Miesięczna przerwa

Długo nie pisałam, bo… tak naprawdę nie było o czym.

Praca jest ciągle tak fajna jak na początku. Współlokator co jakiś czas mnie pyta, czy ja w ogóle pracuje, bo takie mam urocze godziny pracy. Poza jedną problematyczną grupą mam same wspaniałe dzieciaki, świetnie dogaduję się też z ludźmi, z którymi pracuję, nie ma starć, spięć, kłótni ani niczego podobnego. Od kiedy też zaczęłam tu pracować nie ominęłam żadnego dnia w pracy. Dostrzegli też, że tak, jak obiecałam przygotowuję się po swojemu i… przymykają oko na moje ignorowanie office hours ;)

Bardziej prywatnie trochę mniej się teraz imprezuje – zrobiło się przerażająco zimno i ludzie wolą siedzieć w domu…. całkiem często jednak w moim domu. Nagle tez się zrobiło trochę pusto, bo Niki się wyprowadziła (wypłaciła się z długów i znalazła mieszkanie, tak jak było planowane). Nie spodziewałam się natomiast, że najczęściej używanym zimą ciuchem będą… krótkie spodenki. Tak ładnie w naszym budynku działa ogrzewanie, że całkiem często jest za gorąco na tradycyjnie zimowe ciuchy.

A okno nie zawsze warto otwierać. Ostatnie dwa dni jakość powietrza wynosiła ponad 600 (opis skali kończy się przy 500 z opisem, że nie należy ruszać się z domu i należy ograniczyć jakąkolwiek aktywność fizyczną). W nocy jednak zawiało i dziś rano obudziło mnie piękne słońce a aplikacja pokazała… 25. Dla porównania w Warszawie było 28, także nie taki ten Pekin zły, jak go malują. A przynajmniej czasami.

W przyszłym tygodniu za to mijają dwa lata, odkąd przyjechałam do Chin. I tak, zamierzam zrobić małe podsumowanie :)

Jak nie kochać tego miejsca?

Przez chwilę w Pekinie było strasznie zimno i wietrznie. I co? I skończył się smog, a po trzech dniach wróciło słońce i pogoda, a ja wyciągnęłam z powrotem sandałki. Tak, wiem, że w Polsce śnieg…

W naszym wynajętym przez trzy osoby mieszkanku stale mieszka 5-6 osób, plus ciągle ktoś przychodzi i… uwielbiam to. Absolutnie uwielbiam towarzystwo , w które tu się wkręciłam. Pozytywne, otwarte, ciekawe, i z całego świata. A mieszkanie się zrobiło do tego stopnia otwarte, że jak będę dorabiała klucze mam dorobić co najmniej 5.

Przy ostatnim większym posiedzeniu skończyło się na tańcach na łóżku, po którym przeniosłyśmy się (tak, był babski wieczór) na noc filmową, która się skończyła koło 4. Zalety pracy na popołudnia! :)

I mamy też u nas zupełnie niespotykane absurdy. Przykład? Ciro (współlokator Włoch) zrobił spaghetti. Dla wszystkich oczywiście, jakżeby inaczej? Pośpieszam Niki (współlokatorka Brazylijka), żeby jadła, bo ostygnie. Odpowiedź? „Niee, poczekam na widelec”. Tak, w naszym międzynarodowym domku dorobiliśmy się wielu pałeczek, ale widelce posiadamy… dwa!

Nowa wspaniała praca

Zaczęłam tydzień temu w sobotę. Jeszcze bez żadnych zajęć – krótkie ogarnięcie tego, jak w tej szkole się uczy. Poszłam oczywiście lekko niepewna, Fiona, dziewczyna, z którą gadałam na WeChacie wydawała się co prawda przesympatyczna, ale z drugiej strony ci z poprzedniej prayc tez się tacy wydawali… Pierwsza niespodzianka – według kontraktu zaczynam o 9, dzień wcześniej dziewczyna pisze, żebym była koło 10. Miło. Po ogarnięciu materiału też żadnych szczególnie długich office hours – no bajka…

Same zajęcia – póki co wakacyjne krótkoterminowe, więc jeszcze nie mam stałego planu. Przyjemne za to, że pensję bazową mam płaconą za 50 godzin lekcyjnych MIESIĘCZNIE, a wszystko ponad płacone dodatkowo. I wygląda na to, że wyjdzie tych godzin więcej, co przy czynszu na Wudaokou jest bardzo dobrą nowiną (chociaż jeszcze czynszu nie płacę). Ale o zajęciach!

Pierwsza grupa, 5 dzieciaków, przesympatyczne, ogarniające, styl zajęć to historia oraz związane z nią ćwiczenia, duża dowolność po mojej stronie. Więc najpierw była historia, potem gra, żeby ich trochę poruszyć, pytania do historii, po czym pytania kreatywne. Dzieciaki zachwycone, tak samo zresztą jak nauczyciele w szkole – od początku mnie pokochali, nachwalili, aż się chce pracować!

Druga grupa – dwójka chłopaków. Podobny standard, tylko historia trochę dłuższa, dość dużo zresztą materiału, więc momentami szło ciężko. Ale wybrałam strategię bycia koleżanką i koniec końców pracowało nam się sympatycznie. Po dwóch dniach zresztą powiedzieli, że podobam im się dużo bardziej niż poprzedni nauczyciel. Nagle nikt mi nie wypomina małego potknięcia przez dwie godziny, a docenia dobrą robotę.

Pod koniec miesiąca będę miała dość ciężkie dwa tygodnie, też zajęcia wakacyjne, całe dnie bez przerwy – wynagradzają mi to miniwakacjami, pięć dni wolnego z rzędu. Tak się możemy dogadywać!

A ta wielka bolączka, office hours? Kontraktowo mam 10 w tygodniu (była walka, żeby nie mieć grafiku od-do bez względu na ilość zajęć!), ale na przykład dziś Fiona stwierdziła, że w sumie jak jutro nic nie mam, to przygotować się mogę w domu, ona mi ufa.

I najlepsze z najlepszych – brak mundurków! Po pierwsze, nie wciskają dzieciaków w te obrzydliwe koszulki w spranych kolorach, po drugie, nie ma dress-code’u dla nauczycieli. W poprzedniej szkole – obowiązkowo długie spodnie, białe koszulki i pełne buty. Dzieci oczywiście aż takich ograniczeń nie miały, więc przy włączeniu klimatyzacji marzły. Rozwiązanie? Zakaz nastawiania klimatyzacji poniżej 25, bo to bardzo zimno. Efekt dla mnie? Odparzenia na stopach takie, że jeszcze mnie bolą przy chodzeniu. Do nowej szkółki przyszłam w spódniczce i sandałkach i jakoś nikomu nie przeszkadza. Jedni zarejestrowali, że wygląd nauczyciela nie ma wpływu na jakość nauczania… a jego samopoczucie już tak :)

A poza pracą, którą absolutnie uwielbiam już teraz? Głównie chodzę na imprezy. Z jakiegoś powodu wybrałam Wudaokou (dzielnica studencka z wieloma klubami, w których kilka razy w tygodniu są darmowe drinki bądź inne okazje) i pracę na popołudnia. Jedyna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam, to mieszkanie. Na szczęście z takimi znajomymi jak moi nie muszę się tym za bardzo martwić!

Frustracja czy krytyka?

Pod ostatnim wpisem otrzymałam komentarz, że jestem jedną z wielu frustratów w Chinach, i zaczęłam myśleć nad tematem. A że tych przemyśleń trochę się zebrało, to i spisałam.

Gdy ktoś mnie pytał o Chiny na początku mojego pobytu, odpowiadałam, że jestem zachwycona. Gdy ktoś mnie o nie pytał około marca-kwietnia tego roku, odpowiadałam, że nie lubię. Teraz odpowiadam, że jak każde miejsce, Chiny mają swoje wady i zalety.

Nie pretenduję do miana wszystkowiedzącej. Obserwuję i piszę co widzę i jak się z tym czuję. Hej, jak zaczęłam tego bloga to miały być to głównie informacje dla znajomych i rodziny, bym nie musiała 15 razy dziennie odpisywać na „co tam u Ciebie?”.

Chcę myśleć, że to, co piszę negatywnego, to krytyka, i w jakiejś części tak jest. Pewne rzeczy są okrutnie denerwujące, zwłaszcza dla człowieka z innej kultury (niespodzianka! Ania w Chinach pisząca po polsku jest z innej niż chińska kultury!), pewne rzeczy obiektywnie nie mają sensu, ale takie już tu są. Można się przyzwyczaić, ale jak do tego zgubiło się parasolkę a za oknem deszcz to nagle się robią denerwujące.

Wreszcie, czasem po prostu jestem sfrustrowana! A kto nie jest? Czasem mam zły humor, czasem wszystko mnie wkurza. Czyni to ze mnie frustratkę? A ja myślałam, że człowieka. W dodatku blog to też pewnego rodzaju pamiętnik, a że staram się pisać regularnie (wiem, wiem, z różnym skutkiem), moje emocje się odbijają na tonie wpisów. Ciężko z tym walczyć, a zresztą wcale nie chcę. Popełniam błędy (chociażby przeprowadzka do Wuhan), przytrafiają mi się sytuacje, z którymi nie wiem jak sobie poradzić (biurokracja), wreszcie miewam problemy uczuciowe (dwa rozstania, z czego ostatnie wyjątkowo paskudne). I tak, w takich momentach nic się nie chce, a kulturowo niekompatybilna babcia śmiejąca się w autobusie jest absolutnie nie do zniesienia. Potem za to wyprzytulają mnie i wycałują dzieciaki w szkole i świat znowu nabiera kolorów. Czasem szybciej, czasem wolniej.

W chwili obecnej jestem przeszczęśliwa. Mam cudowną współlokatorkę, w pracy bezproblemowo ogarniają mi wszystkie potrzebne dokumenty, a że jeszcze im znalazłam kogoś za siebie, to pewnie puszczą mnie kilka dni wcześniej niż kontraktowo muszą. W Pekinie czeka na mnie nowa praca, bardzo pozytywnie się zapowiadająca, tona znajomych, którzy się już nie mogą doczekać mojego przyjazdu, nowe przygody i wyzwania. I problemy i frustracje też, a co, pełen pakiet! :)

Chińskie angielskie imiona

Wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka chińskie imiona w olbrzymiej większości brzmią podobnie oraz są niesamowicie trudne do zapamiętania. Rozwiązaniem jest oczywiście nadanie drugiego imienia (czy też kolejnego – tka jak i u nas mają imię oficjalne i zdrobnienia, tylko w ich przypadku te dwa nie mają ze sobą zazwyczaj nic wspólnego), wybierają więc dla dziecka imię angielskie. Niestety, czasem w sposób chiński, zamiast wybrać z listy… Oto kilka przykładów chińskiej kreatywności:

Yoyo, Cici – uchodzą już za normalne imiona, niemal w każdej klasie jakąś – lub jakiegoś – mam.

Seven, Eleven, Ninety-Nine – nie wiem, co takiego jest w liczbach. Ładnie brzmią?

Nie wiem, co kierowało rodzicami, gdy córeczce nadali imię Rabbit, ale gdy spotkałam Animal przez 5 minut próbowałam jej wytłumaczyć, że to fajnie, ze lubi zwierzęta, ale ja pytam o jej imię.

Przy Cookie i Candy mam zawsze ochotę pytać jakim cudem wymarzoną karierą dla dziecka może być striptizerka (czy w jednym wypadku striptizer).

Ocean, Sky i Apple są tak sympatycznie ekologiczne, że je akceptuję bez mrugnięcia okiem, a wręcz z uśmiechem.

Wall·E mnie martwi, gdyż zapewne będzie miał problemy typograficzne.

Chocolate, Hero, Fishbowl, CLK500, McQueen, Jobless, Godspeed powodują tylko załamanie rąk. Śmiać się czy płakać?

To wszystko jednak blednie w obliczu niedawno poznanej dziewczynki, której rodzice nadali imię… Wiwi. Wymawiane jak Wee-wee – tak, dokładnie tak samo jak dziecięce, śmieszne określenie na męskie genitalia. Tym razem naprawdę wiele mnie kosztowało, by się nie roześmiać – a wręcz jestem dumna, że skończyło się tylko na głupawym uśmieszku…

Jak wymówić umowę o pracę?

Oczywiście, można po prostu powiedzieć „rezygnuję”, „nie lubię Wuhan, więc chcę stąd uciec”, czy też „w sumie to mi się ta szkoła nie podoba, spadajcie na drzewo”. Tym samym możemy jednak nie otrzymać tak zwanego „release letter”, oficjalnego dokumentu, bez którego nie możemy znaleźć legalnej pracy na tej samej wizie.

Co więc może zrobić taka osoba, która pracę chcę zmienić? Ano może zrobić to, co zrobiłam ja i… sprzedać dobrą historię.

Otóż grzecznie, nieśmiało poprosiłam szefową oraz główną nauczycielkę o rozmowę, po czym równie grzecznie poinformowałam, że niestety muszę opuścić Wuhan. Ojej, dlaczego? Otóż mój chłopak mi się oświadczył i właśnie dostał pracę swoich marzeń w Pekinie. MUSZĘ za nim pojechać, chcemy wziąć ślub jak najszybciej i założyć rodzinę. Znalazłam nawet już pracę i chcą mnie tam jak najszybciej… tak, wiem, że kontrakt kończy mi się w marcu, ale w wyjątkowych przypadkach jest możliwość unieważnienia kontraktu, o ile poinformujemy o tym na 30 dni wcześniej. Pomogę wam nawet znaleźć kogoś na moje miejsce, zacznę pytać wszystkich jak tylko skończymy rozmawiać. Tak, rozumiem, że jest jakaś kara, ale tak bardzo chcę założyć rodzinę, mam już 26 lat, rozumiecie to, prawda?

Oczywiście, że rozumieją :) rodzina jest oczywiście najważniejsza. I gratulacje, i powodzenia, release letter? Tak tak, oczywiście, że ci napiszemy, to do kiedy możesz pracować? A jak nikogo do wtedy nie będzie? (Będzie.)

Oczywiście nie muszę chyba pisać, że chłopaka, ani tym bardziej narzeczonego nie mam, dzieci nie planuję, zwłaszcza w najbliższej przyszłości, wcale nie uważam, żeby 26 lat było wiek, w którym już by wypadało zakładać rodzinę, a do Pekinu przeprowadzam się, bo lubię bardziej niż Wuhan?

AKTUALIZACJA: Jako że usłyszałam, że to, co zrobiłam, to zrobienie pracodawcy w konia, pragnę tutaj coś sprostować. Mam prawo odejść z pracy bez podawania przyczyny (póki poinformuję o tym na 30 dni przed odejściem), a zgodnie z prawem pracodawca ma obowiązek wystawić mi ów „release letter”. Rzeczywistość natomiast jest taka, że owego świstka bardzo często nie chcą wystawiać i tym samym uniemożliwiają odejście z pracy. Tak, wcisnęłam im kit, ale tylko po to, aby upewnić się, że dostanę to, co zgodnie z prawem mi się należy.

Chiński pacjent

Spędziłam ostatnio trochę czasu w chińskim szpitalu – już uspokajam, nic mi nie jest, byłam odwiedzić koleżankę. Koleżanka, Rosa, nabyła sobie lampę do opalania znanej zachodniej firmy. Efekt? 25% ciała w poparzeniach 2. stopnia. Ból nieziemski, wybrała się więc do szpitala, do którego było jej najbliżej. Lekarz spojrzał na nią (bo badaniem tego nazwać nie można) po czym powiedział, że ma… pić dużo gorącej wody. Tak, z tą radą odesłał ją do domu. W domu jednak nie wytrzymała zbyt długo i koniec końców wylądowała na oddziale dla poparzonych w nieco lepszym szpitalu.

Co to znaczy nieco lepszy szpital? Za samo wejście 2000 yuanów. Kolejny 1000 za każdy dzień (ubezpieczenie potem podobno zwraca, jak się ma, ale na dzień dobry trzeba swoje wyłożyć). Wtedy jest się w „luksusie”, w pokoju, a nie w korytarzu. A że pokój siedmioosobowy to inna bajka.

Marudził ktoś kiedyś na szpitalne jedzenie? W Chinach nie marudzą, bo nie ma żadnego jedzenia, rodzina przynosi. Nie ma też ręcznika czy papieru toaletowego, a gdy Rosa szła na papierosa zalecili jej wzięcie ze sobą wszystkich rzeczy, bo kradną.

O chińskim poszanowaniu prywatności kiedyś tam już wspominałam… i tak tutaj, gdy zmieniają jej opatrunek – nago, wiadomo, przy tak rozległym poparzeniu – wszystkie inne pacjentki z pokoju się gapią. Zmiana opatrunku nastąpiła też w trakcie moich odwiedzin – stanęłam z ręcznikiem, żeby zasłonić drzwi, gdy pewna pani je otworzyła i wezwała… mnie. Nie mam pojęcia o co jej i jej asystentowi chodziło, bo po angielsku powiedzieli tylko „what are you doing here?”, a po chińsku całą masę medyczno-szpitalnych rzeczy, z którym rozumiałam tylko zaimki. Olałam, wróciłam do pokoju, ale nie zauważyłam, że ów asystent cały czas szedł za mną… i tak, wparował bezczelnie do tego pokoju. Rosa się wkurzyła i trudno się jej dziwić, jakby mało jej było wgapiających się w nią pacjentek…

Inna rzecz – goście. Wiadomo, że jest ich dużo, zwłaszcza, że szpital nie zapewnia jedzenia, problemem natomiast jest to, jak Chińczycy rozmawiają. Rozmawiają GŁOŚNO. I normą jest, że goście przychodzą o 6 i zaczynają drzeć mordy – przepraszam, ale innych słów nie ma! W nieco bardziej normalnych godzinach siedzę z Rosą, rozmawiamy, jesteśmy około metr od siebie, nie słyszymy się. Poziom absurdu mnie przerósł, więc… zrobiłam dokładnie to co oni i zaczęłam rozmawiać tak samo głośno (wcale nie jest to proste, nie tak łatwo jednocześnie pilnować się, by krzyczeć i mówić z sensem ;) ). Zaskoczyłam wszystkich, ale ucichli! I okazało się, że da się inaczej.

Ale to co mnie tam przeraża najbardziej to korytarze. Ci, których nie stać na pokój wybierają łóżko na korytarzu – tych ludzi jest masa. A oddział poparzonych to nie jest najprzyjemniejsze miejsce. Dla odwiedzających. Nie chcę nawet próbować wyobrażać sobie co czują ludzie, którzy są tam jako pacjenci.

Wniosek? Nie chorować. Za nic w świecie nie zachorować i nie wylądować w szpitalu w Chinach…

10 sygnałów, że jesteś w Chinach zbyt długo

Nie jest tajemnicą, że jestem tu za długo… Tak naprawdę to wyniosłabym się do Australii. A tymczasem… Jak rozpoznać, że to już zbyt wiele czasu w Chinach?
1. Nie jesz ryżu… Jednym z głównych składników twojej diety jest za to mifan.
2. Buntujesz sie przeciw wydawaniu 30 juanów (+-20zl) za parasolkę. Możesz dać 10… 15 jak jest wyjątkowo ładna.
3. Przepychasz sie i potrącasz wszystkich dookoła, którzy blokują drogę/idą za wolno. Stajesz sie w tym lepszy niz Chińczycy.
4. Pałeczki sa wygodniejsze od wszystkiego innego. Zaczynasz jeść chipsy pałeczkami.
5. Czekolada jest dobra, ale tak naprawdę masz ochote na wodorosty.
6. Posiłek za ponad 20 juanow uważasz za ekskluzywny.
7. Najcześciej używane przez ciebie słowa w Twoim ojczystym języku to te same, których nie mowi sie przy dzieciach. Przeklinasz we wszystkich językach, które choć troche znasz.
8. Nie tylko wiesz, że Chińczycy sie miedzy sobą różnią – rozpoznajesz całkiem sporą ilośc aktorów i aktorek.
9. Nucisz xiao pingguo częściej, niż jesteś gotów/gotowa się przyznać.
10. „Bye bye” mówisz z chińskim akcentem – „baibai”

Bez myśli przewodniej

Dziś tak bardzo ogólnie, bo coś tam się dzieje, więc wypadałoby opisać, a z drugiej strony nie dzieje się nic wyjątkowego, więc ciężko mi ustalić jeden temat.

Było Halloween i impreza z okazji, ale to wygląda tak jak i w Polsce – ot, kolejne wyjście do klubu, tylko większość ludzi się przebiera. Niektórzy w fantastyczne, chińskie szaty cesarskie (przez które nie mieścili się potem w drzwiach), popularne też było medyczne ubranie ochronne (moim ulubionym było to z napisem „Ebola Gay” – dlaczego jest to śmieszne można sprawdzić tutaj). Ja postawiłam na gotycką wróżkę – leniwie, po prostu założyłam jedną z dziwnych kiecek ;)

Z większych nowości: w przyszłym tygodniu jadę do Nepalu na trzy miesiące. Pierwsze dwa tygodnie to Everest (spokojnie, nie porywam się na szczyt – idziemy tylko do base campu), później jadę do Gadhimai w południowym Nepalu. Będzie tam kręcony film dokumentalny o uboju rytualnym i jestem w ekipie – zapraszam na stronę – wersja polska już wkrótce :) Zabawa pewnie będzie przednia… przynajmniej na Evereście, jeśli chodzi o dokument to mam wrażenie, że mój żołądek może nie wytrzymać. Tak czy inaczej – NEPAL! Od dłuższego czasu moje marzenie się spełnia.

Przez wyjazd zaniedbam też trochę bloga, choć postaram się coś wrzucić w międzyczasie. Ale nie spodziewam się wifi na himalajskiej trasie (choć kto wie!)

Tak więc żyję, mam się dobrze, z okazji przygotowań na Nepal (i upodobań chłopaka) zostałam chwilowo wegetarianką i może pomysł na wpis o chińskim alkoholu był lepszy, bo chociaż wiedziałabym, jak go zakończyć…

Tłumy, tłumy wszędzie, co to będzie, co to będzie?

To, że ludzi w Chinach jest dużo to żadna nowość. Zaskakuje za to fakt, że mimo ich ilości i zagęszczenia w wielkich miastach ciągle nie nauczyli się podstawowych zasad, które znacznie umiliłyby wszystkim dookoła funkcjonowanie…

O metrze, w którym do miejsc jest wyścig już pisałam. Taki urok olbrzymiego miasta, gdzie godzinny dojazd to ciągle blisko. Dodajmy różnice kulturową i mniejszy problem z ograniczaniem przestrzeni prywatnej i mamy właśnie taką mieszankę wybuchową. Patrząc oczywiście przez okulary osoby wychowanej w kulturze zachodniej. Rozumiem różnicę, lubić nie muszę.

Inny przypadek – idę przez sklep. Śpieszę się, bo muszę wymienić coś, co na kasie się nie wbiło. Uwierzcie mi – jeden taki bieg przez sklep może skutecznie popsuć cały, skądinąd naprawdę udany, dzień. Śpieszę się alejką – pech chce, że obok foteli do masażu. W jednym z nich siedzi klientka sklepu (zrozumiałe), obok niej jej wózek z zakupami (również zrozumiałe), postawiony w poprzek tak, że przejść się nie da. Nie pierwszy to tego typu przypadek, więc po prostu przestawiam wózek. Gdyby wzrok mógł zabijać…

Idę inną alejką, jedna pani stawia koszyk na środku i przegląda towary, obok niej druga. Cała szerokość alejki zajęta, przejść się nie da. Przeskakuję nad koszykiem, nawet nie patrzę na reakcję.

Już poza sklepem. Idę szerokim chodnikiem, przede mną idzie drobniutka Chinka z chłopakiem. Wydawałoby się, że łatwo ich będzie wyminąć, prawda? Skądże znowu. Mała Chinka nie dość, że idzie zygzakiem, to jeszcze wymachuje rękami, zajmując szerokość około dwóch i pół metra. I jest wielce zaskoczona, gdy uderza mnie w rękę. „Przepraszam” pewnie nawet nie przechodzi jej przez myśl.

Niedługo później, idę spokojnie kampusem, ze sklepu przede mnie wychodzi grupa czterech czy pięciu osób. Natychmiast zajmują całą szerokość chodnika, wlokąc się niemiłosiernie, po czym bez żadnej przyczyny się zatrzymują. Nie zwalniając najmniejszej części chodnika.

Nie krytykuję tu kultury. Rozumiem różnice kulturowe. Jednak gdy mieszka się w kraju, gdzie jest ponad miliard ludzi, w mieście, gdzie jest ich kilka milionów, wypadałoby nauczyć się pewnych zasad, ułatwiających koegzystencję. Brak przepychania się czy trzymanie swoich rzeczy tak, by umożliwić innym swobodne przejście dla wszystkich byłoby wygodniejsze, dlaczego więc jest to aż tak niespotykane?