Początki w Szanghaju i koszmary szukania mieszkania

Przez tę fajną ofertę z Pekinu miałam sporo wątpliwości, czy aby na pewno moja decyzja o przeprowadzce była prawidłowa… Wylądowałam w Szanghaju, udałam się do kolegi, który miał mnie przenocować kilka pierwszych nocy, napiliśmy się, po czym w nocy dręczyły mnie koszmary. Że w nowej pracy wszyscy będą potworni, że nie zaakceptują mojego wyglądu, że się będą czepiać… I jak to wtedy im powiem, żeby sp… uciekali bardzo szybko, to ja w taki razie wracam do Pekinu.

W metrze do pracy przygotowałam całą przemowę na ten wypadek.

W pracy ludzie okazali się przesympatyczni, pomocni, drobna pomyłka okazała się nie być wielkim problemem (a jakim by była w poprzedniej firmie!), jakby tego było mało: usłyszałam, że jak mam bardzo problematycznych, niegrzecznych uczniów to zgłaszam, a jak poprawy nie ma to uczeń jest wyrzucany, a nie ja mam wielki problem. I jakby ciągle było mało! Pogadałam sobie z naszym głównym nauczycielem - czyli kolesiem na posadzie, jaką mi oferowali w Pekinie. I tak, brzmiało pięknie i brzmiało jak awans, ale tak po namyśle to ja wcale nie chcę zarządzać pracą innych nauczycieli i programem. Ja chcę przyjść i pouczyć – czyli dobry wybór^2.

No to druga sprawa – mieszkanie. Jestem absolutnie pewna, że w Pekinie mieszkanie znalazłabym w 1-2 dni – tutaj był to koszmar. Większość ofert znajdowanych już nieaktualna, wszystko strasznie daleko (zachciało mi się mieszkać w centrum). Aż w końcu znalazłam! Wygląda pięknie, blisko, no idę oglądać. I przedpokojo-salon taki se, ale pokój, ach! ten pokój… może nie nowy, ale wielki! I działająca klimatyzacja (wcześniej z jednego z tego powodu zrezygnowałam, szerokość geograficzna Szanghaju jest taka jak Egiptu – byłoby to samobójstwo), wielkie wygodne łóżko i kanapa, duża szafa, lustro, wielkie okno, meble trochę stare, ale w dobrym stanie, no cudo! Jeszcze do tego tanie, 3 minuty od metra… żyć nie umierać, biorę, tylko jeszcze zobaczę łazienkę…

O matko przenajświętsza.

To, że nieładne z szarą podłogą mogę przeżyć. Brudną podłogę – dałoby się doczyścić… może? Toaleta bez deski a obrzydliwa tak, że na stacjach metra są lepsze. Odsłaniam zasłonę (jak wspominam to chyba powinnam zdezynfekować ręce po tym), a wanna nie była czyszczona chyba nigdy, W głowie zaczynam myśleć czy mata by nie pomogła ale łapię się za głowę, no nie, nie ma opcji, żeby to w ogóle rozpatrywać. Idę zobaczyć jeszcze kuchnię, która, choć syfna, wypada w porównaniu wspaniale. Uciekam. Jestem tak wkurzona że spędzam jakąś chorą ilość czasu informując znajomych o sytuacji (czyt. ku***ąc do słuchawki). Nawet się napić nie mogę, bo antybiotyk (to oparzenie od skutera okazało się oparzeniem trzeciego stopnia).

Niedługo później już wszyscy wiedzieli o moich trudach związanych z szukaniem mieszkania - mój kumpel powiedział, że nie  ma problemu, bym i miesiąc u niego została, ale było to już ponad tydzień i nie chciałam nadużywać gościnności. No i chciałam być już na swoim. Wszystkich poprosiłam i trzymanie kciuków, gdy szłam oglądać kolejne dwa miejsca… i podziałało! Miejsce pierwsze: samiusieńkie centrum (People’s Square), 10 minut od stacji, ładne, czyste, spory pokój, trochę ponad limit cenowy, ale do przeżycia, dziewczyna odnajmująca trochę odjechana, ale to nie z nią bym mieszkała, tylko z 4 innych osób (2 łazienki). Problem - od końca miesiąca. Ale to do przeżycia. Już prawie biorę, bo jeszcze do tego padało i już miałam dość, ale jadę do tego drugiego miejsca… Trochę mniej centralnie, ale ciągle wszędzie blisko (Dapuqiao). Bardzo blisko miejsca, jeszcze ładniejsze, nowsze, czystsze, ayi (pomoc domowa) raz w tygodniu wliczona w czynsz, jedna współlokatorka i nigdy nieobecna właścicielka. I jeszcze do tego TANIEJ!

Nie muszę mówić, które wybrałam, prawda?

Dzień przed przeprowadzką kumpel podsumował, że w sumie nie było tak źle przez ten tydzień jak z nim mieszkałam…
- Eee… Karolis… mieszkałam tu dwa tygodnie.
- Nie no jak to, tydzień, może trochę ponad!
- Jest 13. Przyjechałam 1.
Chyba jestem dobrą współlokatorką :)

Dziś się przeszłam po okolicy, głównie z okazji płacenia za mieszkanie (tak, właścicielka dopiero po tygodniu podała mi numer konta) i cóż się okazało? 3 minuty od mojego mieszkania mam tanią restaurację wegańską. 10-15 minut dalej bar rockowo-metalowy. A 11 minut metrem dalej miejsce, gdzie organizują pub quiz.

No dokładnie wszystko jest tu perfekcyjne.

BTW: Założyłam sobie Instagram. Jeszcze zobaczymy, co z tego wyjdzie, póki co to głównie dziwactwa i Tim Burton (jest wystawa, bardzo polecam swoją drogą), ale jak ktoś jest zainteresowany to zapraszam – ankyfire.

Dobra zmiana

Dwa tygodnie temu wpadłam na pomysł, że może by się tak przeprowadzić do Szanghaju. Napisałam więc do kumpla, który tam jest… A ten mi od razu polecił pracę. Rozmowa kwalifikacyjna śpiewająco (jakżeby inaczej), więc… Po powrocie do Pekinu (wczoraj koło pierwszej w nocy) pojechałam do swojej starej pracy (z której koniec końców mnie nie zwolnili), żeby porozmawiać z szefową o odejściu (a przed wyjazdem myślałam, że o kontynuacji współpracy). Szefowa powiedziała, że tak, wie, że kontrakt mi się skończył, ale uwzględnili mnie w planie i chcieli mnie zatrzymać. Ja zaczęłam, że to miło, ale mało godzin, chciałabym więcej… Szefowa na to ile ma mi dać godzin, żebym została :)
Na co oczywiście odpowiedziałam…
Że wychodzę za mąż a mój narzeczony dostał wspaniałą robotę w Szanghaju.
Działa bez pudła.
Koniec końców szefowa się popłakała, pogratulowała, życzyła szczęścia i powiedziała, że jak cokolwiek w Szanghaju będzie nie tak to mogę do nich zawsze wrócić.
Palenie mostów jest dla durniów nie kontrolujacych swoich emocji. No bo perfekcyjnie nie było i chciałam odejść, tak? No tak. Ale furtka zawsze lepsza otwarta.
Po rozmowie z szefowa napisałam do szanghajskiej pracy, żeby się potargować o wyższe wynagrodzenie, udało się – szczęśliwą bezrobotną byłam całe pół godziny.
Potem jeszcze dla zasady poszłam na umówiona rozmowę kwalifikacyjna, która była tak fajna, że zaczęłam kwestionować Szanghaj… Po zrobieniu listy wad i zalet ciągle był remis. Ale jeden szczegół – na i z rozmowy kwalifikacyjnej podwiózł mnie kolega koleżanki. Jak schodziłam ze skutera łydką dotknęłam gorącej rury wydechowej. No ból i pieczenie jak cholera no i głosik w głowie mi mówi: znak.
Nie, nie jestem durna i nie wierze w znaki. Ale jeśli pojawia mi się myśl, ze coś jest znakiem, oznacza to, że to podświadomość podpowiada mi czego naprawdę chcę. Wybieram Szanghaj.
Dalej: Julianowy pub quiz w Lushu, który po raz pierwszy wygraliśmy! A potem moja pożegnalna impreza. Jedna z lepszych imprez, na jakich byłam! Choć większość czasu albo się przytulałam z ludźmi, albo płakałam, albo oba. Rano powitał mnie piąty w życiu kac. Znak numer 2 ;)
16.14, siedzę w pociągu do Szanghaju. Zatrzymuję się u kolegi dopóki nie znajdę swojego mieszkania, a jutro juz zaczynam prace w nowym miejscu. Po 5 tygodniach wakacji więcej wolnego nie potrzebuje!
PS. Tak, wiem, długa cisza. Trochę skończyła się wena, trochę mniej było o czym pisać. Ale że teraz coś się dzieje to wracam!

Dopisane, jako że zapomniałam hasła i dopiero je odzyskałam: praca jest cudowna :)

Zmiany…

Dostałam w końcu z powrotem swój paszport z dziesiątą chińską naklejką  - tym razem w końcu jest to upragnione „permanent residence”. Oficjalnie i legalnie!

Jeśli chodzi o pracę to zaczynam mieć syndrom sztokholmski. Samo uczenie lubię, więc nie jest problemem, a wolne chwile (większość…) spędzam na czytaniu. Może powinnam podziękować? W końcu wciągnęłam się w „Pieśń Lodu i Ognia” (dla telemaniaków: chodzi o książkową wersję „Gry o Tron”).

Z większych niusów – rozstałam się z Chrisem, więc nagle pojawił się problem gdzie mieszkać (z bardzo zawiłych i niepoprawnych chińsko-politycznie powodów przeprowadził się z powrotem z tego małego miasta do Wuhan). Czyli nagle trzeba było uruchomić całą maszynerię szukania mieszkania/pokoju – o tyle to skomplikowane, że o ile jako tako coś tam powiedzieć umiem, to z czytania chińskiego nici – agencje, strony internetowe więc odpadają.  Na szczęście jest Wechat, znajomi znajomych i ludzie poznani gdzieś tam pół roku temu na imprezie, wszyscy bardzo pomocni. W efekcie wczoraj oglądałam dwa miejsca, oba bardzo fajne, koniec końców zdecydowałam się na to z windą, tanim basenem, bliżej pracy (dojazd 15-20 minut zamiast 1.5 godziny!), z współlokatorem (zawsze milej się do kogoś odezwać) i psem :) Jeszcze nie wiem kiedy się będę przeprowadzać – weekend spędzam w Pekinie (wybory), ale już niedługo będę na całkiem swoim!