej jakości, iż ciężko zrozumieć, o co chodzi, a słownictwo jest na poziomie liceum. Naszego. W podstawie programowej.

Bo native lepiej nauczy. A to już największa bzdura – ludzie, którzy nie urodzili się w danym języku, tylko się go uczyli, wiedzą JAK się go uczyć. Wiedzą, co sprawia problemy, trudności, często mają też swoje sztuczki jak zapamiętywać zasady gramatyczne czy jak odróżniać podobne do siebie słowa. Nativi nigdy nie musieli na to zwracać uwagi.

Akcent. Ok, też jestem wielką fanką brytyjskiego akcentu, dlatego lubię oglądać choćby Monty Pythona. Smutna wiadomość dla Chińczyków – nie nauczysz się akcentu! Nie przy zajęciach dwa razy w tygodniu. Da się to oczywiście zrobić, będzie to kosztowało bardzo dużo pracy… i właściwie po co? By, wyglądając jak Chińczyk udawać Amerykanina? Skup się na nauce słówek i gramatyki, naucz się poprawnej wymowy i nie zawracaj sobie głowy mało istotnymi szczegółami. Akcentu łatwiej się nauczyć mając lekcje częściej i w młodszym wieku – co śmieszne, w przedszkolach mniej się upierają przy zatrudnianiu nativów – na to nacisk jest tym większy, im wyższy poziom nauczania. Czyli dokładnie odwrotnie, niż to ma sens.

Och, zaraz, a kto to w ogóle jest native? Właśnie, kolejny problem – co tutaj jest znowu szeroko nierozumiane – według Chińczyków native to ktoś, kto ma paszport USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii lub Nowej Zelandii. Czasami wystarczy paszport kraju anglojęzycznego. Faktyczna definicja (native – ktoś, dla kogo dany język jest pierwszym językiem) jakoś im umyka.

Efekt dla mnie? Poza toną frustracji wpisanie w CV dwóch języków jako natywnych. Plus historia, jak to mój ojciec wychował się w Stanach, więc jego pierwszym językiem jest angielski, i w tymże języku ze mną rozmawiał zawsze. Sprawdzą? Przetestują? A niech testują, jakoś ich testy mnie nie przerażają :)

Być licealistą! …choć może nie w Chinach.

Przez tydzień na zastępstwie uczyłam w pobliskim liceum. Z moich polskich doświadczeń wynika, że to jeden z fajniejszych okresów… w Chinach jest trochę inaczej.

Lekcje zaczynają się przed 7, każdego dnia poza niedzielą (ach, tak, drobny szczegół – weekend nie istnieje, wolne są dwa dni w miesiącu. Święta narodowe też nie zawsze obowiązują.). 6 lekcji do 12, następnie jest dwu- i półgodzinna przerwa obiadowa. Potem 3 kolejne lekcje, kolejna dłuższa przerwa i 2-4 godziny (nie lekcje, godziny) zajęć. Pocieszenie – lekcje trwają tylko 40 minut. Mniej pocieszające jest to, że to ciągle 8-10 godzin dziennie, od poniedziałku do niedzieli.

Nie jest też tak, że jest to świetny, inteligentnie zaprojektowany program, dzięki któremu przy małym nakładzie samodzielnej osiąga się świetne efekty. Te są dość mizerne, i ciężko się dziwić – po całym dniu w szkole licealiści idą do domu, by…  do 12 ślęczeć nad pracą domową. Jedna z uczennic została nazwana leniwą, bo cztery dni z rzędu nie poszła na lunch – ja tam się nie dziwię, że wolała ten czas spędzić w łóżku, choć spodziewam się, że zamiast drzemki przerwę spożytkowała na naukę.

Uzasadnienie czegoś takiego? Dzieci muszą się uczyć. Uzasadnienie siedmiodniowego tygodnia pracy? Wiele osób tutaj jest spoza miasta i mieszka w akademikach, boimy się o ich bezpieczeństwo, więc żeby mieć ich na oku zajmiemy cały ich czas szkołą.

Jedno w tym wszystkim jest pozytywne – sport. Każdego dnia jedna z przerw jest przeznaczona na bieganie, poza tym grają w koszykówkę, siatkówkę, tenisa, także w tej całej edudyktaturze nie siedzą tylko zamknięci w klasie, ale trochę się ruszają. Nie zmieni to jednak mojego zdania, że system jest chory.

Takie liceum przygotowuje też do późniejszych realiów pracy. Bardzo wiele ludzi pracuje w takim trybie – 10 godzin dziennie, dwa dni w miesiącu wolne, pokój dzielony z kilkoma osobami przy miejscu pracy, by odłożyć parę groszy (niewiele, bo płace również pozostawiają wiele do życzenia) i wpisać sobie doświadczenie w cv. Doświadczenie w byciu wyzyskiwanym.

Chiński syndrom sztokholmski?

Ciągle jestem na „nie”. Wkurzają mnie Chińczycy, wkurza mnie ich kompletna nieznajomość angielskiego i wkurza mnie, gdy zakładają, ze skoro tu jestem to na pewno mówię po chińsku i mówią z prędkością karabinu maszynowego. Nawet mój organizm zareagował. W Hong Kongu mimo wszechobecnej klimatyzacji i deszczu jakoś się trzymałam, tylko przyjechałam do Chin rozchorowałam się, jak w piątek niemal mi przeszło… poszłam na imprezę, by dziś umierać, bynajmniej nie z powodu kaca. Impreza w dodatku była do dupy…

Ale wracam powoli do siebie, w szkole jest miło, nowe dzieciaki już się oswajają, dostałam ostatnio buziaka od najbardziej śmiałego, od najmniej przytulenie – równie zaskakujące. Główna nauczycielka, tak jak miałam nadzieję, wróciła do bycia sympatyczną, przejęła się jak usłyszała mój kiepski głos… i nie ma żadnych nieprzyjemności.

Dostałam kilka cennych rad jak sobie radzić z tą formą szoku kulturowego, której właśnie doświadczam, w skrócie: to, co przypomina Polskę, jedzenie i książki. Tak jak napisałam, rady cenne, więc oczywiście nie zastosowałam się do żadnej z nich, ot, po prostu – o schabowe ciężko, a polskich książek nie wzięłam. Zjadłam trochę więcej ziemniaków, wypiłam trochę więcej piwa z koleżankami. Też polsko!

Dziś natomiast obejrzałam sobie film… chiński. Takie moje próby, pierwszy, który oglądałam był zupełnie głupi, drugi miał ładne widoki, ale fabuła bez polotu, dzisiejszy natomiast… Może mam gorączkę, katar rzuca mi się na głowę, albo za długo tu już jestem, ale podobał mi się niesamowicie! Nazywa się toto „Journey to the West: Conquering the Demons” i wygląda fajnie, jest śmieszny, akcja jest wartka, postacie dobrze zbudowane, a te fantastyczne również świetnie ucharakteryzowane, efekty trochę przesadzone – czyli taki film, jak lubię. Zdecydowanie warte polecenia… może te Chiny nie są takie złe, jeszcze trochę mogę zostać ;)