Nawał pracy, nawał wolnego

Styczeń był dość nierówny…po zakończeniu semestru miałam kilka dni wolnego, które wykorzystałam, by odwiedzić znajomych w Wuhan.

Ciekawostka: hasłem owego miasta jest „Wuhan – different every day”. Tymczasem po pół roku miasto było dokładnie tak samo szare i nudne, jak i każdego dnia, gdy tam mieszkałam. Wyjazdu oczywiście nie żałuję, bo nie pojechałam tam zwiedzać, tylko odwiedzić kilka osób, za którymi się stęskniłam. I dla tego było warto.

Zaraz po powrocie natomiast zaczęły mi się Winter Campy – taki kursy przyspieszone, trwające po osiem dni. Czyli osiem dni wstawania rano i bycia w pracy po 10 godzin – zdecydowanie nie dla mnie! W dodatku po pierwszym winter campie miałam tylko jeden dzień przerwy i to zdecydowanie nie było wystarczająco… do tego stopnia, że pierwsze zajęcia z drugiego Winter campu poszły mi bardzo źle. Wiadomo, że nie wszystkie zajęcia idą świetnie, ale jeśli o tamte chodzi to aż mi było wstyd, że tak nawaliłam.

Ale w końcu i to się skończyło, a i przyjemnie, bo na ostatnich zajęciach nwa uczennica jako prezent noworoczny podarowała mi bransoletkę (zawsze mnie takie gesty cieszą). Kurs skończył się w poniedziałek, więc ze znajomymi poszliśmy wieczorem do Propagandy, po której jeszcze kontynuowaliśmy imprezę u mnie… i w ten sposób wylądowałam z grypą. W środę poszułam się trochę lepiej, więc poszłam na imprezę pożegnalną koleżanki (duże słowo, bo pożegnanie na dwa tygodnie)… nie muszę wspominać, że to nie była najmądrzejsza decyzja?

Tak naprawdę dopiero dziś czuję, że powoli odżywam, i w końcu mogę zacząć się cieszyć moimi trzytygodniowymi wakacjami… których 1/3 już gdzieś umknęła.

Wakacyjny hedonizm

Jak pewnie… nie wiecie, pierwszy tydzień października (czy coś około tego, zależy gdzie się pracuje) jest tygodniem wolnym od pracy. Miałam wielkie plany, chcieliśmy z kumplem gdzieś za granicę się ruszyć, ale on się splukał (opłacanie mieszkania na trzy miesiące z góry…), a ja chociaż środki miałam, to mam również koleżankę tak spłukaną, że z tej resztki mojej pensji utrzymywałyśmy się dwie :) Ale nudzić się nie można, więc trzeba było pokorzystać z życia w sposób mało kosztowny. Brzmi może oksymoronicznie, ale… Pekin ma imprezy. I to jakie imprezy!

Może na początek rozkład jazdy Wudaokou? (tak, to ta dzielnica, w której mieszkam). Poniedziałek – kilka darmowych drinków w klubie Propaganda. Istotne: nie są datowane, więc niewykorzystane przechodzą na jakikolwiek inny poniedziałek. Wtorek jest dniem nudnym. Środa – open bar WSZĘDZIE. Płatny, od 10 juanów (sic!) do bodajże 90 (uwaga: panowie płacą więcej). Czwartek: Ladies night, co oznacza w każdym klubie kilka bilecików dla pań. Czyli wszędzie się chodzi grupą i tylko zmienia kluby. Piątek, sobota okazji brak (no chyba, żeby liczyć szoty za 5, ale to okazja jak nie okazja), niedziela – noc studencka w Wu. Haczyk: należy pokazać legitymację studencką. Obejście: wchodzi się na dowód lub prawo jazdy. Niekoniecznie swoje.

Weekendy w Wudaokou jak widać nie są szczególnie okazyjne, ale to się obchodzi… jadąc do Sanlitun, mniej studenckiej, a bardziej tip-top dzielnicy imprezowej. Haczyk: Sanlitun jest drogie. Obejście: wystarczy znać ludzi, którzy wpisują nazwiska na listę gości. Efekt: co weekend wpisujemy 30+ nazwisk na listy do co najmniej 6 klubów.

Nie, nie przeimprezowałam całego wolnego tygodnia, jedynie od środy do niedzieli i potem w kolejną środę. Wakacje niestety spowodowały, że kluby były pełniusieńkie (a open bar niemal niemożliwy do wykorzystania). Z okazji wakacji też trafiłam na najlepszą imprezę w całym moim życiu (i zostałam wielką fanką Sir Teen w Sanlitun).

Z koleżanką, Niki, miałyśmy też plany pozaimprezowe – no bo nie można tylko imprezować i w domu siedzieć, prawda? No prawda… tylko że jak postanowiłyśmy wybrać się do dzielnicy artystycznej, coby się rozrywkowo poukulturalniać, to w Pekinie zagościł smog taki, że postanowiłyśmy oszczędzić płuca. Po dwóch dniach na szczęście zaczęło wiać i smog się skończył, ale wraz z nim również wakacje…

Hong Kong – nowe lepsze Chiny. Dużo, dużo lepsze.

Niestety – dziś dzień raczej na minus. Wybrałam się z koleżanką na plażę, ogólnie perfekcja, ludzi niewiele, białych wcale… co zaowocowało tym, że po kolei wszyscy Chińczycy sobie z nami chcieli robić zdjęcia. Przy piątej GRUPIE zaczęło się to robić uciążliwe. Ach, ciekawostka: na plaży jest darmowe, rządowe wifi. Macie, cieszcie się, i reklamujcie na Facebooku naszą plażę :) Na szczęście nie było słońca, więc się nie spaliłyśmy, na mniejsze szczęście słońca nie było, bo szykowało się oberwanie chmury, które zaczęło się niemal w tym samym momencie, kiedy weszłyśmy do Pizzy Hut. Najadłyśmy się, po czym na plażę wróciłyśmy, obie pragnące tylko drzemki – położyłyśmy się więc na brzuchach i na wpół sobie gadałyśmy, na wpół przysypiałyśmy, aż w końcu trzeba było iść zobaczyć, jak się mają sprawy z moją wizą. Wstajemy, a tam… grupa Chińczyków nas fotografuje. Inna kultura? Wolne żarty, cykanie fotek czyimś tyłkom to brak kultury i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Ja oczywiście reaguję gwałtownie, a oni zero speszenia, tylko „foto, foto, ok? ok?”. Ja już, że nie ok, że nie jesteśmy atrakcją turystyczna, oni swoje, „foto, ok?”, w końcu się opędziłyśmy, a tamci idą i się śmieją… jakbyśmy zwierzaczkami w zoo były. I tak, to chińscy turyści. Mieszkańcy Hong Kongu są przemili i zawsze pomocni. I nie fotografują damskich tyłków, gdy damy nie patrzą.

Dobra, powkurzałyśmy się, jedziemy odebrać moją wizę… odmówiono. Bo jestem w Chinach 8 miesięcy. Nie będzie wizy. Tzn. będzie, ale w bardziej zawiły sposób rozwalający mi jutrzejszy dzień. I oczywiście kosztowniejszy, jakby inaczej. PS. Przy wjeździe do Hong Kongu nie trzeba mieć żadnej wizy i można zostać trzy miesiące. Jakoś da się nie utrudniać wszystkim życia papierkologią i zbudować sensownie działające państwo (nie do końca państwo, ale sama nie do końca rozumiem, czym HK tak naprawdę jest). Państwo lepiej działające i mniej irytujące niż Chiny…

Potem pojechałyśmy do marketu, który nowa hostka z Couchsurfingu mi poleciła jako pełen fajnych sklepów z biżuterią i… okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie kupiłam wiele. Nie wydałam dużo pieniędzy. Panie i Panowie, po raz pierwszy od ponad ośmiu miesięcy udało mi się kupić BUTY (inne niż trampki). Skakałam i śpiewałam z radości, i wcale nie przesadzam – sprzedawczyni się na szczęście podobało :)

Hongkong – Seven Eleven i ruchome schody

Musze mieć juz strasznie dość Pekinu, bo gdzie nie pojadę, tam bym chciała zostać. W Bangkoku nawet przeglądałam oferty pracy, tu jest podobnie…

Hongkong jest mały. Bardzo mały. 1104 km2. A ludzi jest tu zaskakująco wiele, miejsca jest mało, wiec trzeba kombinować. Budynki rosną w góre, często są bardzo wąskie, no wciskają je wszędzie. Ceny mieszkań są kosmiczne, widać to również po noclegowniach. Łóżko w ośmioosobowym pokoju kosztuje tu za noc tyle, ile w Bangkoku płaciłam za pokój jednoosobowy, z klimatyzacja… na cztery dni. Oczywiście jak te ceny zobaczyłam to sie zbuntowałam, stwierdziłam, że nie ma opcji, żebym tyle płaciła, wybrałam wiec couchsurfing. Nie dość, że nie płacę, trafiłam w świetne miejsce, do świetnego kolesia, to jeszcze wiem, jak faktycznie wygląda z sytuacja mieszkaniowa. Mieszkanko nie ma 20 metrów, są to za to dwa pokoje z łazienką. Ładnie i czysto, powierzchnia jednak powala. W dodatku na jednym piętrze znajdują sie po dwa mieszkania – szeroko, prawda?

Wyspa Hongkong, dzielnica Mid Levels. Co ciekawe – znajduje sie na zboczu góry. Podchodzenie tak od metra byłoby katorgą, ale… Na zboczu, nad ulicami i między budynkami są ruchome schody. Żeby było śmieszniej, rano nie wjeżdżają, tylko zjeżdżają – tak jak ludzie jadą do pracy. Wygodne i zaskakujące.

Temperatura jest wysoka, tak jak i wilgotność, wiec jeść, zwłaszcza gorącego, sie nie chce, odżywiam sie wiec kanapkami z wszechobecnego Seven Eleven (jak w Tajlandii), co chwila chodzę też do tych sklepów, by kupować picie. Powiedziałam sobie, ze oszczędzać mogę na wszystkim, mogę niemal nie jeść, odmawiać sobie większości rzeczy, ale nie picia. Nie w tych temperaturach.  Zwłaszcza, że wszędzie się chodzi, odległości są kosmiczne, a nogi mnie tak bolą, że jutro zamiast zwiedzać idę na plażę. O!

Chiny są wkurzające.

Albo to mnie dopadła depresja powakacyjna. Gdy wysiadłam sobie z samolotu z Bangkoku nagle byłam zła na cały świat. Oto wróciłam, na dzień dobry musiałam jechać pociągiem po odbiór bagażu, bo nawet lotnisko jest tak olbrzymie, że porusza się po nim pociągiem. Potem wszędzie ludzie kompletnie nie mówiący po angielsku (w Tajlandii wszyscy posługiwali się angielskim – może nie dobrym, ale dało się dogadać z każdym), niekulturalnie, przepychający się i wjeżdżający walizkami na nogi. Do tego jeszcze to powietrze – niby ładny dzień jak na Pekin, a i tak nie do końca przejrzyste… jeszcze do tego wróciłam do akademika a tam ciągle brak klimatyzacji. Tyle dobrze, że chwilę potem była ulewa. I tak samo dwa kolejne dni…

Ale wróciłam do szkoły, czekała na mnie paczka z Polski (książki i buty!), dzieciaki słodziaki (w małej ilości w dodatku, bo jakaś mini epidemia panuje) i kadra, która od razu pochwaliła moją opaleniznę. Tang Guo Guo jak mnie tego dnia zobaczył to się jeszcze bardziej niż zwykle nie mógł oderwać :)

Miałam też drobny stres związany z pracą – w poniedziałek mam gościa (w końcu odwiedza mnie chłopak!), więc chciałam sobie wziąć dzień wolny, żeby go zabrać z lotniska. O tyle mi było niezręcznie, że wakacje mi się przedłużyły i informowałam o tym smsowo, i nieszczególnie chciałam tak szybko prosić o kolejne wolne, nawet jednodniowe. Nie ubyło mi nerwów, jak cały dzień szefowa była zajęta i złapałam ją dopiero po pracy… wtedy natomiast, spodziewanie, powiedziała, że absolutnie nie ma problemu, dopytała, czy na pewno jeden dzień mi wystarczy, po czym powiedziała, że może w takim razie bym go któregoś dnia przyprowadziła, pokazała mu jak wygląda szkoła, w której pracuje. O tyle śmieszne, że też o to chciałam pytać, tylko może w innym momencie. Podsumowanie po rozmowie z szefową jest znowu takie samo – praca idealna :)

Jak wracałam do domu po drodze spotkałam współlokatorkę, która powiedziała, że zostawiła u mnie w pokoju jakieś części klimatyzacji, bo na dniach mają nam montować. Chiny przestały być wkurzające…

Chińska biurokracja po tajsku

Pojechałam dziś do chińskiej ambasady, by wyrobić sobie nową wizę. W Internecie się naczytałam, że to różnie bywa, spis wymaganych dokumentów jest inny na każdej stronie, jeszcze inny na drzwiach ambasady. Oczekujący pytają się nawzajem i nikt nic nie wie… Ustawiłam się w kolejce i liczyłam na jak najlepsze, obawiając się, że będą wymagali powrotnego biletu lotniczego…

Nie wymagali, pani w okienku jednak powiedziała, że tryb przyspieszony nie obejmuje osób mojej narodowości (wtf?!), czyli wizę mogę odebrać w piątek rano. Co z tego, że w czwartek nad ranem mam samolot… dodatkowo powiedziała mi, że maksymalnie mogę dostać wizę na 30 dni, nie 90 (nawet nie ma takiej opcji w formularzu, a na zaproszeniu widnieje jak byk – 3 miesiące…).

Czyli ogólnie kupa problemów. Znowu załamka i tylko starałam się nie popłakać, że taka sytuacja wyniknęła. Wróciłam sobie taksówką, która wyrzuciła mnie… przy biurze podróży. Dwie wycieczki od razu mi się rzuciły w oczy i tak jak sobie teraz myślę, to nie stracę na tym opóźnieniu (tyko finansowo).

Denerwowałam się też tym, co szefostwo powie, więc jak najszybciej na WeChacie dodałam szefową, przeprosiłam za formę kontaktu i zamieszanie, wyjaśniłam sytuację. Szefowa napisała, że wszystko w porządku, żebym się nie przejmowała i podziękowała, że dałam znać. Praca idealna?

A sam Bangkok – słyszałam, że niebezpiecznie, słyszałam, że brzydko i dlaczego tam w ogóle jadę. Ciekawych miejsc jest na kilka dni oglądania, dodatkowo te wycieczki, jest czyściej niż w Pekinie, dużo zieleni, niższa zabudowa, wszyscy mówią po angielsku, nie wiem, co tu się może nie podobać (wiem, że to nijak nie związane z Chinami, ale dla zainteresowanych pojawiła się galeria). Dodatkowo… jakby mi wcześniej ktoś powiedział, jakie tu można kupić rewelacyjne ciuchy, to wzięłabym dużą walizkę, bo w tej chwili nie wiem, czy moja się domknie, już planuję, co z przywiezionych rzeczy wyrzucę i ile warstw założę na lot :)