Dobra zmiana

Dwa tygodnie temu wpadłam na pomysł, że może by się tak przeprowadzić do Szanghaju. Napisałam więc do kumpla, który tam jest… A ten mi od razu polecił pracę. Rozmowa kwalifikacyjna śpiewająco (jakżeby inaczej), więc… Po powrocie do Pekinu (wczoraj koło pierwszej w nocy) pojechałam do swojej starej pracy (z której koniec końców mnie nie zwolnili), żeby porozmawiać z szefową o odejściu (a przed wyjazdem myślałam, że o kontynuacji współpracy). Szefowa powiedziała, że tak, wie, że kontrakt mi się skończył, ale uwzględnili mnie w planie i chcieli mnie zatrzymać. Ja zaczęłam, że to miło, ale mało godzin, chciałabym więcej… Szefowa na to ile ma mi dać godzin, żebym została :)
Na co oczywiście odpowiedziałam…
Że wychodzę za mąż a mój narzeczony dostał wspaniałą robotę w Szanghaju.
Działa bez pudła.
Koniec końców szefowa się popłakała, pogratulowała, życzyła szczęścia i powiedziała, że jak cokolwiek w Szanghaju będzie nie tak to mogę do nich zawsze wrócić.
Palenie mostów jest dla durniów nie kontrolujacych swoich emocji. No bo perfekcyjnie nie było i chciałam odejść, tak? No tak. Ale furtka zawsze lepsza otwarta.
Po rozmowie z szefowa napisałam do szanghajskiej pracy, żeby się potargować o wyższe wynagrodzenie, udało się – szczęśliwą bezrobotną byłam całe pół godziny.
Potem jeszcze dla zasady poszłam na umówiona rozmowę kwalifikacyjna, która była tak fajna, że zaczęłam kwestionować Szanghaj… Po zrobieniu listy wad i zalet ciągle był remis. Ale jeden szczegół – na i z rozmowy kwalifikacyjnej podwiózł mnie kolega koleżanki. Jak schodziłam ze skutera łydką dotknęłam gorącej rury wydechowej. No ból i pieczenie jak cholera no i głosik w głowie mi mówi: znak.
Nie, nie jestem durna i nie wierze w znaki. Ale jeśli pojawia mi się myśl, ze coś jest znakiem, oznacza to, że to podświadomość podpowiada mi czego naprawdę chcę. Wybieram Szanghaj.
Dalej: Julianowy pub quiz w Lushu, który po raz pierwszy wygraliśmy! A potem moja pożegnalna impreza. Jedna z lepszych imprez, na jakich byłam! Choć większość czasu albo się przytulałam z ludźmi, albo płakałam, albo oba. Rano powitał mnie piąty w życiu kac. Znak numer 2 ;)
16.14, siedzę w pociągu do Szanghaju. Zatrzymuję się u kolegi dopóki nie znajdę swojego mieszkania, a jutro juz zaczynam prace w nowym miejscu. Po 5 tygodniach wakacji więcej wolnego nie potrzebuje!
PS. Tak, wiem, długa cisza. Trochę skończyła się wena, trochę mniej było o czym pisać. Ale że teraz coś się dzieje to wracam!

Dopisane, jako że zapomniałam hasła i dopiero je odzyskałam: praca jest cudowna :)

Nawał pracy, nawał wolnego

Styczeń był dość nierówny…po zakończeniu semestru miałam kilka dni wolnego, które wykorzystałam, by odwiedzić znajomych w Wuhan.

Ciekawostka: hasłem owego miasta jest „Wuhan – different every day”. Tymczasem po pół roku miasto było dokładnie tak samo szare i nudne, jak i każdego dnia, gdy tam mieszkałam. Wyjazdu oczywiście nie żałuję, bo nie pojechałam tam zwiedzać, tylko odwiedzić kilka osób, za którymi się stęskniłam. I dla tego było warto.

Zaraz po powrocie natomiast zaczęły mi się Winter Campy – taki kursy przyspieszone, trwające po osiem dni. Czyli osiem dni wstawania rano i bycia w pracy po 10 godzin – zdecydowanie nie dla mnie! W dodatku po pierwszym winter campie miałam tylko jeden dzień przerwy i to zdecydowanie nie było wystarczająco… do tego stopnia, że pierwsze zajęcia z drugiego Winter campu poszły mi bardzo źle. Wiadomo, że nie wszystkie zajęcia idą świetnie, ale jeśli o tamte chodzi to aż mi było wstyd, że tak nawaliłam.

Ale w końcu i to się skończyło, a i przyjemnie, bo na ostatnich zajęciach nwa uczennica jako prezent noworoczny podarowała mi bransoletkę (zawsze mnie takie gesty cieszą). Kurs skończył się w poniedziałek, więc ze znajomymi poszliśmy wieczorem do Propagandy, po której jeszcze kontynuowaliśmy imprezę u mnie… i w ten sposób wylądowałam z grypą. W środę poszułam się trochę lepiej, więc poszłam na imprezę pożegnalną koleżanki (duże słowo, bo pożegnanie na dwa tygodnie)… nie muszę wspominać, że to nie była najmądrzejsza decyzja?

Tak naprawdę dopiero dziś czuję, że powoli odżywam, i w końcu mogę zacząć się cieszyć moimi trzytygodniowymi wakacjami… których 1/3 już gdzieś umknęła.

Miesięczna przerwa

Długo nie pisałam, bo… tak naprawdę nie było o czym.

Praca jest ciągle tak fajna jak na początku. Współlokator co jakiś czas mnie pyta, czy ja w ogóle pracuje, bo takie mam urocze godziny pracy. Poza jedną problematyczną grupą mam same wspaniałe dzieciaki, świetnie dogaduję się też z ludźmi, z którymi pracuję, nie ma starć, spięć, kłótni ani niczego podobnego. Od kiedy też zaczęłam tu pracować nie ominęłam żadnego dnia w pracy. Dostrzegli też, że tak, jak obiecałam przygotowuję się po swojemu i… przymykają oko na moje ignorowanie office hours ;)

Bardziej prywatnie trochę mniej się teraz imprezuje – zrobiło się przerażająco zimno i ludzie wolą siedzieć w domu…. całkiem często jednak w moim domu. Nagle tez się zrobiło trochę pusto, bo Niki się wyprowadziła (wypłaciła się z długów i znalazła mieszkanie, tak jak było planowane). Nie spodziewałam się natomiast, że najczęściej używanym zimą ciuchem będą… krótkie spodenki. Tak ładnie w naszym budynku działa ogrzewanie, że całkiem często jest za gorąco na tradycyjnie zimowe ciuchy.

A okno nie zawsze warto otwierać. Ostatnie dwa dni jakość powietrza wynosiła ponad 600 (opis skali kończy się przy 500 z opisem, że nie należy ruszać się z domu i należy ograniczyć jakąkolwiek aktywność fizyczną). W nocy jednak zawiało i dziś rano obudziło mnie piękne słońce a aplikacja pokazała… 25. Dla porównania w Warszawie było 28, także nie taki ten Pekin zły, jak go malują. A przynajmniej czasami.

W przyszłym tygodniu za to mijają dwa lata, odkąd przyjechałam do Chin. I tak, zamierzam zrobić małe podsumowanie :)

Dobra nauczycielka

Zdaję sobie sprawę z faktu, że nauczanie to pozycja wyjściowa dla olbrzymiej ilości przyjezdnych (jeśli nie większości). Sama jednak nauczanie lubię, w dodatku miałam szczęście dostać naprawdę fajne grupy… i jest to robota, która mnie karmi, i bynajmniej nie mówię tu jedynie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo dzieciaki doceniają w najsłodszy możliwy sposób.

Najczęstszy sposób docenienia to podarowanie naklejki lub jakiegoś smakołyka. Rozbroiło mnie jednak, jak dzieciaki dostawały mooncake’i i jeden z uczniów swoje ciastko oddał mnie (mooncake to takie ciastko, które ładnie wygląda, w środku człowiek się spodziewa czegoś czkoladowego albo choć słodkiego, a zastaje bliżej nieokreśloną masę o bliżej nieokreślonym smaku. Ogólnie zawód, ale Chińczycy z jakiegoś powodu je lubią).

Są jeszcze przecudne rysunki. I tak jak jeden z uczniów dowiedział się o moich polskich korzeniach narysował dla mnie… to:

2

Muszę przyznać, że to akurat był uczeń wyjątkowy, z którym w przerwach rozmawiałam o komunizmie, socjalizmie, przemianach społecznych, ateizmie i tego typu rzeczach. Dzieciak miał koło trzynastu lat :)

Ostatni mój prezent natomiast wygląda tak:

1

Jestem pod wrażeniem, bo dziewczę nieduże, a rysunek ładny i szczegóły zaskakująco dobrze uchwycone (dokładna ilość naszyjników, włosy zawinięte na spince). Ale to co mnie cieszy w sytuacji najbardziej to po pierwsze, owo dziewczę było jedną z dwóch nieśmiałych w grupie, które zawsze musiałam bardzo ciągnąć za język – tego dnia, gdy otrzymałam prezent obie rwały się do odpowiadania na pytania. Po drugie zaś… był to wyjątkowo nie mój dzień, przyszłam wtedy do pracy zmęczona i niewyspana, i choć dawałam z siebie wszystko, to mam świadomość, że była to jedna z gorszych moim lekcji. Nie przeszkodziło :)

Wreczcie wczoraj. Jedna z moich ulubionych grup, jedna uczennica, z którą sobie zawsze w przerwach i przed zajęciami gadam, pyta mnie o moją pracę (poprzednim naszym tematem były wakacje i meduzy). I po chwili rzuca mi „I think you are a good teacher”. Mała rzecz a cieszy! …i nastraja bardzo pozytywnie na długo.

Nowa wspaniała praca

Zaczęłam tydzień temu w sobotę. Jeszcze bez żadnych zajęć – krótkie ogarnięcie tego, jak w tej szkole się uczy. Poszłam oczywiście lekko niepewna, Fiona, dziewczyna, z którą gadałam na WeChacie wydawała się co prawda przesympatyczna, ale z drugiej strony ci z poprzedniej prayc tez się tacy wydawali… Pierwsza niespodzianka – według kontraktu zaczynam o 9, dzień wcześniej dziewczyna pisze, żebym była koło 10. Miło. Po ogarnięciu materiału też żadnych szczególnie długich office hours – no bajka…

Same zajęcia – póki co wakacyjne krótkoterminowe, więc jeszcze nie mam stałego planu. Przyjemne za to, że pensję bazową mam płaconą za 50 godzin lekcyjnych MIESIĘCZNIE, a wszystko ponad płacone dodatkowo. I wygląda na to, że wyjdzie tych godzin więcej, co przy czynszu na Wudaokou jest bardzo dobrą nowiną (chociaż jeszcze czynszu nie płacę). Ale o zajęciach!

Pierwsza grupa, 5 dzieciaków, przesympatyczne, ogarniające, styl zajęć to historia oraz związane z nią ćwiczenia, duża dowolność po mojej stronie. Więc najpierw była historia, potem gra, żeby ich trochę poruszyć, pytania do historii, po czym pytania kreatywne. Dzieciaki zachwycone, tak samo zresztą jak nauczyciele w szkole – od początku mnie pokochali, nachwalili, aż się chce pracować!

Druga grupa – dwójka chłopaków. Podobny standard, tylko historia trochę dłuższa, dość dużo zresztą materiału, więc momentami szło ciężko. Ale wybrałam strategię bycia koleżanką i koniec końców pracowało nam się sympatycznie. Po dwóch dniach zresztą powiedzieli, że podobam im się dużo bardziej niż poprzedni nauczyciel. Nagle nikt mi nie wypomina małego potknięcia przez dwie godziny, a docenia dobrą robotę.

Pod koniec miesiąca będę miała dość ciężkie dwa tygodnie, też zajęcia wakacyjne, całe dnie bez przerwy – wynagradzają mi to miniwakacjami, pięć dni wolnego z rzędu. Tak się możemy dogadywać!

A ta wielka bolączka, office hours? Kontraktowo mam 10 w tygodniu (była walka, żeby nie mieć grafiku od-do bez względu na ilość zajęć!), ale na przykład dziś Fiona stwierdziła, że w sumie jak jutro nic nie mam, to przygotować się mogę w domu, ona mi ufa.

I najlepsze z najlepszych – brak mundurków! Po pierwsze, nie wciskają dzieciaków w te obrzydliwe koszulki w spranych kolorach, po drugie, nie ma dress-code’u dla nauczycieli. W poprzedniej szkole – obowiązkowo długie spodnie, białe koszulki i pełne buty. Dzieci oczywiście aż takich ograniczeń nie miały, więc przy włączeniu klimatyzacji marzły. Rozwiązanie? Zakaz nastawiania klimatyzacji poniżej 25, bo to bardzo zimno. Efekt dla mnie? Odparzenia na stopach takie, że jeszcze mnie bolą przy chodzeniu. Do nowej szkółki przyszłam w spódniczce i sandałkach i jakoś nikomu nie przeszkadza. Jedni zarejestrowali, że wygląd nauczyciela nie ma wpływu na jakość nauczania… a jego samopoczucie już tak :)

A poza pracą, którą absolutnie uwielbiam już teraz? Głównie chodzę na imprezy. Z jakiegoś powodu wybrałam Wudaokou (dzielnica studencka z wieloma klubami, w których kilka razy w tygodniu są darmowe drinki bądź inne okazje) i pracę na popołudnia. Jedyna rzecz, której jeszcze nie ogarnęłam, to mieszkanie. Na szczęście z takimi znajomymi jak moi nie muszę się tym za bardzo martwić!

Frustracja czy krytyka?

Pod ostatnim wpisem otrzymałam komentarz, że jestem jedną z wielu frustratów w Chinach, i zaczęłam myśleć nad tematem. A że tych przemyśleń trochę się zebrało, to i spisałam.

Gdy ktoś mnie pytał o Chiny na początku mojego pobytu, odpowiadałam, że jestem zachwycona. Gdy ktoś mnie o nie pytał około marca-kwietnia tego roku, odpowiadałam, że nie lubię. Teraz odpowiadam, że jak każde miejsce, Chiny mają swoje wady i zalety.

Nie pretenduję do miana wszystkowiedzącej. Obserwuję i piszę co widzę i jak się z tym czuję. Hej, jak zaczęłam tego bloga to miały być to głównie informacje dla znajomych i rodziny, bym nie musiała 15 razy dziennie odpisywać na „co tam u Ciebie?”.

Chcę myśleć, że to, co piszę negatywnego, to krytyka, i w jakiejś części tak jest. Pewne rzeczy są okrutnie denerwujące, zwłaszcza dla człowieka z innej kultury (niespodzianka! Ania w Chinach pisząca po polsku jest z innej niż chińska kultury!), pewne rzeczy obiektywnie nie mają sensu, ale takie już tu są. Można się przyzwyczaić, ale jak do tego zgubiło się parasolkę a za oknem deszcz to nagle się robią denerwujące.

Wreszcie, czasem po prostu jestem sfrustrowana! A kto nie jest? Czasem mam zły humor, czasem wszystko mnie wkurza. Czyni to ze mnie frustratkę? A ja myślałam, że człowieka. W dodatku blog to też pewnego rodzaju pamiętnik, a że staram się pisać regularnie (wiem, wiem, z różnym skutkiem), moje emocje się odbijają na tonie wpisów. Ciężko z tym walczyć, a zresztą wcale nie chcę. Popełniam błędy (chociażby przeprowadzka do Wuhan), przytrafiają mi się sytuacje, z którymi nie wiem jak sobie poradzić (biurokracja), wreszcie miewam problemy uczuciowe (dwa rozstania, z czego ostatnie wyjątkowo paskudne). I tak, w takich momentach nic się nie chce, a kulturowo niekompatybilna babcia śmiejąca się w autobusie jest absolutnie nie do zniesienia. Potem za to wyprzytulają mnie i wycałują dzieciaki w szkole i świat znowu nabiera kolorów. Czasem szybciej, czasem wolniej.

W chwili obecnej jestem przeszczęśliwa. Mam cudowną współlokatorkę, w pracy bezproblemowo ogarniają mi wszystkie potrzebne dokumenty, a że jeszcze im znalazłam kogoś za siebie, to pewnie puszczą mnie kilka dni wcześniej niż kontraktowo muszą. W Pekinie czeka na mnie nowa praca, bardzo pozytywnie się zapowiadająca, tona znajomych, którzy się już nie mogą doczekać mojego przyjazdu, nowe przygody i wyzwania. I problemy i frustracje też, a co, pełen pakiet! :)

Chińskie angielskie imiona

Wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka chińskie imiona w olbrzymiej większości brzmią podobnie oraz są niesamowicie trudne do zapamiętania. Rozwiązaniem jest oczywiście nadanie drugiego imienia (czy też kolejnego – tka jak i u nas mają imię oficjalne i zdrobnienia, tylko w ich przypadku te dwa nie mają ze sobą zazwyczaj nic wspólnego), wybierają więc dla dziecka imię angielskie. Niestety, czasem w sposób chiński, zamiast wybrać z listy… Oto kilka przykładów chińskiej kreatywności:

Yoyo, Cici – uchodzą już za normalne imiona, niemal w każdej klasie jakąś – lub jakiegoś – mam.

Seven, Eleven, Ninety-Nine – nie wiem, co takiego jest w liczbach. Ładnie brzmią?

Nie wiem, co kierowało rodzicami, gdy córeczce nadali imię Rabbit, ale gdy spotkałam Animal przez 5 minut próbowałam jej wytłumaczyć, że to fajnie, ze lubi zwierzęta, ale ja pytam o jej imię.

Przy Cookie i Candy mam zawsze ochotę pytać jakim cudem wymarzoną karierą dla dziecka może być striptizerka (czy w jednym wypadku striptizer).

Ocean, Sky i Apple są tak sympatycznie ekologiczne, że je akceptuję bez mrugnięcia okiem, a wręcz z uśmiechem.

Wall·E mnie martwi, gdyż zapewne będzie miał problemy typograficzne.

Chocolate, Hero, Fishbowl, CLK500, McQueen, Jobless, Godspeed powodują tylko załamanie rąk. Śmiać się czy płakać?

To wszystko jednak blednie w obliczu niedawno poznanej dziewczynki, której rodzice nadali imię… Wiwi. Wymawiane jak Wee-wee – tak, dokładnie tak samo jak dziecięce, śmieszne określenie na męskie genitalia. Tym razem naprawdę wiele mnie kosztowało, by się nie roześmiać – a wręcz jestem dumna, że skończyło się tylko na głupawym uśmieszku…

Jak wymówić umowę o pracę?

Oczywiście, można po prostu powiedzieć „rezygnuję”, „nie lubię Wuhan, więc chcę stąd uciec”, czy też „w sumie to mi się ta szkoła nie podoba, spadajcie na drzewo”. Tym samym możemy jednak nie otrzymać tak zwanego „release letter”, oficjalnego dokumentu, bez którego nie możemy znaleźć legalnej pracy na tej samej wizie.

Co więc może zrobić taka osoba, która pracę chcę zmienić? Ano może zrobić to, co zrobiłam ja i… sprzedać dobrą historię.

Otóż grzecznie, nieśmiało poprosiłam szefową oraz główną nauczycielkę o rozmowę, po czym równie grzecznie poinformowałam, że niestety muszę opuścić Wuhan. Ojej, dlaczego? Otóż mój chłopak mi się oświadczył i właśnie dostał pracę swoich marzeń w Pekinie. MUSZĘ za nim pojechać, chcemy wziąć ślub jak najszybciej i założyć rodzinę. Znalazłam nawet już pracę i chcą mnie tam jak najszybciej… tak, wiem, że kontrakt kończy mi się w marcu, ale w wyjątkowych przypadkach jest możliwość unieważnienia kontraktu, o ile poinformujemy o tym na 30 dni wcześniej. Pomogę wam nawet znaleźć kogoś na moje miejsce, zacznę pytać wszystkich jak tylko skończymy rozmawiać. Tak, rozumiem, że jest jakaś kara, ale tak bardzo chcę założyć rodzinę, mam już 26 lat, rozumiecie to, prawda?

Oczywiście, że rozumieją :) rodzina jest oczywiście najważniejsza. I gratulacje, i powodzenia, release letter? Tak tak, oczywiście, że ci napiszemy, to do kiedy możesz pracować? A jak nikogo do wtedy nie będzie? (Będzie.)

Oczywiście nie muszę chyba pisać, że chłopaka, ani tym bardziej narzeczonego nie mam, dzieci nie planuję, zwłaszcza w najbliższej przyszłości, wcale nie uważam, żeby 26 lat było wiek, w którym już by wypadało zakładać rodzinę, a do Pekinu przeprowadzam się, bo lubię bardziej niż Wuhan?

AKTUALIZACJA: Jako że usłyszałam, że to, co zrobiłam, to zrobienie pracodawcy w konia, pragnę tutaj coś sprostować. Mam prawo odejść z pracy bez podawania przyczyny (póki poinformuję o tym na 30 dni przed odejściem), a zgodnie z prawem pracodawca ma obowiązek wystawić mi ów „release letter”. Rzeczywistość natomiast jest taka, że owego świstka bardzo często nie chcą wystawiać i tym samym uniemożliwiają odejście z pracy. Tak, wcisnęłam im kit, ale tylko po to, aby upewnić się, że dostanę to, co zgodnie z prawem mi się należy.

Samo szczęście!

Wspomnianą ostatnio pracę dostałam, ale… warunki okazały się tragiczne (miało być fajne, bo polecone), w dodatku śmiesznie niską pensję uzasadnili tym, że chcą nauczyciela faceta – ostatnio jak sprawdzałam to zazwyczaj jest odwrotnie… a już najbardziej mnie rozbroili jak powiedzieli, że wizy pracowniczej nie zapewnią. Jeszcze do tego odezwali się w niedzielę o 11 w nocy – co dla mnie jest odpowiednikiem piątkowego wieczoru. Mimo paru łyków wina odezwałam się jednak do drugiej potencjalnej pracy, że jestem zainteresowana, chcę i wszystko – poszli na kompromisy, dopisali co chciałam do kontraktu, w dodatku wydają się przesympatyczni. Zaczynam pracę 27 sierpnia, co najpierw mnie trochę zasmuciło – bo chciałam jechać jak najszybciej – ale po namyśle stwierdziłam, że to może nie tak źle, pojadę w międzyczasie jeszcze do Pekinu odwiedzić znajomych i przewieźć połowę bagaży.

Sprawa pekińskiego mieszkania – jedna koleżanka już zaoferowała, by szukać mieszkania razem, co byłoby super, bo się dogadujemy, rzecz w tym, że mieszka kilka stacji metra od mojej pracy (bez tragedii, ale lepiej bliżej), inna wspomniała coś o odnajmowaniu swojego pokoju, tym razem w odpowiedniej okolicy, ale nie do końca pewne. Tymczasem…

Wczoraj wybrałam się na imprezę pożegnalną mojego najlepszego w Wuhan kumpla, który jutro przeprowadza się do… Pekinu, a jego praca jest również w Wudaokou. I rzucił w pewnym momencie, że może tak byśmy razem coś znaleźli. Nie ukrywałam zaskoczenia, nie tyle samą propozycją, ile faktem, że nawet mi to nie przeszło przez myśl – a to takie oczywiste, przyjaźnimy się od dłuższego już czasu, dogadujemy się i będziemy pracować niemal w tym samym miejscu!

Jedyne, co mi teraz zostało to… poinformować obecną pracę o moim odejściu. Może nie być łatwo ani miło, ale z drugiej strony będę ich informować na prawie 2 miesiące przed (obowiązek jest 30 dni), co powinno trochę sprawę załagodzić.

W Wuhan jest gorąco

Tytuł nie brzmi jak jakiś specjalny nius, prawda? A jednak każdy, kto tak myśli po prostu nie był w Wuhan. Więc jak bardzo jest gorąco?

Jest tak gorąco, że klimatyzacja chodzi non stop na 16 stopni, by utrzymać w pokoju temperaturę… 28.

Jest tak gorąco, że wdepnięcie w brudną wodę z polewarki ulic jest przyjemnością.

Jest tak gorąco, że rezygnuję z tak wielu ubrań, jak się da, rozpatruję chodzenie do pracy nago.

Jest tak gorąco, że chociaż jestem od wielu lat zadeklarowaną ateistką modlę się o choćby mżawkę, a w wolnych chwilach szukam wszelkich informacji o mniej i bardziej starożytnych rytuałach wywołujących deszcz.

A konkretniej? 30-34 stopnie w cieniu, wilgotność powietrza 86%. A jest dopiero czerwiec, w lipcu i sierpniu podobno jest jeszcze gorzej…

Bardzo szczęśliwa odebrałam dziś telefon z potencjalnej pracy w Pekinie (tam chociaż jest sucho – poza innymi zaletami!). Przesympatyczna pani miała do mnie stosunkowo niewiele pytań, co można interpretować jako brak zainteresowania, ja jednak uważam, że to dlatego, że mnie będą chcieli i lada chwila się odezwą, żebym wymawiała umowę w obecnej pracy. I tym optymistycznym akcentem ładnie wszystkich proszę o trzymanie za mnie kciuków :)