Jak nie kochać tego miejsca?

Przez chwilę w Pekinie było strasznie zimno i wietrznie. I co? I skończył się smog, a po trzech dniach wróciło słońce i pogoda, a ja wyciągnęłam z powrotem sandałki. Tak, wiem, że w Polsce śnieg…

W naszym wynajętym przez trzy osoby mieszkanku stale mieszka 5-6 osób, plus ciągle ktoś przychodzi i… uwielbiam to. Absolutnie uwielbiam towarzystwo , w które tu się wkręciłam. Pozytywne, otwarte, ciekawe, i z całego świata. A mieszkanie się zrobiło do tego stopnia otwarte, że jak będę dorabiała klucze mam dorobić co najmniej 5.

Przy ostatnim większym posiedzeniu skończyło się na tańcach na łóżku, po którym przeniosłyśmy się (tak, był babski wieczór) na noc filmową, która się skończyła koło 4. Zalety pracy na popołudnia! :)

I mamy też u nas zupełnie niespotykane absurdy. Przykład? Ciro (współlokator Włoch) zrobił spaghetti. Dla wszystkich oczywiście, jakżeby inaczej? Pośpieszam Niki (współlokatorka Brazylijka), żeby jadła, bo ostygnie. Odpowiedź? „Niee, poczekam na widelec”. Tak, w naszym międzynarodowym domku dorobiliśmy się wielu pałeczek, ale widelce posiadamy… dwa!

Frustracja czy krytyka?

Pod ostatnim wpisem otrzymałam komentarz, że jestem jedną z wielu frustratów w Chinach, i zaczęłam myśleć nad tematem. A że tych przemyśleń trochę się zebrało, to i spisałam.

Gdy ktoś mnie pytał o Chiny na początku mojego pobytu, odpowiadałam, że jestem zachwycona. Gdy ktoś mnie o nie pytał około marca-kwietnia tego roku, odpowiadałam, że nie lubię. Teraz odpowiadam, że jak każde miejsce, Chiny mają swoje wady i zalety.

Nie pretenduję do miana wszystkowiedzącej. Obserwuję i piszę co widzę i jak się z tym czuję. Hej, jak zaczęłam tego bloga to miały być to głównie informacje dla znajomych i rodziny, bym nie musiała 15 razy dziennie odpisywać na „co tam u Ciebie?”.

Chcę myśleć, że to, co piszę negatywnego, to krytyka, i w jakiejś części tak jest. Pewne rzeczy są okrutnie denerwujące, zwłaszcza dla człowieka z innej kultury (niespodzianka! Ania w Chinach pisząca po polsku jest z innej niż chińska kultury!), pewne rzeczy obiektywnie nie mają sensu, ale takie już tu są. Można się przyzwyczaić, ale jak do tego zgubiło się parasolkę a za oknem deszcz to nagle się robią denerwujące.

Wreszcie, czasem po prostu jestem sfrustrowana! A kto nie jest? Czasem mam zły humor, czasem wszystko mnie wkurza. Czyni to ze mnie frustratkę? A ja myślałam, że człowieka. W dodatku blog to też pewnego rodzaju pamiętnik, a że staram się pisać regularnie (wiem, wiem, z różnym skutkiem), moje emocje się odbijają na tonie wpisów. Ciężko z tym walczyć, a zresztą wcale nie chcę. Popełniam błędy (chociażby przeprowadzka do Wuhan), przytrafiają mi się sytuacje, z którymi nie wiem jak sobie poradzić (biurokracja), wreszcie miewam problemy uczuciowe (dwa rozstania, z czego ostatnie wyjątkowo paskudne). I tak, w takich momentach nic się nie chce, a kulturowo niekompatybilna babcia śmiejąca się w autobusie jest absolutnie nie do zniesienia. Potem za to wyprzytulają mnie i wycałują dzieciaki w szkole i świat znowu nabiera kolorów. Czasem szybciej, czasem wolniej.

W chwili obecnej jestem przeszczęśliwa. Mam cudowną współlokatorkę, w pracy bezproblemowo ogarniają mi wszystkie potrzebne dokumenty, a że jeszcze im znalazłam kogoś za siebie, to pewnie puszczą mnie kilka dni wcześniej niż kontraktowo muszą. W Pekinie czeka na mnie nowa praca, bardzo pozytywnie się zapowiadająca, tona znajomych, którzy się już nie mogą doczekać mojego przyjazdu, nowe przygody i wyzwania. I problemy i frustracje też, a co, pełen pakiet! :)