Wakacyjny hedonizm

Jak pewnie… nie wiecie, pierwszy tydzień października (czy coś około tego, zależy gdzie się pracuje) jest tygodniem wolnym od pracy. Miałam wielkie plany, chcieliśmy z kumplem gdzieś za granicę się ruszyć, ale on się splukał (opłacanie mieszkania na trzy miesiące z góry…), a ja chociaż środki miałam, to mam również koleżankę tak spłukaną, że z tej resztki mojej pensji utrzymywałyśmy się dwie :) Ale nudzić się nie można, więc trzeba było pokorzystać z życia w sposób mało kosztowny. Brzmi może oksymoronicznie, ale… Pekin ma imprezy. I to jakie imprezy!

Może na początek rozkład jazdy Wudaokou? (tak, to ta dzielnica, w której mieszkam). Poniedziałek – kilka darmowych drinków w klubie Propaganda. Istotne: nie są datowane, więc niewykorzystane przechodzą na jakikolwiek inny poniedziałek. Wtorek jest dniem nudnym. Środa – open bar WSZĘDZIE. Płatny, od 10 juanów (sic!) do bodajże 90 (uwaga: panowie płacą więcej). Czwartek: Ladies night, co oznacza w każdym klubie kilka bilecików dla pań. Czyli wszędzie się chodzi grupą i tylko zmienia kluby. Piątek, sobota okazji brak (no chyba, żeby liczyć szoty za 5, ale to okazja jak nie okazja), niedziela – noc studencka w Wu. Haczyk: należy pokazać legitymację studencką. Obejście: wchodzi się na dowód lub prawo jazdy. Niekoniecznie swoje.

Weekendy w Wudaokou jak widać nie są szczególnie okazyjne, ale to się obchodzi… jadąc do Sanlitun, mniej studenckiej, a bardziej tip-top dzielnicy imprezowej. Haczyk: Sanlitun jest drogie. Obejście: wystarczy znać ludzi, którzy wpisują nazwiska na listę gości. Efekt: co weekend wpisujemy 30+ nazwisk na listy do co najmniej 6 klubów.

Nie, nie przeimprezowałam całego wolnego tygodnia, jedynie od środy do niedzieli i potem w kolejną środę. Wakacje niestety spowodowały, że kluby były pełniusieńkie (a open bar niemal niemożliwy do wykorzystania). Z okazji wakacji też trafiłam na najlepszą imprezę w całym moim życiu (i zostałam wielką fanką Sir Teen w Sanlitun).

Z koleżanką, Niki, miałyśmy też plany pozaimprezowe – no bo nie można tylko imprezować i w domu siedzieć, prawda? No prawda… tylko że jak postanowiłyśmy wybrać się do dzielnicy artystycznej, coby się rozrywkowo poukulturalniać, to w Pekinie zagościł smog taki, że postanowiłyśmy oszczędzić płuca. Po dwóch dniach na szczęście zaczęło wiać i smog się skończył, ale wraz z nim również wakacje…

Cztery dni w Pekinie

Pojechałam w sobotę rano szybkim pociągiem do Pekinu. Obywatelski obowiązek ważna rzecz, i chociaż żaden z kandydatów mi nie pasuje w 100% (jeśli pasuje w 50 to i tak dobry wynik), to wolałam wybrać mniejsze zło. Poza tym – Pekin! W końcu miałam wymówkę, by wybrać się do miasta, które pamiętam już tylko pozytywnie. I to nie tylko przez kontrast z przenudnym Wuhan…

Zdjęć Pekinu zrobiłam w sumie pięć. Miejsc turystycznych, zabytków, świątyń, pałaców czy też miejsc z listy światowego dziedzictwa UNESCO zobaczyłam prawie zero. I były to najlepsze cztery dni od bardzo, bardzo, BARDZO dawna.

A co robiłam? Spotkałam się z ludźmi, których od tak strasznie dawna nie widziałam, imprezowałam do białego rana (całkiem dosłownie), przez kumpla (poznanego w Pekinie rok temu Polaka) wkręciłam się w najcudowniejszą grupę ludzi, którzy już teraz zaraz mnie chcą ściągać do Pekinu, a potem do Ameryki Południowej (plan przyszłoroczny).

Z planów, jakie miałam na tę wycieczkę, nie wyszło praktycznie nic (no ok, zagłosowałam). Wyszło o tyle lepiej! Podsumowanie 4 dni: 12 godzin snu, 4 posiłki, tona nowych znajomych i więcej wrażeń, niż po miesiącu w Wuhan…

Plan na teraz: znaleźć pracę TAM. Przeprowadzić się z powrotem do Pekinu. Wuhan to zdecydowanie nie była szczęśliwa decyzja i jak najszybciej to trzeba odkręcić!

Chiński fryzjer i imprezowanie

W piątek wybrałam się do fryzjera! I to nawet nie na farbowanie jak to zwykle ze mną bywa, tylko postanowiłam, że będę miała grzywkę! Pojechałyśmy z Marine, wyjaśnienie tego, czego chcemy oczywiście nie jest banalne (ja to jeszcze – Marine nieźle się gimnastykowała, by objaśnić końcówki i pasemka). Co ciekawe: każdą z nas zajmowało się dwóch fryzjerów, rozczesywali włosy delikatnie i po raz pierwszy w życiu nie zostałam poproszona o zdjęcie kolczyków (przy ilości 26 to całkiem spore udogodnienie). Fryzjer główny, który mi grzywkę ciął wydawał się zachwycony blond włosami, zresztą efekt był perfekcyjny. Co ciekawe sam z siebie też podciął mi końcówki (i faktycznie tylko końcówki, nie 10 cm gdy prosisz o 2!) oraz je lekko podkręcił. Po wszystkim jeszcze porobił zdjęcia – ja się wcale nie dziwię, efekt był tak fantastyczny, że jak czekałam na koleżankę to co i raz się wgapiałam w swoje odbicie!

A wczoraj z moją ekipą wybraliśmy się na podbój Pekinu nocą. Najpierw bar, żeby sobie posiedzieć i pogadać – sympatycznie, niespodzianką był barman mówiący po angielsku. Po północy ludzie zaczęli się powoli wykruszać, więc trzeba było zrealizować kolejną część planu – iść potańczyć :) klub w okolicy okazał się płatny dla wszystkich, więc przenieśliśmy się do Sanlitun (bardzo zeuropeizowana okolica), gdzie, chińskim zwyczajem, panie nie płaciły za wejście. Takie zwyczaje to ja rozumiem!

Klub w sumie jak to klub… muzyka totalnie nie moja, ale nadająca się do tańca, w klubie duża część osób (jeśli nie większość) to obcokrajowcy, ale grupa pięciu blondynek i tak zwróciła na siebie uwagę. Miejsce nieszczególnie różniące się od europejskich, może tym, że można tam wszędzie palić. Ale poza tym (oraz jednym Chińczykiem, który mimo mojego kręcenia głową ciągle mnie zaczepiał) wyjście zdecydowanie na plus.

Poranek od około 5.30 spędziłam z koleżankami na typowo chińskich frytkach i kawie w KFC, potem do domu tylko po to, by tam poczekać na przejazd do drugiego domu (te coweekendowe przeprowadzki też mnie już do szału doprowadzają), by w końcu koło 12 zacząć odsypiać…