Sanlitun

Główną dzielnicę imprezową Pekinu odwiedziłam oczywiście na Sylwestra – poszłyśmy z przyjaciółką, Niki, do Vplusa – ot, po prostu lubianego klubu, w którym zresztą się poznałyśmy. Dobry wybór, impreza była rewelacyjna, i dzięki temu miałam najlepszego sylwestra w życiu :)

Do Sanlitun jednak wybrałam się jeszcze raz wczoraj – też oczywiście w celach towarzyskich. Pierwsze zaskoczenie – policja przed sklepem UNIQLO. Jeśli brzmi znajomo – to to miejsce, gdzie parę miesięcy temu miał miejsce atak mieczem. Jakby tego było mało, w okolicach świąt rozeszła się wieść wystosowana przez ambasadę Amerykańską, żeby uważać w okolicach Sanlitun… oczywiście przybyło tam też policji. W efekcie wygląda to tam tak:
police

Chwilę potem jest już mniej przerażająco, a bardziej… dawno dawno temu, w odległej galaktyce:
starwars

Z Gitą i Niki wybrałyśmy się na jedzenie a później na drinki do miejsca zwanego The Corner – jest to malutka knajpka z bardzo stylowym wystrojem – ściany są całe zapisane podpisami bywalców. Od mojej ostatniej tam wizyty przybyło też innych ozdób, mnie absolutnie powaliły metaloplastyczne motyle:
motylki

(jeśli ktoś jakimś cudem wie, gdzie moge coś takiego dostać to ładnie poproszę o informację).

Muszę przyznać, że 2016 rozpoczął się bardzo przyjemnie! Oby tylko tak się utrzymało. Cóż pozostaje dodać? Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!

KTV, chińskie karaoke

Ostatnio współlokatorka zaczepiła mnie, czy nie chciałabym z nią i z kilkoma innymi dziewczynami przejść się do KTV, bo właśnie rezerwuje pokój. Tego jeszcze tu nie doświadczyłam, więc cała szczęśliwa stwierdziłam, że tak, oczywiście, idę :)

Zaraz po szkole pojechaliśmy grupką (moja już wspominana grupka najbliższych szkolnych znajomych, 3 współlokatorki oraz później również dziewczyna Fabia) do Guomao – Pekińska wielkomiejska dzielnica, wysokie przeszklone budynki, sklepy Gucci czy Armani, ogólnie – nie mój klimat. Nasze KTV (o nazwie Windsor, jakby przepychu im nie wystarczało) mieściło się w jednym z takich właśnie budynków i na dzień dobry można się było poczuć nieswojo. Miejsce urządzone w stylu… mieszkania rodziny, u której au pairowałam – wszystkiego za dużo, byle pokazać, że są pieniądze.

Ale w końcu poszliśmy do naszego pokoju. Tak, nie było tam jednej wielkiej Sali i kto chce sobie śpiewa – są pokoiki prywatne, więc bawimy się ze znajomymi. Z jednej strony fajnie, jesteśmy w wybranym przez siebie towarzystwie i nie ma wielkich kolejek do mikrofonu (choć i tak zaskakująco duże!), z drugiej niema tego, co jest zawsze na imprezach – poznawania ludzi. W każdym razie, pokoik już „skromniejszy”, skórzane kanapy i dwa stoliki, wielki ekran. Nie do końca ogarnęłam sposób wyszukiwania piosenek – baza olbrzymia, ale chyba sposób katalogowania daleki od perfekcji, gdyż najlepiej się wyszukiwało wpisując tytułu… wyszukiwanie po języku piosenki nie działało zupełnie. Straszyli mnie też, że nie znajdę nic rockowego – nie było problemu, sama zaśpiewałam Pink Floyd, Queen, Offspringa i U2, wyhaczyłam też Nirvanę i Metallicę.

Zabawa przednia, do tego mieliśmy też tam obiad i napoje. Nie lubię pisać o pieniądzach, ale może to brzmieć, jakbym tutaj na nie wiadomo jakie imprezy chodziła i nie wiadomo ile wydawała – koszt takiej imprezy to 1000 juanów (+- 500zł), od pokoju oczywiście, nie od osoby :)