Sanlitun

Główną dzielnicę imprezową Pekinu odwiedziłam oczywiście na Sylwestra – poszłyśmy z przyjaciółką, Niki, do Vplusa – ot, po prostu lubianego klubu, w którym zresztą się poznałyśmy. Dobry wybór, impreza była rewelacyjna, i dzięki temu miałam najlepszego sylwestra w życiu :)

Do Sanlitun jednak wybrałam się jeszcze raz wczoraj – też oczywiście w celach towarzyskich. Pierwsze zaskoczenie – policja przed sklepem UNIQLO. Jeśli brzmi znajomo – to to miejsce, gdzie parę miesięcy temu miał miejsce atak mieczem. Jakby tego było mało, w okolicach świąt rozeszła się wieść wystosowana przez ambasadę Amerykańską, żeby uważać w okolicach Sanlitun… oczywiście przybyło tam też policji. W efekcie wygląda to tam tak:
police

Chwilę potem jest już mniej przerażająco, a bardziej… dawno dawno temu, w odległej galaktyce:
starwars

Z Gitą i Niki wybrałyśmy się na jedzenie a później na drinki do miejsca zwanego The Corner – jest to malutka knajpka z bardzo stylowym wystrojem – ściany są całe zapisane podpisami bywalców. Od mojej ostatniej tam wizyty przybyło też innych ozdób, mnie absolutnie powaliły metaloplastyczne motyle:
motylki

(jeśli ktoś jakimś cudem wie, gdzie moge coś takiego dostać to ładnie poproszę o informację).

Muszę przyznać, że 2016 rozpoczął się bardzo przyjemnie! Oby tylko tak się utrzymało. Cóż pozostaje dodać? Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!

Wakacyjny hedonizm

Jak pewnie… nie wiecie, pierwszy tydzień października (czy coś około tego, zależy gdzie się pracuje) jest tygodniem wolnym od pracy. Miałam wielkie plany, chcieliśmy z kumplem gdzieś za granicę się ruszyć, ale on się splukał (opłacanie mieszkania na trzy miesiące z góry…), a ja chociaż środki miałam, to mam również koleżankę tak spłukaną, że z tej resztki mojej pensji utrzymywałyśmy się dwie :) Ale nudzić się nie można, więc trzeba było pokorzystać z życia w sposób mało kosztowny. Brzmi może oksymoronicznie, ale… Pekin ma imprezy. I to jakie imprezy!

Może na początek rozkład jazdy Wudaokou? (tak, to ta dzielnica, w której mieszkam). Poniedziałek – kilka darmowych drinków w klubie Propaganda. Istotne: nie są datowane, więc niewykorzystane przechodzą na jakikolwiek inny poniedziałek. Wtorek jest dniem nudnym. Środa – open bar WSZĘDZIE. Płatny, od 10 juanów (sic!) do bodajże 90 (uwaga: panowie płacą więcej). Czwartek: Ladies night, co oznacza w każdym klubie kilka bilecików dla pań. Czyli wszędzie się chodzi grupą i tylko zmienia kluby. Piątek, sobota okazji brak (no chyba, żeby liczyć szoty za 5, ale to okazja jak nie okazja), niedziela – noc studencka w Wu. Haczyk: należy pokazać legitymację studencką. Obejście: wchodzi się na dowód lub prawo jazdy. Niekoniecznie swoje.

Weekendy w Wudaokou jak widać nie są szczególnie okazyjne, ale to się obchodzi… jadąc do Sanlitun, mniej studenckiej, a bardziej tip-top dzielnicy imprezowej. Haczyk: Sanlitun jest drogie. Obejście: wystarczy znać ludzi, którzy wpisują nazwiska na listę gości. Efekt: co weekend wpisujemy 30+ nazwisk na listy do co najmniej 6 klubów.

Nie, nie przeimprezowałam całego wolnego tygodnia, jedynie od środy do niedzieli i potem w kolejną środę. Wakacje niestety spowodowały, że kluby były pełniusieńkie (a open bar niemal niemożliwy do wykorzystania). Z okazji wakacji też trafiłam na najlepszą imprezę w całym moim życiu (i zostałam wielką fanką Sir Teen w Sanlitun).

Z koleżanką, Niki, miałyśmy też plany pozaimprezowe – no bo nie można tylko imprezować i w domu siedzieć, prawda? No prawda… tylko że jak postanowiłyśmy wybrać się do dzielnicy artystycznej, coby się rozrywkowo poukulturalniać, to w Pekinie zagościł smog taki, że postanowiłyśmy oszczędzić płuca. Po dwóch dniach na szczęście zaczęło wiać i smog się skończył, ale wraz z nim również wakacje…

Chiński fryzjer i imprezowanie

W piątek wybrałam się do fryzjera! I to nawet nie na farbowanie jak to zwykle ze mną bywa, tylko postanowiłam, że będę miała grzywkę! Pojechałyśmy z Marine, wyjaśnienie tego, czego chcemy oczywiście nie jest banalne (ja to jeszcze – Marine nieźle się gimnastykowała, by objaśnić końcówki i pasemka). Co ciekawe: każdą z nas zajmowało się dwóch fryzjerów, rozczesywali włosy delikatnie i po raz pierwszy w życiu nie zostałam poproszona o zdjęcie kolczyków (przy ilości 26 to całkiem spore udogodnienie). Fryzjer główny, który mi grzywkę ciął wydawał się zachwycony blond włosami, zresztą efekt był perfekcyjny. Co ciekawe sam z siebie też podciął mi końcówki (i faktycznie tylko końcówki, nie 10 cm gdy prosisz o 2!) oraz je lekko podkręcił. Po wszystkim jeszcze porobił zdjęcia – ja się wcale nie dziwię, efekt był tak fantastyczny, że jak czekałam na koleżankę to co i raz się wgapiałam w swoje odbicie!

A wczoraj z moją ekipą wybraliśmy się na podbój Pekinu nocą. Najpierw bar, żeby sobie posiedzieć i pogadać – sympatycznie, niespodzianką był barman mówiący po angielsku. Po północy ludzie zaczęli się powoli wykruszać, więc trzeba było zrealizować kolejną część planu – iść potańczyć :) klub w okolicy okazał się płatny dla wszystkich, więc przenieśliśmy się do Sanlitun (bardzo zeuropeizowana okolica), gdzie, chińskim zwyczajem, panie nie płaciły za wejście. Takie zwyczaje to ja rozumiem!

Klub w sumie jak to klub… muzyka totalnie nie moja, ale nadająca się do tańca, w klubie duża część osób (jeśli nie większość) to obcokrajowcy, ale grupa pięciu blondynek i tak zwróciła na siebie uwagę. Miejsce nieszczególnie różniące się od europejskich, może tym, że można tam wszędzie palić. Ale poza tym (oraz jednym Chińczykiem, który mimo mojego kręcenia głową ciągle mnie zaczepiał) wyjście zdecydowanie na plus.

Poranek od około 5.30 spędziłam z koleżankami na typowo chińskich frytkach i kawie w KFC, potem do domu tylko po to, by tam poczekać na przejazd do drugiego domu (te coweekendowe przeprowadzki też mnie już do szału doprowadzają), by w końcu koło 12 zacząć odsypiać…